czwartek, 31 marca 2016

ZA BARDZO

Może ja się faktycznie za bardzo przejmuję? 
Ciągle to słyszę.

Widzę te dziwne miny, kiedy chodzę po sklepie z Tymkiem w wózku i gadam do niego, pytam, co kupujemy, co robimy na obiad, proszę, żeby zaczekał, bo muszę zapłacić, tłumaczę, żeby nie obryzał metek, bo papier jest mało smaczny, proponuję w zamian chrupka, pytam, czy mu smakuje, czy chce jeszcze....
Przecież on i tak nie odpowie, zdziwił się uprzejmie Pan w kolejce za mna. Nie rozumie.

Coś tam sobie gaduli pod nosem, a gi, a ha, gu gu dadadadada, mamamama, baba,
neeeee, brrrrrrr.... 
On swoje, ja swoje.

Lecę biegiem, kiedy płacze. 
Nienawidzę, kiedy ryczy.
Zabawiam, podrzucam, przytulam i gadam, proszę, żeby przestał - no nie płacz już, jestem, chodź pooglądamy auta za oknem, a może chcesz jeść? Nie? To może pić? A może po prostu przytulić?

I tak cały dzień. 
Czasem do granicy obłędu, no bo ile można?
Może naprawdę za bardzo się przejmuję. 
Ciągle to słyszę


Gdy byłam mała, moim sąsiadom urodziło się drugie dziecko. Młodszy brat mojego kolegi z klasy. 
Miałam pięć lat, ale do tej pory pamiętam, jak strasznie płakał. Sąsiedzi, kiedy szli w pole, zabierali go z sobą w wózku. Granatowymi, z białymi kółkami. Zostawiali go gdzieś przy miedzy i szli pielić, zbierać pomidory, ogórki. 
A on płakał. 
Boże, jak on płakał. 
Krzyczał, łkał, ryczał, zawodził
Darł się.
Godzinami. 
Czasem dwie, czasem dłużej. 
Nikt nie reagował. Sąsiedzi spokojnie pielili, zbierali; przeszli redlinę tam i z powrotem, nikt nie przerwał nawet na moment, nie poszedł tego małego chłopca przytulić, uspokoić.
Płakał, aż się zmęczył i zasnął. 

Może faktycznie za bardzo się przejmuję. 
Ale ciągle to słyszę. 
Ten płacz. 

niedziela, 27 marca 2016

KONKURENCJA NIE ŚPI

Sobotni wieczór.  
Jajka ozdobione, poświęcone, mieszkanie posprzątane, sałatka zrobiona. Predatory poszły w końcu spać. Cisza i spokój. 

Siedzę sobie z sommersby i "Księga zachwytów " Springera, Luby ogląda jakieś filmiki w internecie. Za oknem szumi ulica. 

W końcu maz przysiada się do mnie, robi się cieplej, intymnej... I wtedy rozlega się poplakiwanie Tymka. Rzucam mężowi: 

"No co, masz konkurencję. .."

I idę karmić Tymka - kuleczke.  Przytulam te ciepła, pachnąca mlekiem kluske, mlaszcze,  cmoka,  w końcu przysypia wtulony we mnie. 
Odkładam śpiącego malca do łóżeczka i wracam do Lubego. 

Znów robi się ciepło, intymnie, coraz cieplej. .. 
I znów słychać poplakiwanie Tymka; obudził się, idę więc do niego. 

Lekko poirytowany Mężyk rzuca: 

"Konkurencja nie śpi"


środa, 23 marca 2016

PISANIE O NIEPISANIU

Tylko na to mnie ostatnio stać. Na pisanie o niepisaniu.
Znów. 
Znów nie napisałam o workach na śmieci o zapachu poziomek, o sprzedawaniu marzeń, o tęsknocie za światem, który nie istnieje, o różowej tablicy ogłoszeniowej z wdzięczną nazwą Analda, o tym momencie, kiedy dziewczyna przestaje być dziewczyną a zaczyna być kobietą, o damie w mięsnym i jej urodzinach dla pięciu wnuków i jedenaściorga prawnucząt, o tym, jak staję się babą, o czapce w warkocze, o Tymku, który tęsknił za wtorkiem, o teatrze, tym, że pamięć jednak nie ocala, że wcale nie jesteśmy tym, co pamiętamy, ani nawet tym, co chcielibyśmy pamiętać. 

