poniedziałek, 24 października 2016

Z KRONIKARSKIEGO OBOWIĄZKU...

Dziś mijają dokładnie trzy tygodnie, odkąd zaczęłam pracować. Przez ten czas dzieciory nawet przez jeden dzień nie były zdrowe – w poniedziałek wieczorem trzeciego października, jak już pisałam, Blanka przywlekła rotawirusa. Tego samego dnia, gdy odbierałam Tymcia ze żłobka, w szatni minęłam się z mamą, która także odbierała córkę z grupy maluchów. Dziewczynka kasłała jak gruźlik w ostatnim stadium. Miałam ochotę coś powiedzieć na temat przyprowadzania chorych dzieci do żłobka, ale się powstrzymałam i do dziś żałuję. Bo w środę kasłać zaczął Młody, a w piątek, gdy go odbierałam było już widać ewidentnie, że będzie chory. Następnym razem nie będę się powstrzymywać ani od komentarza, ani od zgłoszenia tego dyrektorce żłobka. Słowem – zamierzam robić awanturę za każdym razem, gdy zobaczę ewidentnie chore dziecko w grupie Tymola. Trudno.
Młody spędził tydzień w chacie pod opieką niani. Płakał, bo ledwie się przyzwyczaił do żłobka, a tu znów zmiana, znów ktoś nowy, znów wyjście z rytmu. Nie gorączkował, więc jechaliśmy na inhalacjach i syropach i miałam nadzieję, że uda mu się wybronić przed antybiotykiem.
Ale doszło ząbkowanie, zaczęły się przebijać trójki, wszystkie na raz, co razem z prawie wyrzniętymi czwórkami dało pandemonium. W czwartek pojawiła się gorączka, nie za wysoka, do trzydziestu ośmiu, ale pediatra kazała włączyć amotaks. Nie było mi to w smak, bo młody prawie nie kasłał już i obstawiałam, że temperatura jest od zębów, ale podałam. I to był strzał w kolano, po raz kolejny przekonałam się, że należy ufać swojej intuicji. Bo byłam blisko. Od piątku Tymcio zaczął się budzić w nocy co godzinę z rykiem. Straszliwym rykiem. Siadał na łóżku, nie chciał smoczka, nie chciał piersi, nie dawał się nawet przytulić, tylko siedział i krzyczał i pchał łapy do buzi. Budził się po dziesięć, dwanaście razy. Zasypiał na chwilę, gdy zmęczył się płaczem, a potem budził się i ryczał. I tak piątek, sobotę, niedzielę. Nie chciał jeść, nie chciał mleka, zachodziłam w głowę, czy można ząbkować aż tak… Byłam blisko. W poniedziałek wylazła pierwsza afta i wszystko stało się jasne. Wywaliłam z hukiem antybiotyk, podając go tylko ułatwiłam sprawę grzybkom i wirusom, które spowodowały zapalenie jamy ustnej u Młodego. Włączyłam nystatynę i już wieczorem było lepiej. Zaczęliśmy smarować mu całą buzię bobodentem, a Tymcio po pierwszym podaniu zajął strategiczne miejsce pod szafką, gdzie trzymaliśmy maść i rozkazującym tonem, powtarzająca „A!!! AAA!!!” , pokazując palcem na pojemnik, domagał się kolejnych smarowań.
Wieczorem jednak, mimo podawania leków, Tymon znów zaczął ryczeć. Płakał i płakał, jeść nie chciał, spać nie chciał, więc w końcu wysmarowałam mu dosłownie całą buzię bobodentem, grubą warstwą, normalnie w przypływie rozpaczy. I wtedy Tymcio pokazał na kaszkę. Zjadł miskę. Potem pałkę z kurczaka, potem udko. Potem dwie kanapki. Poł paczki  żurawiny. Jabłko.
I… stał się innym człowiekiem. 
Niestety skończyło się karmienie. Po tygodniu przerwy nie było do czego wracać a i Tymon jakoś chętny nie był. Może to i lepiej, ze odstawil się sam 
W międzyczasie rozłożyła się Blanka, kaszląc, smarcząc i delikatnie gorączkując, ale tu pomogły inhalacje.  Dzieciory spędziły więc kolejny tydzień w domu, ja przychodziłam wcześniej do pracy i wychodziłam z niej wcześniej, Andrzej się spóźniał. Do tego zdechł laptop, odkurzacz i Młody potłukł szybę w piekarniku, ale nie czepiajmy się szczegółów, taka seria.

