sobota, 28 maja 2016

USTALMY. ..

Miotam się po domu. Sprzątanie, pranie, obiad. Tymek czworakuje mi pod nogami, opróżnia szafki, wyciąga buty, otwiera piekarnik, grzebie po pojemnikach co jakiś czas wywalajac się ze spektakularnym rynkiem lub przycinajac sobie palce. 

Muszę włączyć pralke, a on akurat buszuje w pojemniku z klockami w pokoju, proszę więc Blanke:

"Spójrz na niego sekundę, proszę, przypilnuj go moment, ja zaraz wrócę "

Ta patrzy na mnie bykiem i odmawia,  dorzucajac do pieca mojej codziennej irytacji: 

"A kto go urodził?  No kto? 
Na pewno nie ja!"

No jakby nie było, nie ona.

wtorek, 24 maja 2016

O BRUDNYCH DZIECIACH

Taka sytuacja
Wchodzę po Młodą do przedszkola, czekam chwilę na dole, aż zejdzie, Tymol sobie gada w wózku, a w holu awanturuje się rude, plujące jadem coś. Że niby matka, wyjątkowo zdenerwowana, bo uwaga! ( Ci, którzy czytają stojąc, niech lepiej usiądą) - jej syn po powrocie z placu zabaw ma piasek w butach. 
I ONE MU GO NIE WYSYPUJĄ. 
One, czyli przedszkolanki, przypominam oraz informuję nieuświadomionych - jedna Pani na 25 dzieci. 
I TE BUTY SIĘ NISZCZĄ. 
PRZEZ TEN PIASEK. 
Chmmm, zawsze mi się wydawało, że raczej od codziennego, intensywnego użytkowania, ale widać się nie znam. 
I ONA JUŻ TYLE RAZY PROSIŁA A ONE NADAL NIE WYSYPUJĄ
BYŁA NAWET NA SKARDZE U DYREKCJI I NADAL
NIE WYSYPUJĄ

Opiekunka grupy Blanki tłumaczy, że ona nie zajmowała się drugą grupą, tylko inna Pani i już jej nie ma, po po piętnastej grupy są łączone i opiekunka danego chłopca już wyszła. 
Rudej to nie przeszkadza. Drze się nadal, nie ważne na kogo, byle ulać jadu. 

Myślę sobie, druga grupa, czyli czterolatek. 
Siedzi sobie na krześle biedne pachole, okraglutkie na buzi i nie tylko, brzuch wylany ze spodenek na kolana i dłubie w nosie. 
I czeka. Buty rzucone obok. I czeka. 
Matka spuściwszy sobie nieco ciśnienia
ZACZYNA GO UBIERAĆ. 

A ja myślę sobie, że gdyby mój syn w wieku lat czterech nie potrafił sobie wysypać piachu z butów, to chyba bym się zapadła ze wstydu pod ziemię. I owszem, też bym się darła, ale na pewno nie na Panią w przedszkolu, tylko na to oto pacholę, któremu matka zakłada sandały, zapina rzepy, a chłopczyk jedyne co robi, to jej nogę pod nos podstawia. A matka zakłada mu bluzę, gdy wtem, uwaga! Dostrzegła plamkę na koszulce. I dalej hajda na wroga!

BO W OGÓLE W TYM PRZEDSZKOLU TO ON SIĘ BRUDZI. 
W DOMU SIĘ NIE BRUDZI W OGÓLE. 
A TU SIĘ BRUDZI. 

Straszne pomyślałam sobie. No potworne. Nagle rozumiałam, czemu opiekunka grupy Blanki przepraszała mnie ostatnio, bo jak się okazało, Młoda pomalowała sobie rajstopy farbą. Popatrzyłam wtedy na nią jak na wariatkę, bo w domu Blanka maluje nie tylko przypadkiem po ubraniach, ale także po innych powierzchniach i to celowo. 

