piątek, 24 czerwca 2016

JEDENAŚCIE

W jedenastym miesiącu życia Tymek stał się mobilny, ku swojej uciesze i mojej radości, choć zdecydowanie mniejszej. Porusza się na czworakach z prędkością karalucha i podobnie jak ten przesympatyczny robaczek, włazi wszędzie. Słychać tylko ciapanie bosymi kończynami po podłodze, a gdy te dźwięki milkną, to już wiem, że coś wywala. Wyjmuje buty z szafki przy drzwiach, wyciąga Blanki kurtki z szafy, bebeszy szuflady w kuchni, wywala butelki z wodą mineralną z szafki, ubrania z regału w dziecinnym pokoju, zabawki z pudeł, grzebie w koszu na śmieci. W związku z tym faktem, niemal wszystkie szafki zyskały mało estetyczne zabezpieczenia z taśmy klejącej, co bardzo frustruje Tymka. Zwłaszcza, że malec doskonale wie, że to właśnie to szare coś nie pozwala mu się dobrać do zawartości, więc skubie przy tym paluszkiem, próbuje odkleić - bez powodzenia. 

Pokrzykuje sobie przy tym, w końcu zaczyna ryczeć z niezadowolenia. Podobnie, gdy zdążę mu zamknąć przed nosem drzwi do łazienki, do której zawsze leci pędem, albowiem doskonale wie, że nie wolno mu tam wchodzić. A nie pozwalamy, gdyż Tymek z drzwi zrobił sobie coś na kształt pchacza do nauki chodzenia. Opiera się o nie, one się otwierają, Tymek idzie. Potem zamienia stronę, zamyka i znów idzie kilka kroków. Zabawa przednia, tylko niestety palce Predatora już kilka razy na tym ucierpiały, zwłaszcza, że Młody niekoniecznie jeszcze jest w stanie połączyć przyczynę ze skutkiem. I trzyma jedną rękę w szparze między drzwiami a framugą, a drugą z całej siły dociska sobie wspomniane drzwi, przycinając sobie własnoręcznie palce i ryczy, ryczy, ryczy... Cały czas dociskając...

Wstaje przy meblach, głównie po to, żeby ścigać to, co na nich leży, już macają małe łapki po stole, żeby sprawdzić, co matka nieopatrznie zostawiła blisko krawędzi. Ale chodzi przy nich niechętnie, szybciej i wygodniej łazi mu się na czworakach. Nie lubi też być prowadzany za rączki, z prostej przyczyny - musi wtedy iść tam, gdzie my chcemy. A on woli iść tam, gdzie on chce.
Nie chodzi jeszcze, ale doskonale wspina się po schodkach, włazi na kanapę, a na niej na poduszki i zagłówek i usiłuje zrzucić mój ukochany plakat ze ściany.
Porusza się jak czołg - niczego nie omija, zdarza mu się więc przechodzić przez leżącego, lekko zdziwionego Travisa, nie na tyle jednak zdziwionego, by wstać.
Zresztą oboje ostatnio odkryli swoje istnienie - Tymek, że coś tu chodzi po domu dużego, ma futro, które można szarpać i nos, w który można wtykać palce. Travis - że ten mały koleś ma jedzenie i wystarczy go trącić nosem i daje. A potem ryczy, że zniknęło, ale to już inna bajka...

Mówi dużo, ale wszystko w swoim własnym, prywatnym języku, babla, glagla, pilpa bez przerwy, czasem wyjdzie mu "mamamamama" lub "tatatatata", "bababa", ale raczej nie kojarzy tego z naszymi osobami. Za to my w końcu zakumaliśmy, że głośne, zdecydowane, krótkie "A!!" połączone z wyciągnięciem ręki, oznacza: "Daj mi to!!, chcę to!!" Trzeba się jednak jeszcze domyślić, czego życzy sobie Tymcio.
Jest dzieckiem bardzo pogodnym, otwartym, niewymagającym. Nie boi się obcych, bez problemu zostaje z różnymi ciotkami, nie robi na nim wrażenia zamiana gęby u osoby opiekującej się nim, popatrzy chwilę, pomyśli i uśmiecha się szeroko.

 Ostatnio, gdy weszłam razem z nim po Blankę, Pani zawołała mnie na górę, żebym podpisała umowę. Wzięłam więc predatora pod pachę i weszłam do sali. Młodego postawiłam na dywanie obok siostry i innych dzieci, a sama zaczęłam rozmawiać z Panią. Nie zrobiła na nim wrażenia ani zmiana otoczenia, ani dzieci, których nie znał, ani hałas.
Poraczkował do plastikowego, wielopoziomowego parkingu, którym bawiły się przedszkolaki, stanął sobie przy nim i dalej z nimi przekładać autka. Z sześciolatkami... Musiałam interweniować dopiero, gdy próbował się wspiąć na wspomniany parking. Bardzo był niezadowolony, że mu nie pozwoliłam.
Idealne dziecko żłobkowe, które niestety do żłobka się nie dostało.
Tak więc jeśli chodzi o opiekę nad Młodym od września to jestem w przysłowiowej czarnej dupie. Cóż, bywa. Mam osiem tygodni, żeby coś wymyślić.

