niedziela, 11 września 2016

PLACOWE I NIE TYLKO

Tymon był w żłobku dwa dni, pierwszego poszedł z Panią bez większych protestów, nie bardzo ogarniając, co się dzieje. Płakał, ale uspokajał się przy jedzeniu i konsumował, co dali, więc podstawowe funkcje życiowe zachował. Drugiego dnia już załapał, o co kaman i buchnął rykiem na sam widok sali. Odebrałam po trzech godzinach pociągającego nosem biedaka, który jeszcze dobrą godzinę w domu pochlipywał przez sen.
Trzeciego dnia Tymon zaczął produkować kisiel nosem i przez tydzień kiblował ze mną w domu, doprowadzając mnie do obłędu, bo Andrzej miał popołudnia, więc wracał do domu w okolicach dwudziestej trzeciej. A Tymcio bije rekordy w wymyślaniu sobie nowych zabaw.

Zarzuca sobie na łeb ciuchy siostry, ukradzione z suszarki i tak wędruje po domu, co zagraża jego zdrowiu i urodzie. Ewentulanie pracowicie przepycha je przez pręty balkonu, celem sprawdzenia, czy grawitacja nadal działa. Spadającym rzeczom robi "pa, pa", zresztą nie tylko im. Paniom w sklepie, ojcu, siostrze, pani w aptece, pani na przejściu dla pieszych. Także rzeczom umieszczanym w kiblu. Końcówce od odkurzacza, Blanki lalce, jabłku, klockom lego i mojemu telefonowi. 

Tak, wrzucił mi telefon do kibla. 
Jebany, mały gnom. 
Kurwa. 
Telefon oczywiście umarł. Będzie płacił dupek. Odejmę mu z 500 plus.

Tylko wychodzenie z domu na pobliski plac zabaw ratowało ( i ratuje ) mnie przed obłędem. Dzieci wolnowybiegowe to jest to. Jedno co prawda przesiaduje uparcie na drzewie, w różowych baletkach i tiulowej spódnicy z brokatem, nie ma to jak stylowy design, dopasowany do sytuacji, a drugie spierdziela przede mną kaczym truchtem, śmiejąc się szatańsko, ale to i tak lepsze niż siedzenie w domu. 

Co nie zmienia faktu, że obserwacje placowe sprawiają, że zastanawiam się coraz częściej, czy w tym domu nie pozostać. Na stałe. Barykadując drzwi szafą. Gdańską, trzydrzwiową. Nie mam, ale kupię, specjalne ku temu. Nie wiem, co się dzieje, coś z moim łbem, czy tych ludzi już popierdoliło do końca? 

Tak zdecydowanie nadużywam wulgaryzmów, być może to efekt okolicy, w której zamieszkuję, tak zwane ścisłe centrum, co niestety w moim mieście nie oznacza nic szczególnie atrakcyjnego, poza lokalizacją. Stare kurwy, najgorszego typu, wiekowe rogówki, wykłócają się wieczorami pod blokiem o rewiry i klientów, ale traktuję to po latach jako element lokalnego folkloru, wiadomo, kurwa kurwie łba nie urwie, a posłuchać w sumie można.

Stare kamienice generują na placu zabaw wysyp Alanów, Brajanów, Nikoli, Vanesek, nawet jedna Karmen się przewinęła, z włosami koloru typowy polski mysi blond, tak na marginesie. Zwykle puszczonych samopas, dosłownie.
O dzieciach mowa, nie o włosach.

Jako zła, zła matka lojalnie poinformowałam ostatnio, tak na oko, dziewięciolatkę, że jeszcze raz ją zobaczę samą na placu, bez matki, to wezwę policję. Jestem przewrażliwiona? Być może. Warto jednak dodać, dla jasności całej sytuacji, że wspomniana dziewczynka miała pod opieką czwórkę rodzeństwa. Brata pi razy oko, lat pięć, trzyletnie bliźniaczki i... dziecko w wieku Tymka, raczkujące samopas, płci bliżej nieokreślonej. Widziałam ich tylko raz, pewnie przekazała matce... i chodzą same gdzie indziej. 

No nie wiem, nie wiem, coś mi się z łbem dzieje, nie mieści mi się w nim wiele rzeczy, choć granica niemieszczenia się uległa już znacznemu i wielokrotnemu przesunięciu. No wystają mi, nie mogę ich dopchnąć kolanem, przemielić, strawić. 
Nie odzywam się jak zwykle, a przynajmniej staram, bo mi to szkodzi na wątrobę, ale ileż można uśmiechać się jak debil, gdy dookoła debil i debil i debilem pogania. 