Znów piszę o niepisaniu. Notuję. Piszę w głowie, na kartkach, które potem gubię, w notesie, w telefonie. Piszę cały dzień i nic z tego nie wynika. Cisano wypchana doba trzeszczy w szwach. Szybko, szybciej, najszybciej, a będzie jeszcze szybciej. 

Już niedługo, już wkrótce, już za zakrętem, za którym to już na pewno wypadnę z torowiska i zatrzymam się ze zgrzytem w poprzek ulicy. 


środa, 16 marca 2016

KOLEJNY

Zlecialo. Kolejny miesiąc za nami, przyspieszyły,  pchają się jeden za drugim, dni, tygodnie. I nie tylko one. 
Zęby też. W buzi Tymka Zębowy armagedon.  Przebijają się górne jedynki, dolne dwójki i na dokładkę prawa górna dwójka.  Lewa już wylazla i świeci na biało,  sprawiając, że Młody wygląda jak szczerbaty Nosferatu.

Ja wyglądam bardzo podobnie. I mam ochotę rzucić się na każdego i wbić mu zęby w szyję, kto zapyta mnie, jak Tymek śpi. Bo on nie śpi. A ja razem z nim. Budzi się kilkanaście razy w ciągu nocy, nie wiem już o co mu chodzi, swedzi go, chce i jednocześnie nie chce leżeć na brzuchu,  dziąsła bolą, a może dupa.  No nie wiem, może jego ambicją jest zatyrac matkę przed ukończeniem roku życia, generalnie jest na dobrej drodze.
Na dodatek codziennie budzi się o szóstej,  czasem przed, i przez godzine nie może się zdecydować, czy wstać,  bo w sumie jeszcze by pospal,  czy pospac, bo w sumie już by wstał. Krakowskim targiem wybiera opcje pośrednia,  słowem dobra godzinę drze się, marudzi, tarza po łóżku, staje na czworakach i to wszystko z zamkniętymi oczami...

Ooooo,  jak ja bo wtedy nie lubię. Oooo, jak bardzo....
Okrągły jest jak księżyc, waży dobrze ponad 10 kg, nosi rozmiar 86-92 , tak średnio na 12-18 miesięcy. Rosną mu włosy, będzie takim samym blondasem jak Młoda.
Czworakuje stylem dowolnym, przywracając się, czolgajac i wywalajac o własne ręce. Zaczyna stawać na nogi.

Najchętniej bawi się tym, co zabawka nie jest - gazetami, zakretkami od słoików,  łyżką, kablami, pilotem od telewizora (to chyba po ojcu)
Nadal śpi jak zajac pod miedzą Trzy razy dziennie po 20, 30 minut. Tylko w wózku na spacerze śpi dłużej, pod warunkiem,  ze jest zachowana ciągłość ruchu. Słowem - żeby Tymek spał, spacerowka musi jechać. ..
Więc matka krąży czasem i dwie godziny po mieście, bo syn niewyspany to syn marudny, podobnie jak syn głodny to syn zły...
Póki buzia się otwiera, trzeba do niej wkładać łyżkę. Z zawartością oczywiście. Jeśli kaszka skończy się przedwcześnie,  to matka musi lecieć do kuchni i dorabiać na biegu, bo Tymek natychmiast oznajmia: "ale ja się jeszcze nie najadlem! !!!". Siedzi w krzeselku i drze się rozpaczliwie dopóki nie dopchnie brzucha do pełna.

