środa, 27 kwietnia 2016

SRAJDUNY

W drodze do przedszkola mijamy trawnik (a raczej to, co z niego zostało), gdzie koczuja gołębie. Doslownie.  Całe stada, ludzie je tam dokarmiaja,  mają nawet wodę w miskach.  
Nie boją się nikogo,  Travisowi po prostu schodzą z drogi, nie uciekają nawet przed ganiajaca je Blanka. Ot, drepcza sobie trochę w bok i tyle. 
Teraz gruchaja,  pusza się, zalecają do siebie, wabia.  
Blanka dojrzała dziś ich zaloty i zaczęła mnie wypytywac,  który gołąb to facet, a który - kobieta.

"Mamo, czy to jest Pan GRUCHOL?"
Potwierdziłam
"A to GRUCHAWICA?"
- zapytała,  a ja uśmiechnęłam się tylko, myśląc, jakie piękne określenia stworzyła dla tych
SRAJDUNOW

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

PATOLOGIA MAŁA I DUŻA

Noszę pół dnia gada w tuli, bo marudzi i narzeka. Pół nocy nie spał, obudzil się o pierwszej i wojował do czwartej. Teraz kontynuuje wymysły, sam nie wie, czego chce. 
Ja wiem. 
Otwieram sobie sommersby, w końcu do wieczornego karmienia jeszcze parę godzin, teraz przed nim obiad i deserek, tak sobie tłumaczę i przechylam nad głową Tymka butelkę, próbując się napić. 
I kiedy już, już jestem w ogródku, już witam się z gąską...

Mój syn łapie za szyjkę i zdecydowanym ruchem odsuwa butelkę od moich ust. 
Robi mi się głupio. 
Patologia, myślę sobie, karmię i piję, ma rację, nie powinnam.

Tymol zaś zdecydowany ruchem przyciąga butelkę do swojej buzi i przysysa się do szyjki...


sobota, 23 kwietnia 2016

CHIRURG AMATOR Z PRZYPADKU

Tymek coraz częściej bojkotuje swoje zabawki. Kiedy podstawiam mu pod nos koszyk ze sprzetami grającymi, grzechoczacymi i piszczacymi. patrzy na nie ze zdegustowana mina, która mówi:
"E no matka, to już było, ja już to widziałem tyle razy, ze bez przesady. .."

Czasem chwilę się pobawi, choć najczęściej sprawdza, czy grawitacja nadal działa. 

I kiedy wywali już wszystko i coraz bardziej znudzony, kręci się, wierci i narzeka, zaczynam szukać alternatyw. Tymek dostaje więc do zabawy rzeczy mu nieznane, a bardzo go interesujace. Kryteria doboru mam proste - ma tyle duże, żeby nie połknął i na tyle twarde, żeby nie pogryzl.

Z nieskrywana fascynacja Tymol bada więc  organoleptycznie foliowe torebki, sznurowki,  tubke kremu do rąk, kabel od starej ładowarki, bransoletkę z drewnianych koralikow, Blanki szczotke do włosów, pokrywki od słoików, łyżki, drewniana łopatkę, kartonowe pudełka i tym podobne. Z radością i ogromnym zainteresowaniem rozbiera fride na części, gryzie gumowy wężyk, wyciąga mokre chusteczki z paczki, drze gazety.

Kiedy robię coś w kuchni, umieszczam go w krzesełku przy blacie i pozwalam mu otwierać i zamykać szuflade. Stawiam go na tyle daleko,  żeby nie przyciąl sobie łapy (nauczona doswiadczeniem), a on się bawi, wyciąga sobie z niej sztućce, worki na śmieci,  foremki do ciastek.

Zdarzaja mi się małe wpadki, ostatnio na oczach mojej przerażonej przyjaciółki Tymol wyjął sobie z szuflady wielki, ostry nóż do mięsa i zaczął nim wymachiwac.  Cóż, porządki mojego męża, ja noże umieszczam w stojaku.