Tak dla przykładu, kumulacja z dnia jednego. 

Wedruje sobie Tymon po placu, leci w krzaczory, bo ten obsadzony jaśminem i rododendronami, a to takie zabawne, chować się przed matką w zieleni. No więc biegnie, mija czerwony wózek, ustawiony tuż przy ostatniej ławeczce, a tu z kosza wyskakuje na Młodego wkurwiony ratlerek, szczekający, docierający i szczerzący kły. Naprawdę, nie mam nic przeciwko psom, ale pomijam tutaj te atakujące moje dziecko na placu zabaw, na który zwierząt wprowadzać nie wolno. 

Wędruje sobie Tymcio dalej, na placu dużo małyc dzieci, dwóch chłopców gra w piłkę. Popychają go, przesuwają, bo im przeszkadza. Zabieram, odsuwam, pilnuję, żeby nie podchodził, choć w sumie nie powinnam. Nie pomaga, Młody i tak dostaje centralnie w lampę piłką, przewraca się z bekiem, puszcza mi coś, dobrze, że nie zwieracze, pytam łosi, czy potrafią czytać i zapraszam do zapoznania się z regulaminem placu, gdzie jak byk stoi - zakaz gry w piłkę. 

Wedruje sobie Tymcio dalej, plac z dwóch stron otoczony murami kamienicy, w ścianie jedno jedyne okienko, pochodzi więc zaciekawiony, zerka. Nie krzyczy, nie płacze, patrzy sobie. Okno się roztwiera, ukazując jegomość w wieku mocno zaawansowanym, która z kolei roztwiera na nas paszcze - że jak to, ja wstydu nie mam, tak jej od oknem chodzić i przeszkadzać, bo tak, jej takie chodzenie przeszkadza, więc paszoł won i wynocha, precz i z dala od jej okienka. No rzekła panienka, więc się wycofaliśmy na z góry upatrzne pozycje.
 
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam 
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam

I tak kilkadziesiąt razy przez trzy godziny. Rozumiem, że nie zamykają jej dzieci, zdarza się. Ale dorośli chowani w oborze bez drzwi, z dziurą snopkiem zastawianą doprowadzają mnie do szału. 
Zresztą nie tylko Ci. Babcia chowająca ciasteczka leżące na ławce, do których wyciąga łapkę Tymek i rzucajaca mi "Pani go weźmie" też mnie wkurza. Jak i matki mantrujące - "zostaw, nie rusz, nie dotykaj, to nie Twoje". Drażnią mnie podpisane zabawki, pochowane, zabierane. 

Jestem debilem. 
Idę na plac zabaw, wywalam wór zabawek, wszystkie dzieci się do nich zlatują, bo wiadomo, cudze lepsze i gdy wychodzimy, zbieram z całego placu to, co zostało. Pilnuję swoich dzieci. Częstuję chrupkami, owocami, paluszkami, każę tylko pytać rodziców, czy mogą. 
Tak, jestem debilem. 

Mam nadzieję, że w końcu mi to minie. 






35 komentarzy:

  1. No brawo! Przepędziłaś dzieci z placu zabaw gdzie były bezpieczne. Gdzie????
    Czasem kurwa warto pomyśleć i nie być nadgorliwą. Ja wiem. Ty młode pokolenie. Ja z tego co z kluczem na szyi latałam po podwórku. Szczęśliwego pokolenia dzieci czasów PRL-u.
    Proponuję pierdzielnąć się w główkę aż do zobaczenia numeru buta.
    No kufa. Ideał się trafił a reszta debile.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lu, ty naprawdę uważasz, że czwórka dzieci, w tym raczkujący malec, pozostawione pod opieką kilkuletniej dziewczynki, są bezpieczne????? Ja bym od razu zadzwoniła po policję, nikogo nie uprzedzając. Mieszkam w patolskiej dzielnicy Gdańska i wiem, aż za dobrze, że trzeba reagować i że moja jak moja siedmioletnia sąsiadka z dołu siedzi z półtorarocznym bratem na podwórku sama, to nie znaczy, że jest zapomnianym egzemplarzem "szcześliwego pokolenia", tylko że rodzice znów leżą najebani i trzeba wzywać gliny i po babcię, żeby zabrala małe. Więc sama się pierdzielnij w główkę, choć nie sądzę, żeby to cokolwiek pomogło.
      Goha

