środa, 15 lutego 2017

TITU, KIKU, MNIU MNIU

Tymcio wkracza na nowy poziom - komunikacji językowej. Z każdym dniem pojawiają się nowe słowa... w jego prywatnym języku. A więc - żeby iść spać ("aaaaaa!" z odpowiednią intonacją) - niezbędny jest TITU (miś ), KIKU (kocyk) i MNIU MNIU (smoczek). Ten ostatni przydaje się zawsze, kiedy Tymek zrobi BAM i kiedy go coś wtedy BOII. Przy czym potrafi pokazać co i poinformować o tym fakcie (ostatnio była to niestety zapowiedź nadchodzącego rotawirusa; czy wspominałam już, że pieniądze na tę szczepionkę to najgorzej wydana kasa w moim życiu???)

Blanka to ANA (Blana) lub BANA. Nie mylić z BABAN, co znaczy banan - niedawno Tymcio polubił ten owoc i dość często się Go domaga, podobnie jak GOGO I KUKU (groszek i kukurydza) - ostatnio jak robiłam sobie sałatkę, zezarl mi dosłownie wszystko. Nie mylić z KAKU - słodyczką i KOKO - ptakiem. Każdym ptakiem, Tymkowi wsio radno, czy to struś, pingwin, czy sikorka za oknem. KOKO to także jego czerwona czapka z angry birds oraz .... ale od początku.

Stoi Tymek w kuchni przy blacie, pokazuje na garnek i powtarza jak mantrę:
KOKO, KOKO, KOKO...
Dłuższa chwila minęła, zanim zrozumiałam, że mój syn chciałby zjeść... gołąbka.
Zapytany, potwierdził, odpowiedział
KAK!!! (TAK)
Generalnie koleś wszystko rozumie, bo gdy pytam Andrzeja, gdzie położył sól morską i termometr (tak, znowu chore, oba), to zanim zdąży mi odpowiedzieć, Tymon już je przynosi lub pokazuje, gdzie leżą. Na pytania odpowiada energicznie kiwając głową lub nią kręcąc. Kiedy mu się coś baaaardzo nie podoba, macha mi łapą przed nosem, wygraża palcem, powtarzając NE NE NE!!!

Woła SISI, ale szcza w pampersa. Równie uprzejmie informuje mnie, że ma w nim "BE!". Woła mnie OĆ!!! (chodź) i klepiąc ręką w kanapę komenderuje - TU! TU! Pokazuje na włączniki światła i żąda CIKU (cyk i włączamy)

Zapytany, jak ma na imię, odpowiada GAGA. Wychowany w duchu gender kradnie siostrze lalki (JAJE! ) i się nimi bawi, robi im TULI. Naśladuje idealnie wszystkie zwierzątka, no dobra, może nie aż tak idealnie, bo konik według niego robi HAHA, a kotek HAŁU (nie mylić z pieskiem, który robi AU, AU)

No i rozkłada mnie na łopatki, kiedy przytula się do Blanki i mówi:
DZICI, DZICI (że niby oni to dzieci :-)

środa, 8 lutego 2017

INACZEJ

Czekałam ostatnio w Good Time, aż zwolni się szatnia. Przyćmione światło, świecie zapachowe, łagodna, cicha muzyka, miękka wykładzina, spływające na nią drapowane zasłony z ciężkich, pluszowych tkanin wydzielaly intymną przestrzeń i tworzyły buduarową atmosferę. Machinalnie zrobiłam telefonem zdjęcie; wyszło słabe, mam kiepski aparat; kolory pozbawione nasycenia, jak za mgłą.

 Trzeba skorygować, filtr nałożyć, skadrować, wkleić ramkę. Poprawioną wersję, oczywiście z odpowiednimi emotikonami, tagami "w cudownym nastroju", "wspaniale", "zrelaksowana", "szczęśliwa", "prezent od męża" opublikować, upublicznić, oznaczając miejsce.
Natychmiast. Niech wiedzą. Niech widzą. Kto? Najlepiej wszyscy. Niech zazdroszczą. Niech podziwiają. 
Powszechny przymus wewnętrzny. Imperatyw niemoralny. 

Siedziałam w aksamitnym, głębokim fotelu, czekając na masaż, powinnam napisać, aż się prosi, aż się samo ciśnie - otulona w miękki szlafrok. Miękki jak akasmit. Velvet. Do dupy...

Tyle słów zużytych, wyświechtanych, znoszonych i przydeptanych jak domowe laczki dookoła, na wyciągniecie ręki, języka. Tylko brać, epatować, zachwycać. Się i innych. Zadzieram kiece i lecę. Więc co pod spodem?