 Generalnie rozsmieszyla mnie ta sytuacja, ostatnio doszłam do takiego etapu, ze płynnie (i zazwyczaj bez ostrzeżenia,  ku zdziwieniu osób postronnych) przechodzę od złości, wrzasku,  płaczu (dowolne skreślić) do dzikiego śmiechu, zwanego potocznie głupawka.

Być może to pierwszy objaw obłędu,  a może przejście poza granice zmęczenia za która jest już tylko śmiech.
Pewien rodzaj smiechu.

Ale do brzegu, do brzegu.
Od dwóch dni Tymol marudzi, nie bardzo chciał jeść, narzekał na wszystko, słowem darl się niemal cały czas, doprowadzając mnie do stanu, w  którym przed skokiem z mostu powstrzymywal mnie tylko brak mostu. Myślałam, że to przez katar,  który mu skutecznie zabetonowal nos i niemal uniemożliwial oddychanie, a mi normalne funkcjonowanie, bo on ciągle jeczal.

 W akcie desperacji, kiedy to obiad nie chciał się sam ugotować, wsadzilam go w krzesełko i dałam mu do zabawy pojemnik z przyprawami w torebkach. Tak, wiem. Ale uspokoilo go to, grzebal w nich, przekladal torebki, próbował nadgryzac. Interweniowałam, gdy zębem drasnal opakowanie pieprzu cayenne, bo rozumiem,  nowe smaki,  rozszerzanie diety, ale bez przesady.

Kiedy zaczął się mocno slinic i nieco krztusic,  przerwalam robienie obiadu i przyjrzalam my się uważniej. Coś mielil gad. Wsadzilam mu więc palec do gęby,  modląc się, żeby mnie nie uzarl tymi swoimi sześcioma zębami,  zanim namierze ciało obce.  Wymacalam papierek. Tymek rozdarl się, protestując przeciwko mojej interwencji, zakrztusil się lekko.

A ja zbladlam.
Zamarlam.
Bo wyczulam pod palcem, ze ma w gardle coś jeszcze. Coś dużego,  miękkiego,  coś, co praktycznie zatyka mu gardło. Tymek zaczął charczec,  a ja błyskawicznie przerzucalam w głowie kolejne opcje, zastanawiajac się w panice,  co to może być.

Zabawka? Kulka zmietego,  przezutego papieru? Mala gabeczka, którymi wypełniona była paczka z allegro? Blanka się nimi bawiła, rozwlokla je po całym domu, może jedna wyrzuciła do fotelika, musiałam przeoczyć, tak to musiało być to.

Zmartwialam.
Próbowałam wydlubac mu to z gardła,  a on darl się coraz głośniej, nie wychodziło, Tymol wrzeszczal, machal łapami i protestował, płakał rzewnymi łzami do momentu gdy, po upływie dłuższej chwili,  zlana zimnym potem, odkryłam, ze to, co próbuje mu usunąć z gardła bez znieczulenia to...

 migdał.

Nie, nie orzeszek

Jego własny migdał.
Bardzo powiększony.

Jestem matka najgorszego sortu.
Zamiast przytulić beczacego malca zaczęłam się dziko śmiać,  sama z siebie.  Do łez.

Tymol w sumie sam się uspokoił,  gdy tylko matka, chirurg amator z przypadku, zaprzestała kontynuowania operacji usuwania mu migdalkow palcem, z pominięciem narkozy.

Mniej śmieszne w tym wszystkim jest to,  że on jest chory.
Znowu.

Ja w sumie chyba też.
Na głowę.



środa, 20 kwietnia 2016

O NIECHCENIU

Wieczór. 
Wszyscy zmęczeni. Tymek marudny, śpiący i rozdrażniony rozdrapuje skórę na karku. Trze uszy. Buzia czerwona. A więc gruszka też nie. Mówię mu po raz kolejny, jakby mógł zrozumieć, proszę go, synku, nie drap, nie drap malchu.
Travis postekuje, dyszy. Widać,  że go boli. 
Kiedy wstawalam do Tymka w okolicach trzeciej w nocy, spokojnie spał z Blanka, zwinięty w kłębek w nogach łóżka. 
Kilka minut po piątej obudził mnie Andrzej, mówiąc,  że z Travisem dzieje się coś niedobrego. Nie chciał iść na spacer. Pies, który na dźwięk tego słowa podskakiwał jak sprężyna, teraz leżał, nie był w stanie nawet wstać, o utrzymaniu się na łapach nawet nie wspominając. Nie mógł się podnieść. 