      Usuń
    2. chciałam coś napisać, ale Goha mnie uprzedziła. Ja też z "patolskiej dzielnicy Gdańska" pochodzę i podobne obserwacje mam. Gdyby coś jednemu z dzieci się stało usłyszelibyśmy "gdzie byli dorośli"? Otóż dorośli cieszyli się, że jest jak za starych dobrych czasów- 9-letni dzieciak z kluczem na szyi i czwórką rodzeństwa pod opieką. Mój Bobrze, widzisz i nie grzmisz...I ja też zadzwoniłabym po policję bez uprzedzenia- nie wiadomo, co zmusiło tą małą do opieki- rodzice w pracy? rodzice najebani pod stołem? tak czy siak, ktoś powinien zdjąć odpowiedzialność za zdrowie i życie (licznego na dodatek) rodzeństwa z DZIEWIĘCIOLATKI!

      Usuń
    3. Lu dziewczyny powiedziały już wszystko, Twoich "zaleceń" nie będę komentować, to nie jest mój poziom dyskusji.

      Usuń
    4. Ania, znasz moje zdanie - dzieci nie powinny się opiekować innymi dziećmi, to nie jest ich rola, to nie one ponoszą za nie odpowiedzialność. My na tym placu siedzimy zwykle 16-19, czasem 20. Te dzieci były tam zupełnie same, zresztą jak wiele innych. Sytuacja z wczoraj - gdzieś trzynastolatka z czteroletnią siostrą. Mała dostała centralnie w twarz rozbujaną huśtawką, rozbite wargi, lejąca się krew. I starsza siostra, która się popłakała, bo ... matka ją zleje, że nie pilnowała młodszej... Dramat jak dla mnie.

      Usuń
    5. A wicie. U mnie na osiedlu nauczycielsko- profesorskim to był standardowy widok. Młodsze ze starszymi. Rodzice zerkali tylko przez okno. Bo jak co to zawsze któreś darło paszczu: Prose pani...a ona posła na inne podwórko. Gdzie też szalała banda pod okiem zerkających przez okno rodziców. Jedyne obrażenia to poobijane kolana. Prawdziwe zdarzały się na betonowym boisku szkolnym. Fakt. Byłam wyjątkiem. Zebałam się z huśtawki z wysokości 4 m ma beton. Ale jakby nie moja wina. Koleżanka stała za mną i ją poniosło mimo moich wrzasków protestu. W głowę czasami też ktoś oberwał. Ale głupota i nieuwaga.
      Nie ma bata. Dzieci się nie upilnuje. Same wiecie. Ile razy wasze robiły za glebogryzarki?

      Usuń
  2. I prawdę mówiąc za to jak nazwałaś swojego syna mam ochotę ci go odebrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, tak, racja zabrać jej, natychmiast, co z niej za matka, matka nie ma prawa brzydko myśleć o dzieciach, niegdy, przenigdy, nawet gdy jej wypierdalają telefon do kibla. Powinna zakrzyknąć "Najcudowniejszy, najwspanialszy synku na świecie, ach czemu, czemu to zrobiłeś!". A już napisać... bój się Boga, gromu z nieba i porarzenia ręki.
      Z pozdrowieniami dla hipokrytów i kołtunerii
      Ada

      Usuń
    2. Goha, u nas podobna okolica, wejdę w ulicę na prawo - zagłębie sinoczerwonych nosów o kartoflanych twarzach. Dzieci bardzo zaniedbane, u Blanki w przedszkolu bardzo dużo takich, w zeszłym roku zmarła matka jednej z jej koleżanek. Zapiła się. Kojarzyłam ją, bo notorycznie pani nie wypuszczały dziewczynki, bo matka przychodziła po nią pijana. Ojciec ma odebrane prawa rodzicielskie. Mała potrafiła rano sama przyjść do przedszkola. Czterolatka. Teraz babcia ją wychowuje.

      Usuń
    3. Lu, to co sobie pomyślałam, gdy mój telefon wymacany z blatu w kuchni, zwinięty i zaniesiony pędem do kibla nurkował pod wodę, nie było piękne.
      Trudno. Zdarza się. Jak znam życie i ludzi, pewnie nie tylko mi. Pewnie tylko Tobie się nigdy nie zdarzyło brzydko pomyśleć o dzieciach. Gratuluję więc. Mam nadzieję, że ich kupy pachniały fiołkami. I że umiesz wyczuć ironię.

