poniedziałek, 24 kwietnia 2017

MAKE UP

Robię rano makijaż w łazience, na szybko, tuż przed wyjściem do pracy. Tymek tupta za mną, wdrapuje się na sedes, chwilę przygląda mi się z uwagą, obserwuje uważnie, co robię i nagle zaczyna się domagać:

"Mama, pisu - pisu!!
Maaaamaaaa, pisu - pisiu!!!
Tu!!!!"
I pokazuje paluchem na buzię, na oczy...

Tak, mój syn zaczyna się domagać, żeby i jemu zrobić makijaż.
Nawet mnie przez moment kusiło, żeby mu trzasnąć czarne kreski...
I zaprowadzić go tak do żłobka.
Miny Pań byłby zapewne bezcenne...


środa, 19 kwietnia 2017

RÓŻNICA

Jak jest podstawowa różnica między moimi dziećmi, pomijając tę oczywistą, że jedno to chłopiec, a drugie dziewczynka?

Blanka na hasło: "Chodź, wyjdziemy na spacer!" krzywi się, robi minę zdegustowanej księżniczki, której oto proponuję wyjście na zewnątrz, gdy pada, mokro, błoto i wilki jakieś wyją. No nie, generalnie nie, a jeśli już, to niechętnie, z oporami, po namowach, a nierzadko z rykiem.
Rasowa nornica. Ona woli zostać w domu, jej się nie chce wychodzić, ubierać, szykować, nie ma ochoty, no nie i już.

Tymek na hasło "Chodź, wyjdziemy na spacer!"... wróć - przy Tymku nie wolno używać słów "spacer" i "wyjdziemy", albowiem gdyż wyłapie je zawsze i wszędzie. Niezależnie od kontekstu - może być to nawet stwierdzenie "wyjdziemy w sobotę do kina?", a Tymon dosłownie rozjarza się cały w uśmiechu, zaczyna skandować "TAK!, TAK! TAK!" i biegiem, dosłownie biegiem, leci do szafki po ubrania, do przedpokoju po buty i stoi niemalże z nimi w zębach, zwarty i gotowy, żeby wyjść, teraz natychmiast, już!!! I patrzy błagalnie, i podskakuje i płacze rozpaczliwie, gdy okazuje się, że jednak nie idziemy, albo co gorsza - że on zostaje...

Rodzeństwo kurde...

wtorek, 11 kwietnia 2017

NO CHŁOPCZYK...

Żłobek Tymka mieści się w starej kamienicy, na pierwszym piętrze - wspinamy się do niego mozolnie, po starych, stromych, drewnianych schodach, Tymek oczywiście samodzielnie, nie chce mi nawet dać ręki.
Tuż przed szczytem zatrzymuje się i uważnie ogląda mocowanie barierki. W jednym miejscu wzmocniona jest metalowym kątownikiem. Tymek ogląda go uważnie, wtyka paluszki w dziurki, dotyka wystających łebków śrubek, zafascynowany totalnie. Pokazuje mi, powtarzając "Ju - juuuu!, ju- juuu!!! " - co w wolnym tłumaczeniu znaczy: " O, tu, zobacz wiercili dziury, wiertarką!!!"

***
Wracamy do domu. Tymek uważnie ogląda każdy samochód stojący pod blokiem. Dotyka klamek, kół, próbuje otworzyć bagażniki. Gdy mi się śpieszy i pewnego dnia zwijam go siłą na górę, dobre kilkanaście minut rozpacza, leżąc na podłodze i wrzeszcząc: "Ataaaaaa! ataaaa!!!"

***
Bierze sobie Andrzeja gazety motocyklowe i ogląda, strona po stronie, pokazując palcem kolejne jednoślady i powtarzając "brum bruuum, bruuum brum!". Potem wskazuje na akcesoria motocyklistów - "kasz" (kask), "bibu!" (buty). Nie drze i nie maluje ani po "Świecie motocykli', ani po "Motormani". Po moich gazetach - a i owszem.

