wtorek, 22 sierpnia 2017

ŁOJEJEK

Tymon na drugie urodziny dostał rowerek biegowy. Mały, czerwony Puky, na którego wsiadł w sklepie i już nie chciał z niego zejść.  Blanka w analogicznym wieku także dostała taki sam prezent, ale nawet na niego nie spojrzała. Różnica między nimi jest taka, że w przypadku Młodej to my chcieliśmy, żeby jeździła na biegówce, a w przypadku Młodego - to on chciał jeździć. Bardzo chciał jeździć. Z uporem maniaka oglądał, wręcz obmacywał wszystkie napotkane "łojejki"; jeśli na placu zabaw pojawił się jakiś inny chłopiec z tego typu sprzętem - próbował wsiąść, zabierał, usiłował chociaż posiedzieć... Kończyło się rykiem, kiedy musieliśmy oddać pożyczony rowerek.

Więc sprezentowaliśmy mu wymarzony sprzęt. Śmiga na nim dosłownie, niestety także po domu, bo nie możemy zostawić łojejka w garażu, bo Tymek płacze. Gdy raz, po powrocie od babci, lowerek został w aucie, Andrzej mu wieczorem obiecał, że jak tylko wstaniemy, to rowerek przyniesie.
Tymon otworzył rano oczy, spojrzał na ojca i zapytał: "Pyniosłeś jojejek?" Gdy usłyszał "Nie", zażądał natychmiast  "pynieś jojejek tata!!" i mus nie rada, mój mąż musiał być słowny, wylazł z ciepłej pościeli, ubrał się i poszedł po tymkowy sprzęt. Ostatnio rowerek "awansował", stał się "motolkiem", Tymon zakłada sobie na głowę pudełko po klockach, mówi, że jedzie na "kawasiaki" i robiąc głośno "brum, brum!" zasuwa po chacie. Dosłownie  śmiga, tylko czasem wjeżdża w szafkę.

Rzuca wtedy glośno i wyraźnie "KULWA" i jedzie dalej.
Facet. 

czwartek, 17 sierpnia 2017

WAKACJE

Rozejrzałam się i odkryłam, że wakacje już właściwie za nami. Za dwa tygodnie dzieciaki wracają do żłobka i do przedszkola. Lipiec minął nam na wyjeździe do Grecji, potem świętowaliśmy drugie urodziny Tymka,  następnie Blanka trafiła na półkolonie dla fajnej pracowni artystycznej, a Młody wrócił na dwa tygodnie "do dzieci". Oprotestował to rykiem, po dwóch tygodniach, które spędziliśmy razem, nie spodobał mu się powrót do placówki. Aż się boję myśleć, co będzie w sierpniu, po miesięcznej przerwie. Obojgu będzie trudno - Tymkowi, bo zmieni grupę i pomieszczenie, dojdą nowe, płaczące dzieci. Blance - bo z jej grupy w przedszkolu zostały tylko trzy osoby (Młoda chodziła do grupy zerówkowej), nie będzie już jej ukochanych, ulubionych przyjaciółek. Zmiany, zmiany, zmiany.

W sierpniu obie placówki są nieczynne, więc dosłownie zmieniamy się przy dzieciach, zwalniając się pracy, chodząc później, wcześniej, zostając dłużej, odrabiając. Obie babcie mają swoje wnuki głęboko w dupie, nie chce mi się o tym pisać, oczywiście bardzo, bardzo je kochają, ale na tym koniec. Więc musimy sobie jakoś radzić, jak zwykle zresztą, w myśl starej zasady - umiesz liczyć, licz na siebie. Na sierpień rozplanowaliśmy wypady weekendowe, przed nami Kraków, Wieliczka i Eksperymentarium we Wrocławiu, za nami - działka u przyjaciół i zoo we Wrocławiu.

Przepiękne, zielone, nieco zatłoczone, ale nadal absolutnie fantastyczne zoo, które Tymon uparł się zwiedzać na własnych nogach ("Nie wóźkiem, nie wóźkiem!!!") Najbardziej podobały mu się akwaria w Afrykarium, gdzie usiłował pogłaskać ryby przez szybę i strusie... puścił się w ich kierunku pędem. Strusie, gdy tylko zobaczyły biegnącego w ich kierunku chłopczyka (z bułką w ręku, dodajmy dla jasności całej sytuacji), także się puściły pędem w jego stronę. Mina Tymka, gdy zobaczył galopujące prosto na niego ptaki, które zdawały się nie widzieć dzielącej ich siatki, była po prostu bezcenna. A zmiana Tymciowej  "trajektorii lotu" natychmiastowa...

Łaziliśmy po zoo cały dzień, skupiając się głównie na tym, żeby te dwa rozdzioby cokolwiek zobaczyły i zarejestrowały. Mój mąż miał wyraźnie dość, ale mimo to cierpliwie pokazywał Blance pochowane wśród liści węże, i jaszczurki, prosząc:

"- Przyjrzyj się dobrze córeczko
- Ale tam nic nie ma tato!!!
- Zobacz, tam siedzi, na gałęzi
- Ooooo, faktycznie, jest, a wcześniej go nie było!!!"

(i tylko pod nosem, zgryźliwie dorzucał - "Tak k...wa, przyfrunął!!!")