Kusiło mnie, oj jak mnie kusiło, żeby się wtrącić w tą dyskusję, ale  Ruda nie wyglądała na taką, co posiada poczucie humoru, więc się wstrzymałam. 
I trochę żałuję, bo taką miałam ochotę...

Zaproponować jej, żeby owijała swojego synka folią streczową, od stóp po czubek głowy. Zagwarantować jej, że to świetna metoda i wtedy to w ogóle się nie ubrudzi, nawet trochę, tylko trochę spoci ewentualnie. Powiedzieć, że testowałam na swoich dzieciach, że patent sprawdzony i w ogóle polecam, i dla dorosłych i dla maluchów, ubrania się nie niszczą, prać w ogóle nie trzeba. Tylko o wycięciu dziur na usta i oczy trzeba pamiętać. 

Choć w jej przypadku tę na usta raczej należałoby z premedytację pominąć... 



piątek, 20 maja 2016

DYSZKA

Dziesięć miesięcy.  Zębów osiem. Kilogramów dwanaście (prawie) . Wzrostu 86 cm. Rozmiar ubrań 12-18 miesięcy. Rozmiar buta 21... 
Tymek w liczbach. I w ruchu. Ciągłym.  
Drugi czworonóg w naszym domu, raczkuje jak oszalały, wstaje przy meblach, potem je porzuca, by przemieścić się do następnego przy użyciu czterech kończyn. Dziwnym zbiegiem okoliczności na hasło "Tymek, nie wolno" włącza mu się turbodoladowanie i raczkuje dwa razy szybciej do upatrzonej rzeczy. Zwykle są to zabawki siostry, ku jej rozpaczy obśliniane,  obgryzane i niszczone z dziką radością. 
Odebranie zdobyczy kończy się rozpaczą i dramatycznym protestem, skłonność do afer Młody odziedziczył po siostrze najwyraźniej...

Ooooo,  jak on ryczy,  jak się zalewa łzami, jak rozpacza, gdy mu zabiorę świeżo upolowana gazetę,  która właśnie zamierzał podrzeć na kawałki i skonsumować.  Ooooo,  jak rozpacza, kiedy usiłuje ściągać rzeczy suszarki i. .. wyrzucać przez balkon, a ojciec mu nie pozwala.
Drze się, jakbyśmy go obdzierali ze skóry i posypywali solą, do momentu, aż zainteresuje go coś innego. Wtedy milknie. W sekundę. Awanturnik jeden.

Płacze. Myślę - głodny. Robię kaszke. Zjadł łyżeczkę, gębę zacisnąl, kręci łbem na boki, macha łapami.  Czyli nie. Zabieram, a raczej zbieram, bo na skutek jego szaleństw oboje jesteśmy w sinlacu od stóp po czubek głowy. 
Myślę - czyli jednak nie głodny. 
Ale ryczy dalej. 
Otwieram słoiczek z zupką
Znów to samo. Zjadł łyżeczkę i afera, zalewa się łzami, dramatycznym gestem opiera główkę o blat krzesełka i płacze, o jak on płacze, aż się zanosi w tej swojej rozpaczy. 
A mi zaczyna coś świtac. Otwieram słoiczek z morelami. Ryczacy Tymek łaskawie zjada łyżeczkę i nagle cisza, uśmiecha się ("no nareszcie matka zalapalas o co chodzi! !!") i szeroko otwiera buzię. O ty gadzie,  myślę sobie z lekkim nerwem.

Generalnie Tymek potrafi pokazać co mu się podoba, a co nie. Buty na nogach - pogwalcenie wolności osobistej i swobody, darcie rzepow i tarcie noga o nogę by je zrzucić. Czapka na głowie - no bez przesady matka, ściągamy. 