***
Obejrzy się za każdym przejeżdżającym motocyklem, za każdą ciężarówką, autobusem. Generalnie pół dnia zajmuje mu stanie przy oknie lub na balkonie i oglądanie jeżdżących pod domem aut. Do znudzenia prowadzimy dialogi typu: "Ata!, ata!" - "Tak Tymusiu, jada auta" - "Ata, nie ma!" - "Tak, teraz akurat nie jada" - "Ata, iju, iju!!" - "Tak synku, przejechała karetka"

Nikt mi nie powie, że to kwestia wychowania.
No chłopiec i tyle.

czwartek, 6 kwietnia 2017

PROBLEMY Z USTALENIEM OJCOWSTWA


Spacerujmy. Młoda kica jak pijany zając, biega, skacze, Travis wędruje swoimi ścieżkami, obwąchując ławki, trawę, obsikując okoliczne drzewa. Tymka niosę w tuli, nawołując jednocześnie sierściucha, który ani myśli iść przy noce, tylko krąży, skręca, zawraca, zostaje z tyłu.
Nawołuję więc co chwilę:

"Traaaaaa- viiiiis!"
"Traaaaa- viiiiis!"

Tymek, który uwielbia wszystkich naśladować, też bardzo chciałby krzyknąć na psa, szuka go wzrokiem, pokazuje go palcem i nawołuje, ale nie umie wymówić imienia Białasa. Próbuje, próbuje, jednak ciągle kończy się na wołaniu:

"Taaaaaaa.....to!"
"Taaaaaa....to!"

Przechodzący obok nas ludzie patrzą na nas z dziwnymi minami....

czwartek, 30 marca 2017

EJ!!!

Jemy obiad. Wszyscy razem, choć Tymonowi ledwie głowa wystaje nad stół - twardo jednak upiera się, żeby siedzieć z nami, na "dorosłym" krześle. Je także sam. Nie pozwala się karmić, nie daje sobie pomagać. Dziubie widelcem w talerzu, pomaga sobie ręką, wyjada ogórki, dopycha ziemniakami, ale jakoś omija mięso. Najwyraźniej nie ma na nie ochoty, więc Andrzej siedzący naprzeciwko zabiera mu je z talerza i przerzuca na swój.

Tymek dosłownie piorunuje go wzrokiem, widać, że chciałby coś powiedzieć, wyraźnie oburzony, ale niewiele jeszcze umie powiedzieć, więc rzuca tylko ostro:

"EJ!!!"

czwartek, 16 marca 2017

TYMCIO. DWADZIEŚCIA MIESIĘCY. MIGAWKI

Prawie dwulatek. Już widać. Złości się, wrzeszczy, rzuca w rozpaczy na podłogę. Ciska przedmiotami, które wie, że będzie musiał oddać. Wchodzi w fazę "nie" (pięknego, wyraźnego nie, które zastąpiło "yyyy!"

- "Tymciu, chodź zmienimy pieluchę
- Nie!
Tymciu, chodź się ubierzesz
- Nie!
Tymciu, proszę, chodź założysz spodenki i bluzkę
- Nie!
- Tymciu, a chcesz ciasteczko?
-Nie!
(chwila zastanowienia)
- Kak!"

***

Gdy Blanka płacze, Tymon biegnie do niej i ją przytula, głaska po włosach i pociesza, jak tylko umie. Co nie zmienia faktu, że najczęściej Blanka płacze, bo jej przywalił, albo ciągnął ją za włosy...

***

Tymcio uwielbia myć zęby. Z zapałem ciągnie mnie wieczorem do łazienki, pokazuje na szczoteczkę, rano to samo. Czasem i w ciągu dnia domaga się mycia zębów. Taki porządnicki. Albo pasta mu tak smakuje...