      Usuń
    4. Ada, ma prawo. Nie powinna jednak o tym publicznie pisać. Wiem. Ale mi już się przejadło robienie tego, co powinnam.

      Usuń
    5. Nie ni! Moje dzieci to ideały? W życiu. Ale nigdy o malcu tak nie pomyślałam. Sytuacja- córka, 1986 rok- wylała mi do klopa moje ukochane perfumy. Opium YST. W Pewexie kosztowały wtedy 50$. Za te kasę żyło się ładne pare miesięcy. Syn też utopił mi komórkę. Tak. Sama prałam się po sobie, żem kretynka i zostawiłam w zasięgu ich łap. A co do dzieci to zdania nie zmienię. Pewnie lepiej jest im teraz na jakimś zaplutym podwórku z zachlanymi mordami dokoła. Na placyku mogły chociaż obserwować właściwe zachowania. Zresztą co my wiemy o tej rodziny i sytuacji dzieci.

      Usuń
    6. Lu nie ma sensu robić z agresji tabu. no każdy z nas się wkurza, jedni leją swoje dzieci, inni sie na nie drą a inni zezwą je w duchu od najgorszych i doskonale wiedzą, że to i tak oni są winni. To miejsce służy Brytusi do upuszczenia pary, po typowym dniu matki polki z dzieciakami i poprostu niech tak zostanie. odpuśćmy sobie poprawność polityczna, społeczną, bo to nie o to chodzi, by ciągle nosić maskę, tylko by być człowiekiem z krwi i kości nie narażąjąc sie przy tym na ostarcyzm...

      Go

      Usuń
    7. Lu, w sumie masz rację, nie powinnam tego mówić dziewczynce, tylko od razu wezwać policję/straż miejską, żeby zabrala dzieci do domu i sprawdziła, co się dzieje, że są same.

      Usuń
    8. Go, dziękuję za ten komentarz :-)

      Usuń
  3. Na mnie place zabaw już od czasów Elizowych działały wybitnie źle, z różnych powodów, dlatego unikam i gorąco polecam tą metodę :) Miałam to szczęście i mam do tej pory, że najpierw Elizę, a teraz Lilę panie z przedszkole codziennie zabierają na plac zabaw, więc spokojna jestem, że potem dziecko nie zdziczeje na widok ślizgawki :) Ale te historie i scenki rodzajowe, podobne bardzo u nas, nie na moje nerwy. Bo też jestem idealnym debilem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marta, nie bardzo mogę, bo Tymon w domu dosłownie roznosi chatę na kawałki, więc póki jest pogoda grzebiemy w piachu, robimy babki, ganiamy się i korzystamy z aury. W centrum plac zabaw to jedyne miejsce, gdzie możemy...

      Usuń
  4. Jak mój Syn był mały/młodszy to też unikalam placów zabaw i nie chodziłam zbyt często.. Teraz jest inaczej, Junior jest starszy, samodzielny bawi się z kolegami i nie muszę za nim biegać, pilnować i bawić się w piaskownicy ;) Zawsze po przedszkolu zaliczamy plac zabaw po drodze choć z panią też wychodzą na przedszkolny plac zabaw codziennie. Ale gdy idziemy na plac to nie sami tak więc i Junior ma towarzystwo i ja ;) Sama na placu bym się zanudziła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ineska, Tymon na placu zabaw też już jest samodzielny, wędruje sobie, ja za nim, grzebie w piachu, sypie nim, nosi w wiadrze, ogląda wózki, rowerki, hulajnogi, kręci pedałami, ucieka mi... on jest tam przeszczęsliwy, nie mam serca mu tego odbierać. Choć nie ukrywam, że towarzystwa raczej unikam. Kopię doły i robię baby razem z młodym.

      Usuń
  5. Też jestem debilem. To tak na pocieszenie.