Nie zasnelam już. 
Szybka jazda do całodobowej lecznicy. 
Antybiotyk i leki przeciwbólowe. Krew do badania. Srodek na najpopularniejsze trucizny, bo ludzie są podli a ten pies jest jak odkurzacz. W domu nie tknie świeżego mięsa z ryżem,  patrzy na mnie jak na debila z miną "No bez jaj, ryż mam jeść, daj samo mięso! ", a na spacerze wyzera suche skórki chleba,  których nawet gołębie nie chcą. Znalezione smakuje najlepiej.
Idiota nie pies.

Ale kocham go jakby to było nasze trzecie dziecko. Pierwsze dziecko. Dziewiecioletnie.
Cały dzień pomagam mu wstawać,  albo zapalenie stawów albo dyskopatia.  Oby nic gorszego. Z badań nic nie wychodzi. Czyli też nie neuroborelioza.  Apetyt mu dopisuje.
Nie jest w stanie zejść po schodach,  ale kierunek "lodówka" obiera bezbłędnie. 
Po południu trochę mu się poprawia. Z wysiłkiem,  ale wstaje. Trzęsą mu się łapy. 
A mi serce. 

Bo zdaje sobie nagle sprawę, ze tylko na dobre rzeczy trzeba długo czekać. Czasem latami. 
Te złe pojawiają się znienacka. Wyskakują zza rogu w najmniej spodziewanym momencie 
Boję się ich. Kiedyś odważnie zaglądałam w jutro. Teraz staram się przede wszystkim patrzeć pod nogi.

Życie w miarę upływu czasu zawęża się i zacienia.
Robi się ciasne jak przełyk.
Mam w nim gulę, gdy Blanka mówi:

"Mama, ja nie chcę, żeby Travis umarnął"









środa, 13 kwietnia 2016

DZIEWIĘĆ

Dziewięć. Zaraz dziesięć.  Odliczanie trwa. Jedenaście.  Kilogramów. Tak, tak. Rozmiar buta 21 - ledwie wchodzi. Wypasiony chłopak, na mleku cyckim i na tym, co się da wsadzić do gęby. Z rzeczy niejadalnych,  choć umówmy się, ze to kwestia ustaleń, preferuje to samo, co nasz pies - celuloze i skórę (buty, książki i gazety). Z jadalnych praktycznie wszystko, no dobra, z małymi wyjątkami. Wczoraj ugotowałam mu brokuła z rybą. Zjadł trzy łyżeczek i zacisnąl gębę jak kura dupe.  Myślę - może nie jest głodny, spróbuję w południe. To samo. I jeszcze wykręca się,  macha lapami, piszczy. Chmmm. .. postanowiłam sprawdzić. Otworzyłam słoik z pasternakiem. Gęba też się otworzyła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.  A więc ryba nie. Po ojcu najwyraźniej, który widząc, jak gotuję na parze dorsza dla Tymka, rzucił krótko: "współczuję synu..."

Nie było czego, gdyż młodzież odmówiła współpracy przy spożywaniu. Ale to mały pikuś,  prawdziwa odmowa współpracy notorycznie ma miejsce podczas przewijania i przebierania.  Ja mu pieluche a on na brzuch i staje na czworakach. Próbuje zapiac,  a on siada i dalej grzebać w koszu z kosmetykami, rzucać, spychac,  zwalac ze stołu. Kładę znów na plecy. Wije się jak ośmiornica,  robi mostek, szarpie, kopie i beczy.  

I drapie.  Niestety. Skóra niezła, ale sucha jak wiór. Nie pomagają emolienty,  maści, oleje, no nic. Rozdrapuje do krwi każdy odsłonięty kawałek skóry. Nogi, ręce, kark,  uszy, głowę. 