***

Tymio pragnie wolności. Na spacerach nie chce już jeździć w wózku. Wypuszczony, porusza się jak pijany zając. Wchodzi na schodki. Ucieka. Siada na środku chodnika, bo to przecież śmieszne. Zwykle ma koncepcję kierunku odmienną od mojej, dzięki czemu doskonale opanował nowe słowo, wypowiadane z furią: "PUUUUUUU(ść)!!!!!"

***

Gryzie. No gryzie gad. Dzieci w żłobku. Nas. Siostrę. Potrafi podejść do niej i bez żadnego powodu znienacka użreć w plecy. Gryzie, gdy nie może czegoś nam odebrać, albo gdy my jemu coś zabieramy. Gryzoń wstrętny

***

Naśladuje Blankę we wszystkim, czasem aż za bardzo. Gdy maluję Młodej paznokcie, nadstawia swoje paluszki. Gdy Blanka ma bluzkę z kotkiem, on leci do szafki, mówiąc "Gryyyyy!!!" i wygrzebuje swoją koszulkę z tygrysem.

***

Uwielbia huśtawkę i zjeżdżalnię. Śmieje się w głos, gdy idziemy na plac zabaw. A potem wynoszę siłą ryczącego, zrozpaczonego chłopczyka, który jeszcze po powrocie do domu stoi długo przy oknie, pokazuje paluszkiem i popłakując, mówi:
"Tam! Buju buju! Tam! Ziuuu!. Tam, buju, bujuuuuu!!!"





niedziela, 12 marca 2017

GRUNT TO METODA

Na starej szafie w przedpokoju nakleiłam jakiś czas temu fototapetę z czarno - białym zdjęciem zdjęciem mostu. Perspektywa, z jakiej jest zrobione, daje wrażenie, że można tam "wejść". Zastanowiło to ostatnio Blankę, która drepcząc przy szafie i niemal dotykając jej nosem, zaczęła deliberować, co by tu zrobić, żeby się tam dostać - tam, w zdjęcie, na most. 
Bo ona chce, bardzo chce, no jak to zrobić, mamoooo, tatooo - jojczyła, stukała głową w drzwi, robiąc sobie z nas żarty, więc po dłuższej chwili tłumaczenia, że się nie da, dałam spokój. 

A mój mąż, słysząc kolejne:

"Tatooo, ale jak tam wejść, do środka, na ten most, no powiedz!!!!'

rzucił z kamienną twarzą, zupełnie serio:

"Spróbuj z rozpędu..."

środa, 15 lutego 2017

TITU, KIKU, MNIU MNIU

Tymcio wkracza na nowy poziom - komunikacji językowej. Z każdym dniem pojawiają się nowe słowa... w jego prywatnym języku. A więc - żeby iść spać ("aaaaaa!" z odpowiednią intonacją) - niezbędny jest TITU (miś ), KIKU (kocyk) i MNIU MNIU (smoczek). Ten ostatni przydaje się zawsze, kiedy Tymek zrobi BAM i kiedy go coś wtedy BOII. Przy czym potrafi pokazać co i poinformować o tym fakcie (ostatnio była to niestety zapowiedź nadchodzącego rotawirusa; czy wspominałam już, że pieniądze na tę szczepionkę to najgorzej wydana kasa w moim życiu???)

Blanka to ANA (Blana) lub BANA. Nie mylić z BABAN, co znaczy banan - niedawno Tymcio polubił ten owoc i dość często się Go domaga, podobnie jak GOGO I KUKU (groszek i kukurydza) - ostatnio jak robiłam sobie sałatkę, zezarl mi dosłownie wszystko. Nie mylić z KAKU - słodyczką i KOKO - ptakiem. Każdym ptakiem, Tymkowi wsio radno, czy to struś, pingwin, czy sikorka za oknem. KOKO to także jego czerwona czapka z angry birds oraz .... ale od początku.