De facto szlafrok wcale nie był miękki.  Był świeżo wyprany, lekko szorstki i miał zerwane szlufki od paska.  Owinęłam się nim ciasno, bo w głowie natychmiast pojawiła mi się natrętna, silniejsza ode mnie wizja,  zobaczyłam, jak wstaję z fotela i poły rozchylają się, odsłaniając piersi puste i miękkie jak skórkowe portmonetki, a za nimi wypada spomiędzy poszarzałej lekko tkaniny frotte spóźniony brzuch, jakby wołał do piersi "poczekajcie, przecież jestem dla Was wsparciem!". Już widziałam, jak wypływał jak wyrośnięte, choć ciągle surowe, drożdzowe ciasto, przelewał się przez krawędź rozsuwającego się, opadającego paska. 

Pewnych obrazów nie umiem się pozbyć, zawsze wygrywają, wypływają jak spienione brudy na sfermentowanych zlewkach, w których moja bardzo, bardzo stara babcia myła talerze. Daj, ady potoknę, jużem potoknęła, mówiła i płukała je w wiadrze ciepłej jeszcze kluszczonki. Metalowy, emaliowany zlew był dla niej aż do śmierci zwierzęciem obcym i nieoswojonym. Dla mnie - basenem pełnym piany, do którego wskakiwały na główkę dzielne widelce, w którym topiły się małe, bezbronne, płaczące łyżeczki, którym na pomoc skakały bohaterskie mamy łyżki. Wśród obijających się o siebie z brzękiem szklanych burt kołyszących się na wodzie szklanek, dryfowały wklęsłe wyspy talerzy. Na ich brzegach kwitły ręcznie malowane, różowe róże, wiły się i przeplatały z niezapominajkami.

Gdy byłam dzieckiem, jadałam zupę tylko i wyłącznie z ziemniakami. Kluski były nudne, nie pozostawiały żadnego pola wyobraźni. W ubitej wyspie tłuczonych z masłem kartofli, oblewanych przez czerowne morze pomidorówki,  drążylam tunele, kopałam kanały, rzeki, jeziora, by w końcu zatopić ją jak mityczną Atlantydę.

Nie baw się jedzeniem. Nie czytaj przy stole. Nie grab się. Nie pyskuj.  Dzieci i ryby głosu nie mają. Zobaczysz, ręka Ci uschnie. 

Jej też nie umiem sie pozbyć. Siedzi mi na karku, zagląda przez ramię i gdacze, i gdera moim, choć dziwnie znajomym głosem. Rzyga wyświechtanymi, zużytymi frazami, które nagle wzbierają, podchodzą mi do gardła. Mimowolnie. Wyskakują jak diabeł z pudełka, prostą w dziecięcą twarz, chwilę kołysząc się na zardzewiałej sprzężynce, w końcu zastygają. Czy ty zawsze musisz? Ile razy można Ci powtarzać? Dociera co Ciebie w ogóle to, co mówię? Do Ciebie się mówi jak do ściany. 

Dochodzę do niej i się zatrzymuję. Ani obejść, ani przeskoczyć. Czekam przebrana. Za nią czeka na mnie łóżko i delikatne ręce pełne dotyku. W łydce łapie mnie skurcz. I w gardle. Lepiej nie myśleć za dużo. Niedobory ma Pani. Magnezu i wapnia. I dotyku, dodaję w myślach. Dobra, pora iść, wsuwam telefon z nieudanym zdjeciem do kieszeni szlafroka. Niczego nie publikuję. Nie zamieszczam. Nie ogłaszam. Historyk, który uczył mnie w liceum, zawsze kończył lekcję wyluwając serię słów: "Pytania, wnioski, uwagi, opinie, zgłoszenia, interpelacje, dezyderaty słucham". Wtedy mnie to śmieszyło. Teraz mam ich w nadmiarze, zalewają mnie pytania, wnioski, uwagi, opinie, zgłoszenia, interpelacje i wewnętrzne dezyderaty.

Pogadałabym. Ale bez filtra. Zaciągnęłabym się mocno i glęboko długą rozmową. Zajrzałabym za tagi i statusy "cudownie", "wspaniale", "zrelaksowana", "szczęśliwa". Za kulisy. Za kadr. Za ramy obrazów, na których napisana sarna biegnie przez napisany las. Ale z kim? I kiedy? Może teraz. Może jutro. Może nigdy. Może już pora?

Pora na dobranoc, bo juz księżyc świeci. Dzieci lubią misie, misie lubią dzieci. Tymek wziął do żłobka Blanki misia i zgubił. Gdy wychodziliśmy, Pani przyniosła dwa inne, bardzo podobne, też białe z kokardką, dałam mu jednego, mówię mu, że to ten, zobacz, to ten, Twój miś, kłamałam, moja wina, moja bardzo wielka wina, śpieszyłam się. Tymcio burknął, że yyy!!! ( nie ten!) i odniósł do sali.

Pora spać. Najwyższa.

Pora umierać (Sto lat, Pani Danuto, spóźnione życzenia, usp,  nietaktowne, dwieście lat na te 102 urodziny).
Pora na telesfora.
Już pora. Sama nie wiem, na co. Jeszcze. Ale wiem, że już. Dowiem się, choć nie odróżniam pora od selera, zawsze mi sie myliły. 
Już pora, zapraszam na masaż. 
Wstaję i idę. Dobry początek.