Szkoda gadać. 
Nadal nie śpi. W dzień ma już tylko dwie drzemki, jedną o dziesiątej,  druga o czternastej. Obie trwają maksymalne godzinę. A potem ciągnie od piętnastej do dwudziestej, nie wykazując jakichkolwiek oznak sen kości, aż w końcu pada po bojach, rykach i mekach.  Kiedy próbuje go spacyfikowac, gdy nie jest wystarczająco śpiący, drze się w nieboglosy. Kiedy próbuje zatkac go cyckiem,  gryzie mnie, gnojek jeden. 
Dam spokój z usypianiem - uspokaja się natychmiast, siada, walkuje się po łóżku, czolga, raczkuje, tarza,  wstaje. 

Tak, w przypadku Tymka stwierdzenie "wstaje na jedzenie " nabrało doslownego znaczenia.  Kiedy idę do niego w nocy, zastaje dziecko stojące w łóżeczku i czekające na żarcie. I tak czasem kilka, kilkanaście razy. 
 Wanka Wstanka. 

Wstaje przy wszystkim.  Odkąd odkrył mobilność,  jest nie do zatrzymania. Raczkuje do najbliższego mebla, oparcia kanapy, stołu i usiłuje się przy nich podnosić. Uwięziony w łóżeczku wędruje dookoła, trzymajac się szczebelkow jedną ręką, bo drugiej potrzebuje do podnoszenia zabawek i wyrzucania ich z wyra. 
Grawitacja niezmiennie  go fascynuje i dręczy i meczy, albowiem wywala się Tymek spektakularnie i boleśnie, zwłaszcza wtedy, gdy już, już jej zaufał i postanowił przestać się trzymać także druga ręką.  

Aż się boję o te jego zęby.  Całe sześć, na dole trzy, jedynki i lewa dwójka, na górze to samo. Prawe dwójki spóźnione, ani widu,  ani słychu. 

Śmieje się Tymcio szeroko i głośno, rośnie na miłośnika horrorów - uwielbia być straszony.  Chichra się wtedy tak, że dostaje czkawki.  Uwielbia także ciągnąć za włosy,  zwłaszcza Blanke,  choć moimi też nie pogardzi. Ale jak widzi Młodą leżąca na kanapie to raczkuje do jej głowy z prędkością światła. 

Uwielbia także wywoływać hałas (stuka przedmiotami,  puka, klepie ręka) i wprawiac rzeczy w ruch (buja krzesło, ciągnie wózek, zamyka i otwiera szuflade)
I gada.  Coraz bardziej świadomie "ma- ma", zwykle gdy pojawie się w zasiegu wzroku.  Klaszcze w ręce, gdy mówię "brawo!". 

Wydał zdecydowaną wojnę butom i ciągle usiłuje mnie przekonać, ze nosi się je w zębach, a nie na stopach. 
Jest okrągły jak pulpet.  
Tymek kuleczka nosi rozmiar jak poltorarocze dziecko.  Kocha jeść,  kiedy je, to pomrukuje zadowolenia jak kot. 
Głodny ryczy jak obdzierany ze skóry. 

W jego przypadku stwierdzenie "jakby skórę ściągnął " ma dodatkowy sens. 
Jest tak podobny do swojego ojca, jakby był jego klonem. 



czwartek, 7 kwietnia 2016

SIEWCY

Wiosna przyszła. Pora siania.  Więc wszyscy sieją. Travis kłakami, nic nowego, w domu, gdzie jest labrador, sierść to przyprawa. Normalnie sól życia naszego. W moim oku. I nie tylko.
Wszędzie. Dosłownie wszędzie są jego kłaki. Ale to pies, nie czepiajmy się, ma prawo, taki jego urok.

Ponoć jaki Pan, taki pies, a u nas odwrotnie. Mój mąż także sieje, od rana do wieczora, tylko oczy otworzy, to zaczyna i nie przestaje, aż do wieczora.