Dziś, z duszą na ramieniu, zaprowadziłam Tymcia do żłobka, bojąc się strasznie, że znów będzie płakał. W końcu miał prawie dwa tygodnie przerwy… a jednak młody poszedł jak do siebie. Blankę odprowadziłam do przeszkolą i nawet udało mi się nie spóźnić do pracy.

Tak więc trwaj chwilo, jesteś piękna….

10 komentarzy:

  1. Nawet nie wiesz jak bardzo, bardzo Cię rozumiem. I jak bardzo głośno z Tobą krzyczę- chwilo trwaj. Lila dziś też pierwszy dzień w przedszkolu. Marcin już drugi raz był z Nią na zwolnieniu- poszłabym tym razem ja, ale trzy z nas (pracujemy we cztery) były na zwolnieniu. Powód? Jelitówka... która gości już u nas prawie trzy tygodnie. I końca nie widać. Dlaczego? Ha, dobre pytanie. Cóż, wisi w sztani kartka jak wół, że jest wirus, opisane są objawy, jest pogrubiona prośba o konsultowanie każdego takiego przypadku z lekarzem, a tymczasem- rodzice mają na tyle- nie wiem? fantazji, czelności, że mówią nam, że dziecko w nocy wymiotowało, ale UWAGA, UWAGA- ON/ONA się czegoś najadło, coś mu zaszkodziło, ząbkuje. I pokazujesz palcem, tłumaczysz, że to jelitówa jak nic- jak grochem o ścianę. W czwartek i piątek na całe przedszkole byłam ja i p.dyrektor. Fakt, że to przedszkole nie jest duże, fakt- byłyśmy obie padnięte. Trójkę dzieci odesłałyśmy tego dnia do domu, jedną mamę szukałyśmy nawet przez centralę zakładu pracy, bo nie odbierała od nas telefonu. Zawsze odbierała... Mogłabym chyba już książkę zacząć spisywać z tymi perełkami. Już pominę bycie w porządku wobec nas, innych dzieci, ale jak można dać roczne dziecko, które wymiotowało pół nocy i nie bać się, co z tego się rozwinie. Czy naprawdę wszystko można sobie wytłumaczyć tym, że coś mu zaszkodziło? Może przegnę, ale tak- tym dzieciom szkodzą, ale głównie ich osobiści rodzice.

    Cały czas boję się, że przyniosę coś do domu... A główny problem jest u nas taki, że pomijając zdrowie dzieci, na którym zależy mi szczególnie, to ja po prostu nie mam nawet osoby, której mogłabym zapłacić za opiekę nad Lilą w czasie choroby. A jak wiesz- wyrozumiałość pracodawców wobec dzieciatych pracowników ma swoje bardzo wyraźnie zaznaczone granice.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do kaszlu i smarków z nosa- interweniuj i to u samej góry. Paniom oczywiście też wspominaj, ale tu trzeba prosto do dyrekcji, a już najlepiej, gdybyś nie była sama. Wiem, jak głupio to zabrzmi, ale prywatne placówki mają poniekąd związane trochę ręce. Rodzicom (niektórym, oczywiście!) wydaje się, że skoro płacą więcej niż w publicznym, to dziecko zawsze mogą przyprowadzić- nawet jeśli jest gruźlikiem w ostatnim stadium swojej choroby. I my takie przypadki też mamy. Jedyna rada na to jest taka, aby grozić zabraniem dziecka (choć miałby być to blef) i nastraszeniem, że zrobisz im taką renomę, że hej. Wiem, to ryzykowne posunięcie, bo w końcu zostawiasz tam dziecko, ale uwierz mi- wszystkie normalne przedszkolanki rzygają już tekstami, które słyszymy codziennie- to katar od alergii, od zębów, kaszel? ale przecież ona w domu nie kaszle. Fajnie, bo w przedszkolu się dusi. Potem przychodzi tata, najwyraźniej nie skonsultował wersji z mamą i potwierdza- no biedka pół nocy nie spał, tak dzieciak kaszlał.
      Bardzo lubię tę pracę, uwielbiam moje dzieciaki, ale rodzice mnie dobijają.

