wtorek, 23 maja 2017

DZIEŃ ZDECHŁEGO KOTA

Mój mąż jest bardzo opanowanym, małomównym człowiekiem. Z natury. Niewiele rzeczy go irytuje, równie mało go wyprowadza z równowagi. Nie podnosi głosu, nie krzyczy (w przeciwieństwie do mnie), nie złości się. Niespotykanie spokojny człowiek, chciałoby się rzecz.

Ale jak już się wkurzy, co, jak już wspominałam, zdarzą się niezwykle rzadko, to lepiej nie stawać mu na drodze i generalnie jeszcze lepiej - usunąć się z zasięgu wzroku, słuchu i ręki.

Przekonał się o tym swego czasu nasz pies, ukochany piesek, pieseczek, piesunio, Travisek, ulubieniec swojego Pana, pupilek nad pupilkami. Dawno to było, pisałam o tym kiedyś, dla tych co nie czytali, lub nie pamiętają - zdarzyła się pewnego razu historia taka: pan z pieseczkiem poszedł na spacer, za stary dworzec, już nieistniejący, gdzie było dziko i spokojnie, choć w środku miasta, gdzie rosły chaszcze, trawa po kolana i krzaki. W tych ostatnich, wiedziony swoim niezawodnym węchem, Travis namierzył koteczka. Zdechłego koteczka, dodajmy dla jasności sytuacji, który choć nieruchawy, miał już nowe życie w sobie, gdyż żywota dokonał ładnych kilka tygodni wcześniej - i mówiąc wprost, żarły go już robaki.

Mimo nawoływań Andrzeja, Travisek nie mógł, po prostu nie potrafił się oprzeć pokusie, zdechłokoteczkowa parfuma była zbyt kusząca, zbyt aromatyczna - nie zważając na prośby, groźby i polecenia swojego Pana, Travis postanowił wykorzystać okazję...

i się w zdechłym kocie
WYTARZAŁ.

I wtedy mój mąż się ZDENERWOWAŁ.
Jeden, jedyny raz użył wobec pieseczka przemocy. Tak skutecznie, że psiunio skruszał o wiele szybciej niż koteczek i wracał do domu biegiem, w linii prostej, choć bez smyczy i na dodatek dziesięć metrów przed swoim panem. Sam wszedł pod prysznic i gdyby tylko potrafił, sam odkręcił by wodę i sam się wykąpał.

Terapia okazała się skuteczna, od tamtej pory Andrzej jest jedyną osobą, której słucha nasz pies i mam wrażenie - szanuje.

Tyle tytułem przydługiego wstępu, muszę jednak jeszcze dodać, że mój mąż nigdy nie krzyknął na nasze dzieci, ma dla nich morze cierpliwości, nigdy żadnego nie uderzył, ba! - nigdy na żadne nawet nie podniósł porządnie głosu.

Do niedzieli. Wróciliśmy z komunii synka mojej przyjaciółki, oboje zmęczeni, było gorąco, a dzieciory wściekały się tak, że nawet nie podejmuję się tego opisać. Spychały się z kanapy, darły za włosy, Blanka zabierała Tymkowi smoczek, Młody ryczał, bo chciał swojego monia, Blanka uciekała przed nim ze śmiechem, ten ją gonił, wywalał się, beczał, jak ja dopadł, to gryzł, bił i popychał, ona nie pozostawała mu dłużna. Oboje przy tym wrzeszczeli, piszczeli, krzyczeli - nie pomagały prośby o uspokojenie się, groźby, rozdzielanie. Mijała minuta i zaczynali od nowa. Blanka zaczepiała Tymka, on jej oddawał i znów awantura.

Zachowywali się tak, że nawet Andrzej się ZDENERWOWAŁ i przemówił do swojej sześcioletniej córki:

"Córeczko kochana, ja Cię nigdy nie uderzyłem, ale dobrze Ci radzę, Ty się lepiej uspokój się, bo Twój Dzień Zdechłego Kota jest blisko..."

czwartek, 18 maja 2017

KABEL

Tymon się rozgaduje. I rozkręca, aż się boję, żeby mu śrubki nie powypadały. Wywala, rozsypuje, wylewa, wyciąga wszystko pasjami. Potem sam sprząta, albo i nie. Albo rozmazuje rozlane, rozdeptuje rozrzucone, z dziką radością, albo ze złością - w zależności od nastroju. Zwracam mu uwagę, grożę karami cielesnymi, upominam - bez większych rezultatów.