Stoi Tymek w kuchni przy blacie, pokazuje na garnek i powtarza jak mantrę:
KOKO, KOKO, KOKO...
Dłuższa chwila minęła, zanim zrozumiałam, że mój syn chciałby zjeść... gołąbka.
Zapytany, potwierdził, odpowiedział
KAK!!! (TAK)
Generalnie koleś wszystko rozumie, bo gdy pytam Andrzeja, gdzie położył sól morską i termometr (tak, znowu chore, oba), to zanim zdąży mi odpowiedzieć, Tymon już je przynosi lub pokazuje, gdzie leżą. Na pytania odpowiada energicznie kiwając głową lub nią kręcąc. Kiedy mu się coś baaaardzo nie podoba, macha mi łapą przed nosem, wygraża palcem, powtarzając NE NE NE!!!

Woła SISI, ale szcza w pampersa. Równie uprzejmie informuje mnie, że ma w nim "BE!". Woła mnie OĆ!!! (chodź) i klepiąc ręką w kanapę komenderuje - TU! TU! Pokazuje na włączniki światła i żąda CIKU (cyk i włączamy)

Zapytany, jak ma na imię, odpowiada GAGA. Wychowany w duchu gender kradnie siostrze lalki (JAJE! ) i się nimi bawi, robi im TULI. Naśladuje idealnie wszystkie zwierzątka, no dobra, może nie aż tak idealnie, bo konik według niego robi HAHA, a kotek HAŁU (nie mylić z pieskiem, który robi AU, AU)

No i rozkłada mnie na łopatki, kiedy przytula się do Blanki i mówi:
DZICI, DZICI (że niby oni to dzieci :-)

środa, 8 lutego 2017

INACZEJ

Czekałam ostatnio w Good Time, aż zwolni się szatnia. Przyćmione światło, świecie zapachowe, łagodna, cicha muzyka, miękka wykładzina, spływające na nią drapowane zasłony z ciężkich, pluszowych tkanin wydzielaly intymną przestrzeń i tworzyły buduarową atmosferę. Machinalnie zrobiłam telefonem zdjęcie; wyszło słabe, mam kiepski aparat; kolory pozbawione nasycenia, jak za mgłą.

 Trzeba skorygować, filtr nałożyć, skadrować, wkleić ramkę. Poprawioną wersję, oczywiście z odpowiednimi emotikonami, tagami "w cudownym nastroju", "wspaniale", "zrelaksowana", "szczęśliwa", "prezent od męża" opublikować, upublicznić, oznaczając miejsce.
Natychmiast. Niech wiedzą. Niech widzą. Kto? Najlepiej wszyscy. Niech zazdroszczą. Niech podziwiają. 
Powszechny przymus wewnętrzny. Imperatyw niemoralny. 

Siedziałam w aksamitnym, głębokim fotelu, czekając na masaż, powinnam napisać, aż się prosi, aż się samo ciśnie - otulona w miękki szlafrok. Miękki jak akasmit. Velvet. Do dupy...

Tyle słów zużytych, wyświechtanych, znoszonych i przydeptanych jak domowe laczki dookoła, na wyciągniecie ręki, języka. Tylko brać, epatować, zachwycać. Się i innych. Zadzieram kiece i lecę. Więc co pod spodem?

De facto szlafrok wcale nie był miękki.  Był świeżo wyprany, lekko szorstki i miał zerwane szlufki od paska.  Owinęłam się nim ciasno, bo w głowie natychmiast pojawiła mi się natrętna, silniejsza ode mnie wizja,  zobaczyłam, jak wstaję z fotela i poły rozchylają się, odsłaniając piersi puste i miękkie jak skórkowe portmonetki, a za nimi wypada spomiędzy poszarzałej lekko tkaniny frotte spóźniony brzuch, jakby wołał do piersi "poczekajcie, przecież jestem dla Was wsparciem!". Już widziałam, jak wypływał jak wyrośnięte, choć ciągle surowe, drożdzowe ciasto, przelewał się przez krawędź rozsuwającego się, opadającego paska. 