      A już wkurwia mnie okrutnie fakt, że pieprzą Ci te bzdury prosto w oczy i jeszcze myślą, że my to wszystko "łykamy" bez mrugnięcia okiem. Na palcach jednej ręki mogę policzyć rodziców, którzy zielony, gęsto katar nazywają po imieniu- czyli katarem, przeziębieniem, chorobą. Jeszcze mnie znajduję takich, którzy z tego powodu zostawią malucha w domu. Bo uwierz mi, w porze drzemki, jakbyś posłuchała jak te nasze dzieci oddychają, a raczej próbuję oddychać- makabra.

      Rozpisałam się, ale póki mój blog jest publiczny ( a na razie nie mam czasu go zamknąć i rozesłać zaproszeń) to nie chcę o tym pisać u siebie.

      Usuń
  2. Martus, Tymon jest w państwowym żłobku. I faktycznie, Panie były bardzo zdziwione, gdy go we wrześniu zostawilam na tydzień w domu, bo miał katar. Ja naprawdę rozumiem jeszcze lekki katarek, gdy dziecku coś furczy w nosie, no ale jemu to się lało, typowe przeziebienie, woda jak z kranu. Co do rota to przerabiamy co roku, wkurzajace straszliwie, nas szczęście w tym roku jakąś łagodną wersję wirusa Blanka przyniosla, bo jeden dzień wymiotow, lekka biegunka i po sprawie. Wiem, że jest się z czego cieszyć bo rok temu po 5 dniach zwracania absolutnie wszystkiego wyladowalismy w szpitalu. ..
    Martus ja też nie mam komu zostawić dzieci. Zostaje z nimi opiekunka synkow mojej przyjaciółki, Tymciowi było szczególnie ciężko bo jej nie znał. Znów płacz... w piątek kiedy ja nie mogłam wyjść wcześniej, a Andrzej nie mógł się spoznic, chciało mi się płakać. Obdzwonilam nianie, moje przyjaciółki, ale praca, nawet sąsiadki pytałam- a chodziło dosłownie o godzinę. W końcu poszłam na zebry do swojej przełożonej i wyszłam wcześniej. Ale czułam się jak żebrak. Nie pytaj co robi moją teściowa, poza tym że jest biedna, nieszczęśliwa, samotna bo nikt jej nie odwiedza (dwa, trzy razy w tygodniu a nawet częściej, bo jeżdżenie raz w tygodniu kosztem naszego czasu wspólnego to za mało)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas sytuacja z teściową jest tak pokręcona,że pół nocy bym Ci to opisywała. W każdym razie- tak, nie pracuje. Nie, nie pomoże nam przy Lilce. Owszem, pewnie gdybym się kajała, błagała, a potem jeszcze dziecko z gorączką do niej zawiozła (prawie godzina drogi od nas) to by się Lilą zajęła. Nie słuchając żadnych moich próśb i sugestii jak ma to robić. Momentami jestem w czarnej dupie. Moja mama pracuje na 2zmiany i naprawdę bardzo, bardzo dużo nam pomaga, ale na tyle, na ile może pracując. Także czasem odbierze Lilę wcześniej, albo zaprowadzi, żeby nie szła skoro świt. Niestety, kogoś do kogo mogę zadzwonić w niedzielę o 22, czy we wtorek o 6rano w razie "awarii" nadal nie mam. I z jednej strony to rozumiem- ludzie chcą mieć pewny zarobek miesiąc w miesiąc, a ja przecież nie jestem w stanie przewidzieć, czy Lila w danym miesiącu w ogóle będzie miała jakiś przestój. Do tego dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że moje koleżanki z pracy, mimo, że naprawdę fajne dziewczyny- żadna z Nich dziecka nie ma i jak sama wiesz- syty głodnego nie zrozumie. Także niby oczywiście widzą i wiedzą doskonale jak maluchy w przedszkolu łapią wszystko, ale jeśli co rusz miałyby pracować przeze mnie w okrojonym składzie- no sorry, to by się nikomu nie uśmiechało. I mnie pewnie też, gdybym była na Ich miejscu. Mam to szczęście, że Lila ogólnie jest zdrowym dzieckiem. Wszelkie Jej pobyty w domu to była moja lub lekarza decyzja, bo właśnie katar, kaszel... Staję na rzęsach, żeby Jej tą odporność jeszcze wzmacniać, ale wiem też, że przed wszystkim uchronić się nie da.