Samodzielne zasypianie. 
Oooooo tu to się dopiero Tymol wkurzyl i to porządnie. Pewnego dnia matka powiedziała sobie "dość". Koniec z dziesięcioma pobudkami w nocy, z podsypianiem przy cycku.  Teraz to ja decyduje, kiedy daje mleko. Słowem - jemy i śpimy. Wytlumaczylam wszystko elegancko synkowi, nakarmilam, oczyska zaczęły się kleić, więc zapakowalam kawalera do wyra, okryłam, ucalowalam na dobranoc i ewakuowalam się do drugiego pokoju. 
Oczyska otworzyły się szeroko już przy kontakcie małego tyłka z materacem - ze zdziwienia,  no bo jak to, gdzie mój cycek,  moja ukochana przytulanka,  mój usypiacz,  zabralas,  podła ty, jak mogłaś! 
A no zabrałam. I poszłam. 

Jedoosobowy ruch oburzonych dziesięciomiesieczniakow protestował równo czterdzieści minut. Przychodzilam, przytulalam,  uspokajałam  i ku rozczarowania małego predatora,  znów go kladlam i wychodziłam.
W końcu się poddał. 
I zakumal, że skonczyly się czasy terroru. Jeszcze próbował tej nocy zawalczyć,  ale bez zbytniego przekonania. Najwyraźniej dojrzał w moich oczach chęć mordu i postanowił nie ryzykować. 
Od tamtej pory je przed zaśnięciem, około dwudziestej, dojada w okolicach północy, czasem o pierwszej i śpi do piątej, kiedy to zapala mu się czerwoną lampką i po prostu musi, no musi zaatakować, żeby dospac do tej siódmej, siódmej trzydzieści, czasem szóstej.

Co nie zmienia faktu, że nadal potrafi się obudzić w nocy o pierwszej i nie spać do czwartej. W dzień śpi dwa razy. Dłużej przed południem, zwykle od dziesiątej do jedenastej, czasem do dwunastej. Krócej po południu, zwykle pół godziny między czternastą a piętnastą. A potem ciągnie do dwudziestej ku rozpaczy matki, bez żadnego odpoczynku.

Sporo już Tymek potrafi.
Mówi: mama, tata, baba, dada, da.
Klaszcze w ręce.
Umie dopasować pokrywkę do słoika i wieczko do kremu. Wkłada łyżkę do miseczki, chce sam jeść, ale nie wie co dalej, bo zamiast do buzi trafia do oka.
Kręci głową i wymachuje łapami, kiedy czegoś nie chce.
Potrafi robić hałas - tłucze zaciekle łyżką w garnek, bębni rączkami w stół.
Umie wprawiać rzeczy w ruch. Kręci pedałem przy siostry rowerze. Szura krzesłem. Jeździ wózkiem.
Potrafi robić bałagan. Dopada do szafki z ubraniami i z piskiem wywala z niej wszystko.
Nie toleruje śliniaków, w związku z czym po każdym posiłku muszę go przebierać.
Fascynują go wszelkie kable, ładowarki, przewody.
Nie interesuje go pies. Za to psa coraz częściej interesuje Tymek, a raczej to, co Młody konsumuje. Łatwiej od niego wysępić niż od Blanki. Jeśli Tymek nic akurat nie trzyma w rączce, pies się niem nie interesuje, a on nim. Czasem go liźnie, czasem Młody go poklepie i to by było na tyle wzajemnych relacji. Faceci.

Co tam jeszcze. Zaczęły go fascynować książeczki, ogląda, przekłada kartki, obgryza.... No tak, zapomniałam, gryzie. Jak cholera. Wszystkich. Blankę, ojca, mnie, jak już widzę tą japonię rozdziawioną na glonojada, to wiem, że trzeba uważać. Cóż, nie jest Młody zbyt finezyjny w swoich atakach, widać od razu, że się szykuje. Uwielbia ciągnąć za włosy, zbój jeden.