Pewnych obrazów nie umiem się pozbyć, zawsze wygrywają, wypływają jak spienione brudy na sfermentowanych zlewkach, w których moja bardzo, bardzo stara babcia myła talerze. Daj, ady potoknę, jużem potoknęła, mówiła i płukała je w wiadrze ciepłej jeszcze kluszczonki. Metalowy, emaliowany zlew był dla niej aż do śmierci zwierzęciem obcym i nieoswojonym. Dla mnie - basenem pełnym piany, do którego wskakiwały na główkę dzielne widelce, w którym topiły się małe, bezbronne, płaczące łyżeczki, którym na pomoc skakały bohaterskie mamy łyżki. Wśród obijających się o siebie z brzękiem szklanych burt kołyszących się na wodzie szklanek, dryfowały wklęsłe wyspy talerzy. Na ich brzegach kwitły ręcznie malowane, różowe róże, wiły się i przeplatały z niezapominajkami.

Gdy byłam dzieckiem, jadałam zupę tylko i wyłącznie z ziemniakami. Kluski były nudne, nie pozostawiały żadnego pola wyobraźni. W ubitej wyspie tłuczonych z masłem kartofli, oblewanych przez czerowne morze pomidorówki,  drążylam tunele, kopałam kanały, rzeki, jeziora, by w końcu zatopić ją jak mityczną Atlantydę.

Nie baw się jedzeniem. Nie czytaj przy stole. Nie grab się. Nie pyskuj.  Dzieci i ryby głosu nie mają. Zobaczysz, ręka Ci uschnie. 

Jej też nie umiem sie pozbyć. Siedzi mi na karku, zagląda przez ramię i gdacze, i gdera moim, choć dziwnie znajomym głosem. Rzyga wyświechtanymi, zużytymi frazami, które nagle wzbierają, podchodzą mi do gardła. Mimowolnie. Wyskakują jak diabeł z pudełka, prostą w dziecięcą twarz, chwilę kołysząc się na zardzewiałej sprzężynce, w końcu zastygają. Czy ty zawsze musisz? Ile razy można Ci powtarzać? Dociera co Ciebie w ogóle to, co mówię? Do Ciebie się mówi jak do ściany. 

Dochodzę do niej i się zatrzymuję. Ani obejść, ani przeskoczyć. Czekam przebrana. Za nią czeka na mnie łóżko i delikatne ręce pełne dotyku. W łydce łapie mnie skurcz. I w gardle. Lepiej nie myśleć za dużo. Niedobory ma Pani. Magnezu i wapnia. I dotyku, dodaję w myślach. Dobra, pora iść, wsuwam telefon z nieudanym zdjeciem do kieszeni szlafroka. Niczego nie publikuję. Nie zamieszczam. Nie ogłaszam. Historyk, który uczył mnie w liceum, zawsze kończył lekcję wyluwając serię słów: "Pytania, wnioski, uwagi, opinie, zgłoszenia, interpelacje, dezyderaty słucham". Wtedy mnie to śmieszyło. Teraz mam ich w nadmiarze, zalewają mnie pytania, wnioski, uwagi, opinie, zgłoszenia, interpelacje i wewnętrzne dezyderaty.

Pogadałabym. Ale bez filtra. Zaciągnęłabym się mocno i glęboko długą rozmową. Zajrzałabym za tagi i statusy "cudownie", "wspaniale", "zrelaksowana", "szczęśliwa". Za kulisy. Za kadr. Za ramy obrazów, na których napisana sarna biegnie przez napisany las. Ale z kim? I kiedy? Może teraz. Może jutro. Może nigdy. Może już pora?

Pora na dobranoc, bo juz księżyc świeci. Dzieci lubią misie, misie lubią dzieci. Tymek wziął do żłobka Blanki misia i zgubił. Gdy wychodziliśmy, Pani przyniosła dwa inne, bardzo podobne, też białe z kokardką, dałam mu jednego, mówię mu, że to ten, zobacz, to ten, Twój miś, kłamałam, moja wina, moja bardzo wielka wina, śpieszyłam się. Tymcio burknął, że yyy!!! ( nie ten!) i odniósł do sali.