Wysłuchiwał ich podekscytowanych pisków, krzyków, achów i ochów, czasami tylko przymykał oczy, gdy słyszał jak Blanka na widok kazuara wrzeszczy:

"Chodź Tymek, chodź, zobaczysz ptaka z guzem!!!"

Nosił oboje na barana i na rękach. Wymiękł dopiero przy pawilonie z małpami, gdzie Trolle koniecznie chciały wejść, więc pobiegły - same, nie czekając na nas. Usiadł na schodach, spojrzał na mnie i zapytał:

"- Co to jest za pawilon?
- Małpiania

I rzucił zrezygnowanym głosem:

- Może niech zostaną..."

piątek, 11 sierpnia 2017

O NIE

Tymon jest ostatnio ciągle na nie. Nie dla zasady, nie bo nie, nie dla podkreślenia swojej dwuletniej odrębności i zdania. Idzie z nami chodnikiem i wykrzykuje co kilka kroków: "Nie cie iść!!! Nie cie!"
Ale idzie. Zapytany, czy chce borówki, odpowiada z automatu, że nie. Nawet gdy mu napełnię miseczkę, nawet gdy już ma pełną buzię owoców, nadal powtarza: "Nie cie bolówek!!!"

Wczoraj rano Andrzej zapytał Blankę, czy chce tosty na śniadanie. Młoda natychmiast buchnęła entuzjastycznym:
"Tak!!! Chcę tosty, chcę tosty!!!"
Błyskawicznie przyłączył się do niej Tymek, oznajmiając równie entuzjastycznie:

"Ja teś! Ja teś!!
Ja teś nie cie!!!"


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

PATENT

Piątkowy wieczór. Siedzimy przy kolacji, dzieciaki wykąpane okupują kanapę, próbujemy złapać oddech po całym tygodniu. A Blanka gada, gada, gada... nie zamyka ust nawet na moment. Gada, opowiada, pyta, piszczy, wykrzykuje, skacze goła po kanapie. I nadaje. Mieli jęzorem. Bez przerwy.
Mój małomówny mąż, udręczony kakofonią dźwięków i jej wyjątkowo piskliwym głosikiem, w końcu stwierdza:

"Blanka, gdybyś miała podłączoną do języka turbinę wiatrową, to mielibyśmy prąd za darmo..."

czwartek, 3 sierpnia 2017

O BYCIU I NIE BYCIU

Tymon chowa się za ławką na placyku zabaw. 
Wciska głowę za metalowe, wygięte, metalowe oparcie, widać mu tylko czubek blond czupryny. 
I mówi:

" Nie jestem! Nie jestem! Nie jestem!"

Po chwili wygląda, szelmowsko uśmiechnięty, wysuwa się zza ławki i oznajmia mi:

"Jestem! Jestem!"

środa, 2 sierpnia 2017

WENTYLATOR

Blanka to dziecko - trzepak. Zawsze w biegu, wszystko musi być już, natychmiast, od razu. Jest niecierpliwa, narwana, a na dodatek kompletnie nie słucha tego, co się do niej mówi. 
Co jest pewnym problem w codziennym życiu i nie ukrywam, bywa irytujące. 

Gdy byliśmy na Kos, zmęczony basenem Tymon potrafił spać po trzy godziny w dzień. Zwykle ja z nim siedziałam w pokoju, a Andrzej taplał się z Blanką. A dokładnie - to wędrował z nią do pokoju i z powrotem, do pokoju i z powrotem. Bo kupę. Bo siku. Bo ciasteczko. Bo kółko do pływania. 
Mimo że Luby zabierał ze sobą klucz, mimo, że tłumaczyliśmy jej setki razy, żeby była cicho, żeby nie stukała w drzwi, bo budzi brata, Blanka i tak, niemal za każdym razem leciała biegiem przed ojcem, waliła w drzwi, wpadała jak bomba do pokoju, bo przecież ona musiała mi tylko cos powiedzieć, teraz, natychmiast, coś pokazać, coś zademonstrować... i budziła brata. 

Któregoś dnia nie wytrzymałam i fuknęłam na Andrzeja, że miał jej pilnować, że przecież mają klucz, że miała nie hałasować. Luby załamał ręce i zapytał naszą ukochaną córkę:

"Dziecko kochane, przecież Ci mówiłem, tłumaczyłem... Co ty masz w głowie? 
WENTYLATOR????!!!!"

Blanka popatrzyła na niego z miną głupawego cielaka, nie wiedząc tak do końca, czy się obrazić, czy nie, ale w sumie śpieszyło się jej, więc poskakała i poleciała z powrotem nad basen. Andrzej poczłapał za nią. 
(gdy na nich patrzę, niezmiennie nasuwa mi się skojarzenie: Masza i Niedźwiedź. Ta mała cholera nawet się śmieje tak samo...)

Tego samego dnia wieczorem próbowałam jej coś wytłumaczyć, prosiłam, mówiłam, gadałam, a odpowiedzią tradycyjnie był brak jakiejkolwiek reakcji (poza skakaniem i chichotaniem). Próbowałam mimo to wbić cokolwiek do tej szalonej blond łepetyny, ale odpuściłam, gdy zza moich pleców usłyszałam komentarz męża:

"Odbiło się od śmigła.... Daj spokój"