Zaczyna się świadomie bawić. Wrzuca wszystko za kanapę i cieszy się jak głupi, kiedy mu mówię, że nie wolno. Chowa smoczek za poduszkę. Wyjmuję mu, patrzę, a on go znów tam pcha. Wciska, chichocze, śmieje się - wyjmuję, a on znów chowa, zaśmiewając się w głos. Taka zabawa!
Wszystko go interesuje, wszystko go dziwi.
Ściąga sobie skarpetki, a potem przykłada do nóg, jakby się zastanawiał: "jak to było?"
Odkrywa chatę, eksploruje każdy jej kawałek, wszystkiemu dziwi.
Czasem mu zazdroszczę.
Tyle jeszcze przed nim rzeczy "pierwszych". 

czwartek, 12 maja 2016

NIEMOWIENIE

Niemówienie jest pełne.

Schodzimy po schodach z widowni, krok za krokiem, moja koleżanka w chabrowej sukience wolno toruje sobie ciążowym brzuchem przejście wśród zgromadzonych osób. Ja za nią. Przesuwamy się niespiesznie, mówię, że nie będę nawet czekać na podpis, bo tyle ludzi, ona wspomina, że właśnie z tego powodu nie zabrała nawet książki ze sobą. Ja kupiłam tuż przed spotkaniem.  Przepiękne wydanie. Zastanawiam się, kto projektował okładkę, wodzę palcem po lekko szorstkiej obwolucie, myślę o wszystkich skojarzeniach,  jakie przywodzi kolor i faktura starego papieru do pakowania, papieru sprzed lat, spod lady, doceniam kontrast ze śliskim, złoconym grzbietem, gładzę kciukiem nazwisko autora.

Jacek Hugo-Bader.  "Skucha" . Słowo z mojego dzieciństwa, gdy było nią tylko i aż, nadepniecie na gumę rozciagnieta pomiędzy nogami dwóch koleżanek, lub częściej dwóch krzeseł, z braku tych pierwszych.

Na okładce pies przywiązany do pochylonego drzewa, z wzrokiem wlepionym w tego, który go tak zostawił. Boli mnie, gdy na nią patrzę,  choć to tylko schematyczny,  czarny rysunek.

Kierujemy się do wyjścia, gdy nagle zmieniam zdanie, przepraszam koleżankę i mówię, że jednak zaczekam. Uświadamiam sobie, że muszę mu coś powiedzieć, coś, co mnie dręczy od lat, co dla mnie jest najgorsze w jego książkach. Przeczytałam wszystkie. "Białą gorączkę", "Dzienniki kołymskie", "W rajskiej dolinie wśród zielska", "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak". Kto zna, te wie, co się za nimi kryje. Wyprawy, czasem wielomiesięczne, rozmowy - słowem - czas.

"Skucha" powstawała od 1995 roku, kiedy autor założył teczkę z napisem "Firma" - do niej trafiały wycinki z gazet, rozmowy, notatki. Dwadzieścia jeden lat.

Dobre rzeczy nie powstają szybko. Trzeba na nie długo czekać. Złe dzieją się błyskawicznie.
To tak na marginesie.

Kiedy usiadłam na czerwonym fotelu obok Jacka Hugo - Badera, zawiesiłam na chwilę wzrok na kolorowych, plecionych opaskach na przegubie jego ręki. Oplotłam je jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń...
Uśmiechnęłam się.

Zapytałam go, czy wie, co jest najstraszniejsze w jego książkach; zdziwił się, wyskoczyłam na nagle poza standardową ramkę "Mam na imię..., proszę o dedykację dla... no i jeszcze o zdjęcie!". Nie czekając na odpowiedź, bo przecież jej nie znał, powiedziałam mu - że najgorsze jest to, że jego książki powstają latami, a ja je czytam w dwie godziny.
Rozpromienił się.

Powiedziałam, że rozumiem, że to musi tyle trwać, żeby one były takie jakie są.
I że będę czekać. Jak zawsze.

Pomyślałam, że muszę mu to powiedzieć.
Bo niemówienie jest pełne niewypowiedzianych, dobrych słów.
Bo za dużo
niemówie.