Pora spać. Najwyższa.

Pora umierać (Sto lat, Pani Danuto, spóźnione życzenia, usp,  nietaktowne, dwieście lat na te 102 urodziny).
Pora na telesfora.
Już pora. Sama nie wiem, na co. Jeszcze. Ale wiem, że już. Dowiem się, choć nie odróżniam pora od selera, zawsze mi sie myliły. 
Już pora, zapraszam na masaż. 
Wstaję i idę. Dobry początek. 


wtorek, 31 stycznia 2017

ZWYKŁA MAMA Z GALARETKĄ

Wygłupialiśmy się ostatnio na łóżku w trójkę. Dzieci tarzały się po mnie, przepychały, zaśmiewały; w pewnym momencie Blanka oparła głowę na moim brzuchu, trząsł się od śmiechu, rechotałam tak, aż jej podskakiwała czupryna. Po chwili Młoda stwierdziła - "Mamo, masz brzuch jak galaretka!". Wczoraj z kolei, kiedy sie bawiłyśmy, założyłam sobie na głowę jej plastikowy diadem z plastikowymi diamentami. /popatrzyła na mnie, lekko zdegustowana i podsumowała mnie krótko: "I tak wyglądasz jak zwykła mama!"

Myślę o tych dwóch sytuacjach i uśmiecham się, trochę smutno, że to już. Już się zaczęło. 


czwartek, 26 stycznia 2017

NAGLE I NIESPODZIEWANIE

Pakowałam ostatnio do wielkiego kartonu malutkie ubranka po Tymciu. Body, spodenki, bluzy, pajace. Niektóre pamiętały jeszcze czasy małej Blanki. Składałam wyprane i wyprasowane ciuszki w kostkę, układałam i było mi dziwnie smutno. Zamykałam kartonowe pudło i pewien etap, do którego już nie wrócę, który już się nie powtórzy. Z jednej strony dobrze, bo był dla mnie bardzo trudny. Z drugiej strony - źle, a dokładnie - smutno, bo poczucie upływającego czasu jest dojmujące.

Zamawiałam nowe ubrania, dla blisko sześcioletniej Blanki, wysokiej i chudej jak patyk w rozmiarze 128, bo ostatnio ze zdziwieniem odkryłam, że wszystkie bluzki, które jej kupiłam we wrześniu są za krótkie; gdy podniesie ręce do góry, świeci gołym brzuchem. Ze zdziwieniem odkryłam, że kolejny rozmiar to już kolekcja dla nastolatek, którą moja córka zaczyna coraz bardziej przypominać...

Blanka z małego dziecka przeobraziła się w dziewczynkę, smukła, wysoką, składającą się w większości z długachnych nóg, mierzy 120 cm, nosi buty w rozmiarze 31, Tymek 24. Młody też śmignął w górę, z małego pupeta zmieniał się małego, półtorarocznego chłopca. Przerósł o głowę niemal wszystkie dzieci w swojej żłobkowej grupie, nosi rozmiar 98. Na dwa, trzy lata. Nadal mówi niewiele, zupełnie tak jak jemu ojcu, żeby się skomunikować z otoczeniem, wystarcza mu dziesięć słów.
Plus repertuar dźwięków w stylu: cmokanie - "Pies, chodź tu, wołam Cię!!!", pociąganie nosem - "Daj mi chusteczkę/ręcznik, będę wycierał nie tylko nos, także to, co rozlałem" , siorbanie - "Daj mi pić". Aaaa, przepraszam, jednak coś tam przybyło w tym słowniku, pojawiły się dwa nowe - "baju!" - tu szkolenie siostry zadziałało bezbłędnie, wystarczy hasło intrygantki i Młody leci i pyk, włącza telewizor paluszkiem, patrzy, oooo, nie ma obrazu, otwiera więc szafkę, cyk, uruchamia dekoder, zamyka i zasiada z siostrą na kanapie. Blanka od razu z niewinną miną się asekuruje, rzucając: "Ale to Tymek włączył!"

