czwartek, 12 maja 2016

NIEMOWIENIE

Niemówienie jest pełne.

Schodzimy po schodach z widowni, krok za krokiem, moja koleżanka w chabrowej sukience wolno toruje sobie ciążowym brzuchem przejście wśród zgromadzonych osób. Ja za nią. Przesuwamy się niespiesznie, mówię, że nie będę nawet czekać na podpis, bo tyle ludzi, ona wspomina, że właśnie z tego powodu nie zabrała nawet książki ze sobą. Ja kupiłam tuż przed spotkaniem.  Przepiękne wydanie. Zastanawiam się, kto projektował okładkę, wodzę palcem po lekko szorstkiej obwolucie, myślę o wszystkich skojarzeniach,  jakie przywodzi kolor i faktura starego papieru do pakowania, papieru sprzed lat, spod lady, doceniam kontrast ze śliskim, złoconym grzbietem, gładzę kciukiem nazwisko autora.

Jacek Hugo-Bader.  "Skucha" . Słowo z mojego dzieciństwa, gdy było nią tylko i aż, nadepniecie na gumę rozciagnieta pomiędzy nogami dwóch koleżanek, lub częściej dwóch krzeseł, z braku tych pierwszych.

Na okładce pies przywiązany do pochylonego drzewa, z wzrokiem wlepionym w tego, który go tak zostawił. Boli mnie, gdy na nią patrzę,  choć to tylko schematyczny,  czarny rysunek.

Kierujemy się do wyjścia, gdy nagle zmieniam zdanie, przepraszam koleżankę i mówię, że jednak zaczekam. Uświadamiam sobie, że muszę mu coś powiedzieć, coś, co mnie dręczy od lat, co dla mnie jest najgorsze w jego książkach. Przeczytałam wszystkie. "Białą gorączkę", "Dzienniki kołymskie", "W rajskiej dolinie wśród zielska", "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak". Kto zna, te wie, co się za nimi kryje. Wyprawy, czasem wielomiesięczne, rozmowy - słowem - czas.

"Skucha" powstawała od 1995 roku, kiedy autor założył teczkę z napisem "Firma" - do niej trafiały wycinki z gazet, rozmowy, notatki. Dwadzieścia jeden lat.

Dobre rzeczy nie powstają szybko. Trzeba na nie długo czekać. Złe dzieją się błyskawicznie.
To tak na marginesie.

Kiedy usiadłam na czerwonym fotelu obok Jacka Hugo - Badera, zawiesiłam na chwilę wzrok na kolorowych, plecionych opaskach na przegubie jego ręki. Oplotłam je jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń...
Uśmiechnęłam się.

Zapytałam go, czy wie, co jest najstraszniejsze w jego książkach; zdziwił się, wyskoczyłam na nagle poza standardową ramkę "Mam na imię..., proszę o dedykację dla... no i jeszcze o zdjęcie!". Nie czekając na odpowiedź, bo przecież jej nie znał, powiedziałam mu - że najgorsze jest to, że jego książki powstają latami, a ja je czytam w dwie godziny.
Rozpromienił się.

Powiedziałam, że rozumiem, że to musi tyle trwać, żeby one były takie jakie są.
I że będę czekać. Jak zawsze.

Pomyślałam, że muszę mu to powiedzieć.
Bo niemówienie jest pełne niewypowiedzianych, dobrych słów.
Bo za dużo
niemówie. 

3 komentarze:

  1. :*
    Myślę, że zapamięta Wasze spotkanie.
    Taki nietuzinkowy komplement.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pewna, ze i dla niego bylo to spotkanie z fanka, godne zapamietania! :)

    OdpowiedzUsuń