czwartek, 3 marca 2016

KOPANIE LEŻĄCEGO

Wieczór. Wróciliśmy ze spaceru, bo zaczęło padać. Wózek zatrzymał się i już oczy szeroko otwarte. Myślałam, że może pośpi jeszcze chwilę. Minutę. Pięć. Pozwoli zdjąć buty i kurtkę powiesić w szafie. A tu tradycyjnie. Szare pięciozłotówki. Od razu awantura. Albo jechać, albo wyjmować matka. 
Wyciągam. 
Rozbieram. 
Uziemiam w krzesełku, daję zabawki. 
Tymek zafascynowany odkrytą niedawno grawitacją, wypierdziela je na podłogę z prędkością światła. Leci grająca gitarka, metalowy dzwoneczek, gryzaki, książeczki, świecący telefon. Wkładam wszystko z powrotem na plastikową tackę. Po minucie nie ma na niej nic.
Wolę nie wiedzieć, co myślą siedzi słysząc ten deszcz zabawkowych meteorów uderzający o panele.

Blanka mamuje i dyskutuje. 
Mamo pomóż mi zdjąć buty. A dlaczego mam je chować, Ty schowaj. A dlaczego mam wieszać kurtkę, może ty mi powiesisz, powieś mi. Schowaj mi czapkę. Daj mi coś do jedzenia. Noooo mamooo. Potańczymy? Szłyszysz jaka fajna piosenka? Noooo choooodź, mamoooo!!!! Teraz chodź, nie za chwilę!!! A zrobisz mi herbatki? Za gorąca. Chce wody mamo. I serek mamo. Biały serek. Jak to nie ma??? Mamooo, to inny serek. Noooo daj mi. Chce serek. Mamo, słyszałaś, chcę serek, dasz mi ten serek, daj mi ten serek, kiedy dasz mi ten serek. Dziekuję. A łyżka? Ale ja nie chciałam dużej, tylko małą. Nie, nie zieloną, ja chcę fioletową... Mamo, ale daj mi fioletową łyżeczkę, przecież ci mówiłam, no daj mi, mamooo

Pies zudzony czekaniem, chyłkiem przemyka na brudnych, mokrych łapach i ustawia się w pozycji znaczącej pod lodówką. Patrzę na mokre ślady na podłodze i ciężko wzdycham. 

Tymek marudzi. Wyciągam z krzesełka i tacham na ręku ze sobą. Wszędzie. Do łazienki, żeby puścić Blance wodę do kąpieli. Łapie za słuchawkę od prysznica. Nie chce oddać. Do kuchni. Sadzam go na chwilę na blacie, przytrzymuję, drugą ręką próbuję Blance i sobie posmarować kanapki. Młody w tym czasie nieomal ściąga czajnik z kuchni. Gorący. Zabieram. Chwila nieuwagi i wyjmuje z gara z fasolką po bretońsku wazówkę. Razem z zawartością. Wywala na blat i wsadza w to nogi. Z nieskrywaną radością zaczyna rozsmarowywać pomarańczową maź. 
Zabieram go z blatu. Po chwili mam w fasolce całe spodnie, bluzkę, nawet włosy. 

Blanka mamuje i dyskutuje. 
Mamo, a włączysz mi muzykę? Włącz mi proszę. Mamoooo, no miałaś mi włączyć, kiedy mi włączysz, obiecałaś, obietnic trzeba dotrzymywać. Mamo, a tu miga światełko, mamooo, a mogę go pozabawiać, dasz mi go na rączki, no mammooo, a co z ta herbatką, zrobiłaś mi? Mamooo, ale miała być w różowym kubku...
Nie chcę pomidorków, tylko kanapeczkę, mamooo, mówiłam, że bez pomidorków...


Sadzam Tymka na przewijaku. W ciągu kilku sekund zwala stojącą obok wanienkę, pieluchy, kosz z kosmetykami i balsam. Próbuję go przebrać i czuję się jakbym rozbierała wijącą się osmiornicę. 
I jeszcze coś czuję. Coś śmierdzi. Obsrał się. Porządnie. Wsuwam rękę pod body i już czuję, niestety pod palcami, że wyszło wierzchem. Ble. 
Dlaczego zawsze, gdy ma na sobie coś białego pytam???

Blanka mamuje i dyskutuje. 
Mammooo,  a ile będzie odcinków kucyków? Dwa? Na pewno dwa? Ale jesteś pewna, że dwa? A za ile? Dlaczego tak długo? A kiedy przyjdzie tata? Dopiero? Mamooo, a może zaprosimy Amelkę. Dzisiaj ją zaprosimy, mamooo, no zadzwoń do niej, no proszę Cię, mamooo... Niech zostanie na noc. No proszę Cię. Dlaczego jest za póżno? Nie jest za późno, ale mamoooo

Przewijam i przebieram Tymka, wije się jak piskorz, przekręca i staje na czworakach. Znów całe plecy w wysypce. Znów sterydy. Kurwa. Młody usiłuje opuścić przewijak. Raczkuje podpierając się głową. Łapię w ostatniej chwili. Wciskam w czyste ubrania. Beczy. Wrzucam obsrany bodziak do umywalki.
Blanka wygania mnie z łazienki, bo ona chce siku. Nie ważne, że ja też.