I drugie - "Kaku!!!". W którąś sobotę Młody pół dnia za mną chodził, zawodząc niemal z płaczem - "kaku, mama, kaaaaakuuuu!!!!". Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Drogą eliminacji udało mi się jednak w końcu ustalić, o co kaman. O coś słodkiego... Gdy zapytałam Młodego: "Tymciu, czy kaku to cukierek?", ten z radością pokiwał głową.

Albowiem Młody rozumie wszystko, tylko z gadaniem licho. Blanka szkoli go jak może, uczy, także tego, czego nie powinna, np. skakania po łóżku - Młody z zapałem wdrapuje się na nie i próbuje pokracznie podskakiwać, pokrzykując do tego "Hapa!!!!" ( że niby hopa). Nie zraża go niestety fakt, że kilka razy strzelił już łbem w ścianę, a ostatnio spadł. Taki alpinista, zaczynam wierzyć w reinkarnację, tylko niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego akurat do nas trafiło kolejne wcielenie Jerzego Kukuczki???
Kilkanaście razy dziennie zdejmuję Tymka z biurka, z blatu w kuchni, z parapetu, ze stołu, z piętrowego łóżka. Ostatnio przyłapałam go na oparciu kanapy, po którym próbował się wdrapać na regał. Małpiszon jeden.

Patrzę tak na nich, jak już zasną, bo wtedy kocham je najbardziej i zastanawiam się, jak to się stało,
że nagle i niespodziewanie mam już takie całkiem spore dzieci?

poniedziałek, 23 stycznia 2017

BABA

Pojechaliśmy złożyć życzenia. Tymon długo, badawczo i bez uśmiechu przyglądał się mojej teściowej. Dość szybko jednak zlazł z moich kolan i zajął się eksploracją nowych terytoriów - otwierał i zamykał drzwi, wchodził, wychodził, wdrapywał się na kanapę. Coś tam gadulił w swoim języku, więc babcia, niezrażona jego ubogim słownictwem, postanowiła z nim trochę pokonwersować. Na początek zapytała:

"Tymusiu, gdzie jest mama?"

Młody odszukał mnie wzrokiem, uśmiechnął się szeroko, niezbyt kulturalnie wskazał pacem i oznajmił:

"Tam!"

Babcia, zachęcona powodzeniem, pytała więc dalej:

"Tymusiu, a gdzie jest tata?"

Młody bezbłędnie zlokalizował ojca, również skierował w jego kierunku paluszek i szeroko się uśmiechnął.

W tym momencie do rozmowy wtrąciła się Blanka i zapytała Tymka:

"Tymciu, a gdzie jest babcia, pokaż, gdzie jest babcia!"

Młody stanął zdezorientowany, nie rozumiejąc kompletnie, o co chodzi siostrze, która, próbując u pomóc, uprościła pytanie:

"Tymciu, pokaż, gdzie jest baba?"

Młody zakumał, uśmiechnął się szeroko, słysząc znajome słowo i bezbłędnie wskazal palcem

... na zawartość swojego nosa. 

wtorek, 3 stycznia 2017

FAJERWERKI

Blanka tym razem przespała północ. Tymon za o wybudził się, przerażony, zdezorientowany, kompletnie nie wiedział, co się dzieje, bał się huku bardziej niż nasz pies, który już od wczesnego wieczoru okupował łazienkę, gdzie było najciszej. Młody dosłownie trząsł się ze strachu i długo po północy, leżąc z nami w łóżku, po każdym wystrzale siadał i oznajmiał nam: "O! o! o!" Zasnął biedak przed drugą dopiero, za to Blanka spała jak suseł.

Rano nie mogła odżałować, że przespała północ i fajerwerki. Pokazałam więc jej w telefonie jeden z filmów z pokazami sylwestrowych sztucznych ogni. Popatrzyła chwilę, zachwycona i powiedziała:

"Jak płonący las mamo..."