Żeby chociaż coś z tego wyrosło, poza moim, trzeba przyznać, rosnącym wkurwieniem. Co gorsza, on sieje nie tylko wiosna, cały rok to robi.

Taki wtorkowy wieczór. 
W ciągu pięciu minut Andrzej obsial poletko naszego domu. Szykował Tymka do
kąpieli. Brudne body i getry posial w kuchni, na blacie, potem przyszedł z Młodym do pokoju obejrzeć wydarzenia, więc skarpetki posial już na kanapie, a zasikanego pampersa na łóżku. Młodego wykapal, mokry ręcznik zostawił na przewijaku,  może skielkuje do rana. Blankę zagonił do wanny. Ubrania znalazłam posiane na jej biurku, a drobniejsze elementy rozsiane po całym domu. Majtki na podłodze przy wannie, spinki na szafce, książka, w której malowala na podłodze.

A że dziecko wie, skąd czerpać dobre wzorce, po wyjściu z łazienki również posialo mokry ręcznik na łóżku...

Oj rośnie, rośnie mi, głównie ciśnienie, przekraczając wszystkie dopuszczalne normy. Kto sieje,  nie tylko wiatr, ten zbiera burzę. A ci, którzy w ciągu pięciu minut potrafią obsiac cała chatę, zbierają opierdol. 
A potem jeszcze patrzą nic nie rozumiejącymi oczetami i pytaja

"Ale dlaczego Ty się tak denerwujesz?"
Lub 
"Ale dlaczego Ty się od razu tak zloscisz?"

Absolkurwalutnieniewedzacocomichodzi

Przecież rzeczy same biegną do kosza na pranie, chlebek po wyjęciu na blat posłusznie i zupełnie samodzielnie wskakuje do pojemnika,  a buty i kurtki raczym klusem cwaluja, by zająć swoje miejsce w szafie. 
I nie, nie zloszcze się "od razu ", nie zloszcze się nawet od dwóch razow, pięciu, czterdziestu,  pięciuset.  Zloszcze się od dziewięciu lat. Para już mi unosi pokrywkę, dekielek mi podskakuje no bo ile razy można mówić, prosić, przypominać, tłumaczyć? Gdybym skierowała swoje prośby do dowolnego łańcucha górskiego to po takiej ilości powtórzeń już by mi tu Kordyliery przysięgły i rzuciły się do sprzątania, Czumolunga zbierałaby grzecznie ciuchy rozsiane po całym domu, a Mount Everest stałby pod blokiem i zaglądał przez okno z uprzejmym pytaniem, czy na pewno wszystko położył tam, gdzie trzeba...

A moje/mój prywatny Andy 
Niedoprzejscia 
Tak jak chata. Niedługo będziemy się poruszać korytarzami utorowanymi pomiedzy rozrzuconymi rzeczami,  albowiem podjęłam decyzję:

Pierdoleniesprzatam 

Może coś z tego wyrośnie,  poza grzybem, pleśnią. Mam ziarenko nadziei,  może padnie na jakikolwiek skrawek zyznego gruntu, choć obstawiam raczej beton. 
Ale w związku z faktem, ze rośnie mi w szybkim tempie kolejny siewca, odkrywca i wielbiciel grawitacji ("ooooo,  zobacz mamo, spadło, jak to się stało, spróbuję jeszcze raz, myślisz, że znów spadnie?  A jak wystarczająco długo na to popatrze,  to wróci do mnie?  Nie? Aaaa,  kumam, muszę się poplakac")
muszę coś zmienić.

Ich lub siebie. 
W tresera z batem, kapo z nabita bronią, w poskramiacza z pejczem. O ile już się nie zmieniłam.  Na pewno w tykajaca bombę.
Dzwoncie po antyterrorystow. Zanim wybuchne.

Tak, jestem zmęczona, tak, już o tym mówiłam. Jestem zmęczona nawet mówieniem po raz kolejny, zw jestem zmęczona.
I niewyspana.
Kurewsko niewyspana.
Wiem, to też już mówiłam.
Powtarzam się. I nic z tego nie wynika.