    OdpowiedzUsuń
  6. To ja Ci przytoczę inną scenkę, pojechaliśmy rowerami do młyna na rykę, nie ma tam jakiegoś wypasionego placu zabaw - jedna zjeżdżalnia i trampolina - ale dzieci było sporo. Przy stoliku obok nas towarzystwo imprezuje w najlepsze, a ich piesek jakiś mały kundel biega i gania dzieci. Myślisz, że ktoś z nich zareagował? Guzik. My zwróciliśmy uwagę, ale nie wiem jak długo to podziałało, bo krótko po tym po prostu pojechaliśmy do domu.
    Wczoraj idąc parkiem Poniatowskiego świadomie ominęliśmy ten wielki plac zabaw w pełnym słońcu - ani jednego drzewka, a tem. +35 st. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas cien jest po południu, rano też patelnia.
      Wiesz, ja nie zabieram Travisa na plac zabaw, choć jest najłagodniejszym psem świata. Leży przed bramką w cieniu, rozwalony na bruku jak dywanik. Naprawdę rozumiem, że są dzieci, które psów nie lubią, boją się, nie tolerują. Może z dwa razy weszłam z nim na plac, leżał pod ławkę - ale był późny wieczór i byliśmy na placu kompletnie sami.

      Usuń
  7. Masakra. Też mam taki jeden placyk niedaleko domu (na szczęście jeden z trzech, więc jest dokąd pójść), na który wchodzę tylko wtedy, kiedy jesteśmy same, ewentualnie mamy z małymi dziećmi. Bo czasem jest tak jak u Was - same kilkuletnie dzieciaki, dziko i niebezpiecznie dla maluchów. Piaskownic u nas nie ma, uff!;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas to jest akurat jedyny placa zabaw w okolicy w całości wysypany piachem - nie ma wydzielonej piaskownicy i Tymon tam właśnie uczył się chodzić, jak się wywalał na piach, to się zbierał i szedł dalej bez większych urazów

      Usuń
  8. A ja placyku wspominam z sympatią. Stado matek plotkujących i wymieniających przepisy, porady. I stado szczęśliwych dzieciaków zintegrowanych ze sobą. Umorusanych jak nieszczęście.
    Karmiło się to które podlazło. Poiło też. I każda zerkała ma stado rozbrykańców. I każda reagowała nie tylko w stosunku do swojego ale i cudzych. Dziecko jest dziecko. Bez względu na to czy ma rodzica przy sobie czy nie.
    Bylło sporo dzieciaków, np na ogródkach działkowych, gdzie rodzice/dziadkowie obrabiali roślinki a one szalały z naszymi.
    A dla uciemiężonych placykami mamu§ mam radę: Bilet poza miasto to nie majątek. Można wyskoczyć na spacer do lasu czy gdzieś w miłe okoliczności przyrody i pokazać dziecku coś więcej. Ale trzeba chcieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga LU, a gdzieś Ty wyczytała, że zamykamy te nasze biedne dzieci w piwnicy, kiedy nie bierzemy ich na plac zabaw? Myślę, że niepotrzebnie na siłę szukasz czegoś, do czego mogłabyś się przypierdolić, że tak brzydko powiem.

      Usuń
    2. Lu, ty naprawdę uważasz, że ten blog to cały , kompletny obraz mojego życia? Tego, co robię z dziećmi, gdzie z nimi bywam, naprawdę myślisz, że całe lato dzień w dzień siedzieliśmy na placu zabaw???
      To znaczy, że nic o mnie nie wiesz, zresztą tak jest, więc może dopowiem - to, co tutaj jest, to tylko mikro wycinek...

      Usuń
  9. Lu, wyluzuj. Jest czas pisania pieknych postow i czas narzekania. Jak w zyciu.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ejjj no kobity... błagam Was...:))) wyluzujcie... proszę, to takie fajne miejsce...warto tak się zacietrzewiać? rozumim Brytusie, rozumiem też co chciała powiedzieć Lu, chociaż wyraziła to zbyt dosadnie. Ja też jestem socjalistą i czasem mi się wydaje, że wspólnie byłoby lepiej niż każdy osobno. Z jednej strony należałoby najpierw zapytać małą o co kaman, a dopiero pózniej podejmowac kroki i tu rzeczywiście wypędzenie jej nie było najszczęśliwszym pomysłem. Brytusia, no masz strasznego pecha z tym placem, ale może gdzie indziej, nie wiem, my jeżdzimy do palmiarni, jażdzimy do botanika na skałki, po zoo to Zi może wycieczki oprowadzać, bo jest tam co tydzień praktycznie, jeżdzimy do arturówka, poza tym w mojej dzielni stawy jana, stefańskiego, młynek, my rzadko kiedy siedzimy na pobliskim placu zabaw, bo własnie jakoś tak pusto i smutno jest, mało dzieci i tez źle, fajnie jakby było stado... trzy lata temu poznałam na placu zabaw moją najlepszą aktualnie koleżankę, razem opieprzamy panów i panie, których psy srają gdzie popadnie a oni tego nie sprzatają, i dzwonimy po straż miejską, jak menele chleja na placu zabaw lub go demolują (mieszkam na starych Chojnach więc to tez nie eldorado). Byłyśmy na siebie poniekąd zdane, bo tylko my w deszczu i śniegu popitalałysmy po kwadracie z maluchami... a nawet jak sie zdarzyła jakaś inna matka to zazwyczaj jakaś drętwa. Własciwie to chciałam tylko napisać, że ja też tęsknię za starymi czasami kiedy byłam mała i rzeczywiście miałam poczucie jedności ze społeczeństwem, teraz mam poczucie, że każdy jest sam... przeciw sobie nawzajem często i że taka mała z rodzeństwem nie ma żadnych szans na szczęśliwe zakończenie, bo świat się zmienił, bo nie da się jej w stadzie wychować... smutne to...