      Ten nasz wirus w przedszkolu też nie był ciężkiego kalibru. I tak generalnie z dziećmi obszedł się łagodnie, ale mimo wszystko prawie wszystkie go złapały. No nic, trzymajmy się dzielnie :)

      Usuń
  3. Podziwiam, chylę czoła. Ja w zeszłym tygodniu przeszłam chorobę, matka i ojciec Podopiecznego też. A zaraził na 8mc brzdąc! Który nigdzie nie bywa, żadne sklepy, żadne miejsca publiczne.. Tylko spacery. Ale nie o to chodzi. U byłego Podopiecznego też podobno część dzieci chora. A pamiętam jak jego siostra chodziła do przedszkola chora, a przecież miała z kim zostać.. ehh oby teraz było już tylko lepiej!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem czy Cię to pocieszy, ale Zi też właśnie haftuje... Rotawirus rulez!;) I tylko dzięki mojej ostrożności i "nadgorliwości" nie posłałam jej dziś do przedszkola ze zwykłą chrypką, dzięki czemu nie przeżyła stresu zwiazanego z wymiotami w przedszkolu, ma się ten instynkt;) a niektórych rodziców to bym rozerwała, temat rzeka... zdrówka
    Go

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Go, rota często daje objawy plucne, czyli zaczyna się id kaszlu i kończy kaszlem. Coś na ten temat wiem ☺

      Usuń
    2. Go, rota często daje objawy plucne, czyli zaczyna się id kaszlu i kończy kaszlem. Coś na ten temat wiem ☺

      Usuń
    3. To by się zgadzało :), bo Zi skończyła wydalać z siebie wirusa na dwa fronty i znowu zaczęła chrypieć i kasłać. Ale spokojnie nic w przyrodzie nie ginie, prawie pożegnałam moje zapalenie krtani i teraz jelitówkową pałeczkę przejmuję ja! :) Nadaję prawie znad sedesu. ;DDD a tak serio, to leżę w łożu i nie mogę spać, bo mnie brzuch boli i już czuję w kiszkach co nadciąga...
      Pozdro :)
      Go

      Usuń
  5. Trzymam kciuki, zeby ta chwila trwala jak najdluzej!

    U nas, po kilku tygodniach uporczywego kataru i kaszlu, byl tydzien spokoju, zaszczepilam Nika przeciw grypie (takie wymagania w przedszkolu) i... nastepnego dnia zaczal kaszlec! :/

    OdpowiedzUsuń