piątek, 30 września 2016

ŻŁOBKOWICZ

Po trzech tygodniach ciągłego chodzenia do żłobka, Tymuś w końcu ogarnął temat. Dziś po raz kolejny wytłumaczyłam mu, że idzie do dzieci, Tymcio zaczął więc włazić do wózka, bo skoro wychodzimy, to trzeba się pakować do bolida. Ale kiedy wyjęłam tulę z szafy odpuścił i autentycznie wyszczerzył się cały w radosnym uśmiechu. Nie zepsuło mi nawet humory to, że tuż rzed wyjściem wrzucił swojego buta do sedesu ( nie wiem, co on ma z tym wodowaniem wszystkiego, ale generalnie zostałam szambonurem, a dokładnie kiblonurem).

I poszliśmy. Założyłam mu w szatni kapciuchy, przypiełam smoczek, zazdwoniliśmy do drzwi - kiedy się otworzyły, postawiłam go na podłodze, Tymcio dał rękę pani i poszedł. Po prostu poszedł. Nie zapłakał, nawet się nie skrzywił, ba! - on się nawet za mną nie obejrzał. Poszedł. Tymcio żłobkowicz. Mały, dzielny chłopczyk.

A było ciężko. Tymcio potrafił płakać przez trzy godziny. Oddawany - ryczał rozpaczliwie, a ja dostawałam wcale nie przysłowiowej sraczki na godzinę przed wyjściem do żłobka. Gdy pierwszy raz został na spanie, płakał godzinę. Przespał się dwadzieścia minut i wstał z rykiem, budząc inne dzieci. Panie nie były zadowolone. Dzieci też nie. A najbardziej niezadowolony był Tymek. Gdy go odbierałam, potrafił jeszcze dobrą godzinę pochlipywać. Całe dnie spędzał w wózeczku, w którym czuł się najbezpieczniej. Nie chciał wychodzić, bawić się, nic go nie interesowało poza faktem, że nie ma mamy. Tylko jedzeniem nie gardził, raz się obraził na żarcie i nie chciał jeść, ale gdy zobaczył, że inne dzieci jedzą - zmienił zdanie. Wiadomo, rozpacz rozpaczą, ale żeby od razu z tego powodu obiad marnować...

Ale z dnia na dzień było coraz lepiej. Płakał coraz mniej, coraz krócej. Wczoraj tylko skrzywił się lekko, kiedy go oddawałam, w sumie pro forma, tak, żeby zaznaczyć swoje stanowisko, że mu się nie podoba, ale skoro musi to pójdzie. A dziś poszedł. Po prostu poszedł.

Kamień z serca.
Panie mówią, że je, śpi bez problemu - kiedy założą mu piżamę, sam maszeruje do swojego łóżka, wtyka sobie smoczek, wali się na wyrko i zasypia. Obowiązkowo bez przykrycia. Bawi się, nie płacze.
Nareszcie.

A ja od poniedziałku do pracy. Po ponad połtorarocznej przerwie.
Dziwne uczucie.
Klocki przesunięte, znów poukładane, tylko inaczej. 

10 komentarzy:

  1. Dzielny Tymuś!Będziesz mogła spokojnie pracować:) Radosnego powrotu do starych obowiazków:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzielny Tymol. Mogę się domyślać, o ile lżej będzie teraz, kiedy żłobkowicz zaakceptował sytuację.

    A te klocki to wciąż na nowo trzeba układać. Chyba taki urok tej zabawy. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kamień z serca, fajnie, że zaczęłaś żlobkowanie wcześniej, bo chociaż teraz będziesz miała spokojną glowę w pracy. Powodzenia od poniedziałku :)

    OdpowiedzUsuń
  4. I wszystko cudownie się poukładało.:))) bardzo się cieszę...
    Pozdrawiam
    Go

    OdpowiedzUsuń
  5. Super wiadomość. Przynajmniej będziesz spokojnie mogła wrócić do pracy. :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzymie kciuki żeby nie chorował.

    OdpowiedzUsuń
  7. I jak Wielki Powrót? Twój oczywiście.
    Pzdr Izumi

    OdpowiedzUsuń
  8. Miła M., napisz jak w robocie! Żyjesz? Czy Cię od razu zasypali papierami i zjedli żywcem? Dajesz radę????

    OdpowiedzUsuń
  9. Dzielny chlopczyk! :* Ciesze sie, ze juz dobrze!
    Ale poczatki mieliscie koszmarne... Zupelnie jak Bi rok temu... W tym roku, moje Potwory, w miare szybko zaakceptowaly nowe rozporzadzenia placowkowe. ;)

    I jak po pierwszych dniach w pracy? ;)

    OdpowiedzUsuń