    Pozdrawiam
    Go

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Go, znam wszystkie miejsca, które opisujesz :-) Bywam regularnie, my mamy jeszcze blisko Maufakturę, muzeum fabryki, eksperymentarium, Falę i planetarium. Plus Arlekina, Pinokia i parę innych miejsc. Jedne z moich ulubionych to Uniejów, Borysew, Wioska skrzatów, Rogów i Mikrokosmos u Ujeżdzie. Ale to już troche dalej, auto niezbędne, ale dzieciaki dobrze znoszą jazdę, więc się szlajamy.

      Usuń
  11. Oj dają Ci popalić i małe (choć najukochańsze własne) potworki i ta bezmyślność wokół. Ja ją widzę w innych aspektach, ale mnie już tak zmęczyła, że chyba nawet przestała wkurzać... Ale w przypadku dzieci i ich bezpieczeństwa trudno oczywiście olać, zachować spokój i żeby się czasem nie ulało.
    Uściski! Dla Ciebie, Blanki i Tymka! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iw, zwykle zachowuje, ale ostatnio mam przesyt, po prostu przesyt.

      Usuń
  12. Brytusia, nie jesteś pomidorówa, by wszyscy Cie lubili. Ani karetka pogotowia byś musiała być na każde wezwanie. Masz prawo do wkurwa, do przeklinania. Jak ja mawiam: lepiej trzy kurwy rzucić i raz słownie jebnąć niż komuś w mordę dać. Ulży a krzywdy nie zrobi. Nie sądzę, byś Tymkowi walnęła w oczy co o nim sądzisz. A zaocznie to jednak dobrze wpływa na trawienie i sprawy sercowe. Na zdrowie. Tłumiona złość rodzi frustrację. I wszystkie te idealne mamuśki, w swych wypieszczonych mieszkaniach, są chodzącymi bombami zegarowymi, które nie uczą dziecka, ze każdy ma prawo do złości i uczuć niekoniecznie różowych i srających tęczą, ale i tych mrocznych i trzeba sobie z nimi radzić. Ja tam mówiłam dziecku, gdy coś zbroił: kocham Cię, ale w tej chwili jestem na Ciebie wściekła. Zachowałeś się głupio. Przeproś i przemyśl jak możesz to naprawić. I w ten deseń zależnie od wieku. W idealnym świecie, Perfekcyjnych pań domu, srających tęczą mamusiek, nie ma miejsca na złość, gniew, wściekłość, smutek. A potem następuje odreagowanie na dziecku, chłopie, rodzinie, sąsiadach i innych bogu ducha winnych ludziach.
    Nie tłum w sobie więc emocji. Ulży. A Tymek i Blanka nauczą się jak sobie z nimi radzić. (Może nie waleniem główką w ścianę):)
    Nie każda matka lubi towarzystwo Grażynek, żon Janushów i rodzicieli brajanków, sebixów i jessik. I ma do tego prawo. Mnie się nie chciało robić prasówki pudelka by mieć z nimi o czym pogadać.
    A co do dzieci bez opieki, to czasy się zmieniły, oj bardzo. I skoro dziewięciolatka jest na tyle samodzielna by przyjść z rodzeństwem, jest też na tyle samodzielna by przekazać matce, że tak nie można. A co matka z tym zrobi, to już matki sprawa. I jeśłi coś się stanie jej wina. A nie Brytusi - ona przynajmniej zareagowała.

    OdpowiedzUsuń