Niosę dziesięć kilo żywej wagi do pokoju, nieomal wywalając się o psa, który znudzony czekaniem pod lodówką na żarcie, przeniósł pod kanapę.  
Przeganiam go. 
I widzę, jak mokry i brudny wskakuje na nasze łóżko...

Biorę z kuchni talerz z  kolacją, siadam w kącie kanapy, dosłownie na moment, z wijącym się i wyrywającym Tymkiem na kolanach i próbuję zjeść kanapkę, którą Młody za wszelką cenę próbuje mi zabrać. Co tam kaszki, kleiki i przeciery, chleba dajcie! Kiełbasy i schabowego najlepiej... 
Szarpie się i beczy, bo zła matka nie chce się podzielić. 
Łykam chleb z dżemem jak gęś, na akord.

Wtedy z łazienki wychodzi Blanka, patrzy na mnie i mówi:

"Jeszcze nie uprałaś tego body???"
Mówię, że nie. 
Patrzy na mnie i rzuca:

"A w ogóle to ja tutaj siedziałam!"

Mam chotę wdać się z nią w dyskusję, ale faktycznie tak było, więc poddaję się, wpycham do gęby ostatni kęs kanapki i zbieram się z kanapy, mówiąc:

"Dobra, już wstaję"

 i słyszę jak moje kochane dziecko rzuca mi na dobicie:

"Nie mówi się z pełną buzią"

No. 
I nie kopie się leżącego. 

Przez chwilę się waham. 
Zaczynam się śmiać. 

8 komentarzy:

  1. Najlepszą bronią na wszystko jest śmiech. Tylko czasem człowiek jest bez-bronny. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to już przejście za pewną granicę za która jest tylko śmiech.

      Usuń
  2. A zdradzisz mi co bierzesz? To musi być coś skutecznego, skoro twoje dzieci jeszcze żyją :) Ja wczoraj miałam dosłownie 2h sam na sam z moją 4-latką i 2-tygodniową i myślałam, że się popłaczę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chmmmm ostatnio zaczęłam pić: D Serio. Wyczytałam że kieliszek wina ulatnia się z mleka po 2-3 H i cyrkluje tak żeby trafić Zresztą to samo źródło podało że bardziej wskazane jest podanie cycka po spożyciu % niż mm, więc puściły mi ostatnie hamulce. ...tak że więc, nie to żebym namawiala Ale...:D

      Usuń
    2. Mój kochany Małżon wyczytał o zbawiennym wpływie ciemnego piwa na laktację, więc tego mamy w domu zapas :) Ale spoko, mamy też miejsce na wino :)

      Usuń
  3. I właśnie dlatego Agata nazywa swoje Potworkami :) Ale fakt najlepszą bronią i generalnie taklim rozładowywaczem (chyba sama to słowo wymyśliłam ;) emocji jest śmiech. Kiedy obrócimy wszystko w zart jakoś łatwiej się żyje, piękna pogoda za oknem tylko ten mały minusik, w postaci wiosennego przesilenie, które i mnie dopadło. Wieczorem padam po prostu na twarz.
    PS. Z testów, które robiłam Martynie wyszło wysoki poziom jabłka, które generalnie jest mało alergenne i gruszki (słabo ale jest), za to mleko, jajka i kakao jest na poziomie 0 - co mnie cieszy, bo ona bez mleka żyć nie może. Batalia z alergią ciąg dalszy. Byle do grudnia, mam nadzieję że do tego czasu zdiagnozujemy wszystko i zaczniemy odczulanie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nooo... Grubo... Dzień jakich wiele, jak sądzę. A kiedy w końcu pójdą spać, siadasz z myślą i odpoczynku i idziesz spać, a czytanie, filmy... Czekają na lepsze czasy.
    Młody kupę robi raz na tydzień lub dwa nawet, tyle mogę znieść. A jak młode marudza, że coś im nie pasuje - ostatnio Nine strollowalam. Bo ona chce inną łyżkę. Mówię do niej - podnieś rączki do góry, poobracaj nimi. Ok, całe i działają. Chodź. Zaprowadzilam ja do kuchni i pokazałam doskonale jej znaną szufladę ze sztućcami. Od tego czasu radzi sobie sama. Na Ige tez zadziałało.

    OdpowiedzUsuń