Nad tym, co robi Młody czuwa Wielki Brat, a dokładnie to Wielka Siostra, która co i rusz wykrzykuje mi komunikaty z cyklu "uprzejmie donoszę".

W poniedziałek robiłam Blance podwieczorek w kuchni, a Trolle siedziały w pokoju - Tymon dostał już do konsumpcji swój makaron muszelki, ale nie był zbyt zadowolony z takiego menu. Na efekty nie trzeba było długo czekać, z salonu dobiegł mnie charakterystyczny krzyk Blanki:

"Maaaammmmoooooo, a Tymon wysypał wszystkie kluski na dyyyyywaaaann!!!"

Nie przebrzmiały jeszcze słowa małej donosicielki, gdy Tymon postanowił także się wypowiedzieć i usłyszałam jak woła:

"Biejam! Biejam!!! (Zbieram!!!)

wtorek, 9 maja 2017

JĘZYK

Tymcio ma fazę na "ja!". Czyli, że sam. Sam zrobi, sam założy, sam zaniesie, sam weźmie, sam zejdzie po schodach. Kiedy próbuję mu pomóc, drze się jak opętany, odpycha mnie i wykrzykuje: "ja!, ja!, ja!". No więc siedzę przy nim, patrzę, jak biedzi się z butami, mocuje się z rzepem, próbuję wepchnąć tą swoją pulchniutką stopę do środka i tłumaczę:

"Tymuniu, musisz wyciągnąć język, inaczej stópka nie wejdzie do środka"

I Tymek wyciąga.
Swój.
Z buzi.

Siedzi z wywieszonym językiem i nic nie rozumie, ani czemu stopa nadal nie wchodzi do buta, ani czemu matka rechocze...

wtorek, 2 maja 2017

SUAHILI

Tymek mówi coraz więcej. Szkoda tylko, że w suahili...

Upiekłam ostatnio kurczaka na obiad. Studził się na balkonie, a mój syn łaził po domu, skandując:
"Ku- ka - ka!!!, ku- ka- ka!!!, ku - ka- ka!!!"

****
Siedzimy na kanapie. Przed nią rozłożony jest mały dywanik, na którym niestety ląduje wszystko, co dzieci upuszczą, pokruszą, rozsypią, zrzucą ze stolika. Tymon pokazuje mi paluchem wspomniany dywan i uparcie usiłuje mi coś wytłumaczyć:

"Di- ba-be!, di- ba- be!
- O co Ci chodzi synku, nie rozumiem?
- Di- ba-be!, di-ba-be!!!"-
Tymon, naucz się mówić po polsku, to nam zdecydowanie ułatwi komunikację! Nie- roz- zu- miem!!
- DI - BA- BE! DI- BA- BE!!! -

Coś mi w głowie zaskoczyło i pytam:

- Synku, czy ty mi próbujesz powiedzieć, że mam brudny dywan?
- TAK!!!

****
Wychodzę na szybko do sklepu. Tymon, już w piżamce, widząc, że zakładam buty, rozjarza się cały w uśmiechu i mówi: "tak!, tak!" - w sensie, że on też idzie, też chce! Mówię, że zostaje, że zaraz wrócę, patrzy na mnie niemal z rozpaczą i zaczyna powtarzać:

"Psiem, psiem, psiem!!!"

Myślę sobie, co on się tak tego psa uczepił, dobra to go zabiorę. Wyciągam smycz, a Tymcio w ryk, czyli jednak nie o to chodziło. Zkanapy odzywa się Blanka, tonem zabarwionym lekką pogardą, no bo jak można Tymka nie rozumieć, ona przecież doskonale wie, co on mówi, i rzuca od niechcenia:

"Mamooooo, on mówił: proszę, proszę, proszę..." 


-