Na razie to wymyśla Młody, głównie przy żarciu, popsuł mi się synek i je tylko to, co chce. Zupki tylko zmiksowane na  gładko i tylko rosołek z kaszą manną. Każdą inną pluje. Najlepiej wchodzi mięso i kartofle, chłopskie geny dziadków się w nim odezwały i tu mu ani grudki, ani kawałki absolutnie nie przeszkadzają. O, i ogórki kiszone żre jak małpa banany. I owoce. Ale nie wszystkie. Arbuz - bleee, świństwo. Czereśnie - fajnie się maśli, ale żeby zaraz to jeść? Jabłka - bardzo chętnie. Ostatnio, gdy robiłam zakupy w warzywniaku, zostawiłam go w wózku tuż przy skrzynkach z owocami. Zapłaciłam, wyjeżdżam, patrzę - coś trzyma w łapach i obgryza. Poczęstował się skubaniec...

Co do jedzenia - Tymek nie toleruje śliniaków. Gdy tylko podejmę rachityczną próbę ubrania go w takie ustrojstwo, nie ma mowy o jedzeniu, Młody całą swoją energię poświęca na zdjęcie tego CZEGOŚ, co mu założyłam na szyję. A że je jak turecki basza, to po zakończeniu posiłku mam ochotę go po prostu wsadzić do wanny i spłukać. Zwłaszcza że Młody uparcie próbuje jeść sam, wyrywa mi łyżkę, wsadza do słoika (gdy przelewam zupę do miski, to wkłada mi do niej ręce, więc ostatnio przelewam zupę do słoika), wyjmuje... i próbuje nią trafić do buzi. Najczęściej wtyka ją sobie do oka, nosa, a gdy precyzyjniej namierzy - próbuje ją ssać.
Tak więc po każdym posiłku nadaje się do przebrania.
I tak trzy, cztery razy dziennie.

Śpi trochę lepiej, choć nadal źle. Idzie spać ok 20-20.30, w wersji dobrej budzi się w okolicach 24 -1 na żarcie i śpi potem do 4.30 - 5, tankuje i dosypia do 6.30. W wersji złej budzi się co godzinę, półtorej. W dzień ma dwie drzemki. Śpi rano od 10 do 12, choć czasem mniej. I po południu, między 14 a 15 - zwykle kwadrans, czasem dwadzieścia minut, no, jak zaszaleje to pół godziny.

Alergia mu się nieco wyciszyła, nie wiem, czy to kwestia wieku, czy pory roku - ponoć latem często ma miejsce remisja, ale zostały tylko zmiany na rękach i nogach, które niestety rozdrapuje, więc skazani jesteśmy na ubrania z długim rękawem, Młody, gdy tylko poczuje odkrytą skórę, czochra się do krwi.
Do krwi gryzie też Blankę, to jego ulubiona zabawa, podobnie jak targanie siostry za włosy, oooo, jak on się wtedy cieszy, zbój jeden. I rozwalanie, rozwalanie wszystkiego - zrobię Blance babkę z piasku na placu zabaw, a on już zasuwa na czworakach, niczym miniaturowa Godzilla i dalej niszczyć.
Uwielbia się bujać na huśtawce, lubi muzykę, kiedy słyszy grające radio, kręci tyłkiem i podskakuje i cieszy się, aż się śmieje w głos, pełną gębą. A w gębie osiem zębów, którymi się już całkiem sprawnie posługuje - choć ostatnio mu nie poszło, kiedy dałam mu suszoną żurawinę, tak ją żuł, że się ugryzł w język...

Jest coraz bardziej podobny do Blanki, czuprynę ma już pokaźną, koloru świński blond - ale tylko fizycznie. Charakter ma zupełnie inny, rozwija się dużo wolniej niż siostra, ale jest zdecydowanie spokojniejszy, ma pogodne usposobienie,  jest radosny i cierpliwy.

Zawsze mnie to zadziwiało - niby mieszanka tych samych genów, a efekt zupełnie różny.



3 komentarze:

  1. Mam trójkę. Postawieni obok siebie zupełnie niepodobni, charakter każdego osobnika jak z innej galaktyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwne, no nie?
      Zawsze mnie to fascynowalo

      Usuń
  2. Moje dziewczyny podobne są do siebie z wyglądu, natomiast charakterem to dwie zupelnie różne jednostki. Przeciwieństwa właściwie we wszystkim.
    Wiesz niedawno czytałam, że jesteś w ciązy - drugiej, a tu Tymek zaraz kończy rok, oby kolejny przyniósł poprawę na wszystkich frontach taką ostateczną. Tak, żebyś tylko się cieszyła macierzyństwem i nie zapominala o niczym - w tym głównie o sobie :)

    OdpowiedzUsuń