czwartek, 28 lipca 2016

ROCZEK

No i już. Zleciało. W sumie ponad dwa tygodnie temu. Tymcio skończył rok. Z poczucia kronikarskiego obowiązku donoszę: waga - nadal 12 kg, odkąd Młody zaczął się więcej ruszać, wyszczuplał. Zębów nadal osiem. Rozmiar buta 22. Wzrost 92 cm. 
Duży chłopak. 

Do tego czupryna w kolorze świński blond, szare oczy i uśmiech na pysku. 
Komunikatywność - a i owszem, praktycznie wszystkie żądania, prośby załatwiane są krótkim, rozkazującym "A!!!" połączonym z pokazaniem łapką, czego chce. Zwykle niezbyt precyzyjnie, więc weź się matko domyśl, czego syn sobie życzy. Bo jak nie to, krzyk. Coraz głośniejszy, w myśl zasady - "Przecież Ci pokazałem, o co mi chodzi, no daj mi!!!". 

Inne słownictwo ubogie. Mama tylko jak jest strasznie nieszczęśliwy, tata od czasu do czasu i "ne, ne, ne" połączone z kręceniem głową na boki, dla podkreślenia odmowy. Na razie wystarcza, dogadujemy się. 
Zwlaszcza, że koleś z typu, co to nie zgłasza większych roszczeń, o ile najedzony, napojony i wyspany. 
Tymcio pije mleko i wodę, zupełnie jak zwierzę, a je to co lubi. To, czego nie lubi, wypluwa. Choć gusta mu się zmieniają, ostatnio zapałał miłością do arbuza, którego wcześniej nawet nie chciał wziąć do pyska. 
Choć jego samodzielne spodziewanie trudno nazwać jedzeniem, raczej to kąpiel w arbuzie. 

Uwielbia jabłka. W całości, ze skórką, której pozbywa się, wypluwając, przez co roboczo jest nazywany w domu "jabłkogryzarką". Ulubione danie - mięcho i kartofle, z naciskiem na to pierwsze. 
Niestety na czas jedzenia psa musimy zamykać w łazience, albowiem Tymon odkrył, że Travis działa na żarcie i mu daje. A potem ryczy, zdziwiony, że nie ma, bo pies mu zjadł. Dziecięca logika zawsze mnie porażała... 

Śpi nadal dwa razy dziennie, o dziesiątej i o piętnastej. W zależności od warunków, od kwadransa, do dwóch godzin. Budzi go wszystko, nawet przejście psa pod pokojem. O siostrze nie wspominając. Tę uwielba. Głownie szarpać za włosy i gryźć, wywalać jej zabawki i uciekać z nimi w zębach. 

Tak uciekać. 
Tymon chodzi. Zaczął dzien po ukończeniu roku. Wcześniej robił po dwa, trzy kroczki od mebla do mebla, aż przyszedł ten dzień, kiedy się odważył i ruszył przed siebie. Z wysoko uniesionymi rękami, na szeroko rozstawionych nogach, pokracznie, ale idzie. Ilość guzów na buzi znacznie wzrosła, nie zraża go to jednak. Umie już nawet wstać bez przytrzymywania się ściany lub mebla, nawet chodzenie po piasku na placu zabaw opanował. Na razie bez butów, buty to zło, ich założenie równa się ryk i natychmiastowy demontaż tego czegoś, co mu zła matka do stóp przyczepiła. 

Wszystko go interesuje, ciekawi. Pstryczek zapalający światło, pies, gazety, książki. Zawartość szafek, które bebeszy za zapamiętaniem. Fascynuje go łazienka, zapewne dlatego, że nie wolno mu tam wchodzić. Kiedy tylko zobaczy uchylone drzwi, leci pędem. I rozpacza, gdy zamknę mu je przed nosem. 
Ryczy, ryczy, wyrzeka, ale tylko moment - wystarczy, że zainteresuje go coś innego i natychmiast przestaje. 

Fascynuje go siostra. To ona umie go rozbawić tak, że śmieje się w głos, to za nią łazi jak pies. Robi żółwika, pa pa, przybija piątkę, bije brawo. Nas próbuje naśladować, co wiąże się z tym, że każdy kosz przed opróżnieniem należy dokładnie sprawdzić, bo Tymol wyrzuca do niego klocki, kredki, zabawki. Zabiera nam klucze i usiłuje je włożyć do zamka. Kradnie ojcu młotek i także próbuje nim stukać, szkoda, że w okno balkonowe. Wyciera podłogę zanlezionymi papierkami. 

Jest pogodny i ciekawski. Na plazu zabaw podchodzi do dzieci, zaczepia je, próbuje się bawić. Nazwamy go "piaskową Godzillą", bo każda babka, którą zrobię wyzwala w nim natychmiastową chęć zniszczenia. 
Ot, mały rozbójnik. 

niedziela, 3 lipca 2016

KLEPTOMAN

Robiliśmy jakiś czas temu zakupy w warzywniaku. Tymka w wózku zostawiłam przy drewnianych pakach z owocami i poszłam zapłacić. Wracam, ludzie się śmieją, a Tymol spokojnie obgryza jabłko, które sobie wyjął ze skrzynki. Takie nieumyte, ze skórką, a co. Znalazł sobie. 

Więc w piątek, gdy poszłam znów tam po zakupy, postawiłam go przezornie z daleka od owoców. Wyjeżdżam już na chodnik, zaglądam do wózka, patrzę, a Tymol znów coś żre. 

Ogórka tym razem sobie znalazł.
I skonsumował.
Szkoda, że ponownie bez płacenia. 
Postanowiłam, że następnym razem kleptoman czeka przed warzywniakiem

Wczoraj poszliśmy do pobliskiego spożywczego, bo Andrzej miał ochotę na coś słodkiego. Kupiłam kawałek ciasta, wytaczam się z wózkiem przed sklep, patrzę, a ten Gad znów coś trzyma w łapie i pracowicie obrabia zębami.

Gwizdnął z półki przy kasie mentosy. Wydarłam mu z ręki i chciałam oddać, ale niestety zdażył już je trochę przemielić. Musiałam więc wrócić i zapłacić, zostawiając przed sklepem ryczącego, bardzo rozżalonego Tymka, zalewającego się łzami. 

No bo przecież on sobie znalazł.
Sam
A ja mu zabrałam!!!

Chmmm jest szansa, że już by się sam wyżywił w mieście.
Co nie zmienia faktu, że rośnie mi kleptoman.