Tymek najedzony i wyspany to Tymek zadowolony i uśmiechnięty.
Ten typ tak ma



niedziela, 6 marca 2016

CZWORONÓG I CZŁOWIEK DECHA

W końcu mu się udało.
Stanąć na czworakach.
Jednak nadal nie wie, co dalej. Buja się w przód i w tył. Leci na przysłowiowy pysk. Znowu wstaje, z uporem dziecka. Już mu się nawet udaje przeszorować kolanem do przodu. I prawym, i lewym. Ale traci równowagę i znów leci na pysk. Ale nie traci zapału. Uparty jest. Wstaje, podpierając się głową. 
W sumie to raczkuje tak zwanym stylem dowolnym. Trochę pełznie na brzuchu, trochę się przetacza z boku na bok, trochę podciąga na rękach. 
W każdym razie jest w stanie dotrzeć do tego, co sobie upatrzy. 
Jest w stanie także zlecieć z łóżka. 
Na szczeście niskiego.
Sprawdziłam. A raczej ona sprawdził. 
Najpierw się zdziwił, a potem poryczał.
Nobla tej matce, której się to nie zdarzyło. 
A mi dwa Noble. 
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że zostawiony na jakiejkolwiek płaskiej powierzchni natychmiast rozpoczyna procedurę przekręcania się na brzuch i stawania na czworakach. Z automatu. 
W związku z czym, gdy zajrzałam dziś do niego wieczorem, żeby sprawdzić, czy śpi, odkryłam, że śpi. 
Na czworakach. Odkryłam także, że tak się w ogóle da. 
Jak widać. 
Przekręciłam na bok. 
Wróciłam po kilku minutach
A ten znów na czworakach.
I śpi. 
Widać wygodnie
Tak oto powstał

Człowiek - czworonóg
Oraz człowiek - decha.
Nie siada sam, ale posadzony nawet bez podparcia, siedzi pewnie. 
Problem polega jednak w tym, że już mu się znudziło.

Każda próba posadzenia go przypomina próbę załamania dechy. 
Grubej, sztywnej dechy. 

Decha o imieniu Tymek nie zamierza już leżeć, nie chce także już siedzieć.
Chce stać. 
Mobilności, przybywaj, mój syn Cię pożąda!
Prawie tak, jak jedzenia.
I tu ma kłopocik. 
Kłopot.
Doopa za ciężka.
Nawet te indycze udka nie mogą dźwignąć
mini - piwnego brzuszka
( choć Młody nie piję, ja - a i owszem, może stąd ma?)
Co się dziwić.
Całość ponad 10 kg. 
Było tyle żreć?



czwartek, 3 marca 2016

KOPANIE LEŻĄCEGO

Wieczór. Wróciliśmy ze spaceru, bo zaczęło padać. Wózek zatrzymał się i już oczy szeroko otwarte. Myślałam, że może pośpi jeszcze chwilę. Minutę. Pięć. Pozwoli zdjąć buty i kurtkę powiesić w szafie. A tu tradycyjnie. Szare pięciozłotówki. Od razu awantura. Albo jechać, albo wyjmować matka. 
Wyciągam. 
Rozbieram. 
Uziemiam w krzesełku, daję zabawki. 
Tymek zafascynowany odkrytą niedawno grawitacją, wypierdziela je na podłogę z prędkością światła. Leci grająca gitarka, metalowy dzwoneczek, gryzaki, książeczki, świecący telefon. Wkładam wszystko z powrotem na plastikową tackę. Po minucie nie ma na niej nic.
Wolę nie wiedzieć, co myślą siedzi słysząc ten deszcz zabawkowych meteorów uderzający o panele.

Blanka mamuje i dyskutuje. 
Mamo pomóż mi zdjąć buty. A dlaczego mam je chować, Ty schowaj. A dlaczego mam wieszać kurtkę, może ty mi powiesisz, powieś mi. Schowaj mi czapkę. Daj mi coś do jedzenia. Noooo mamooo. Potańczymy? Szłyszysz jaka fajna piosenka? Noooo choooodź, mamoooo!!!! Teraz chodź, nie za chwilę!!! A zrobisz mi herbatki? Za gorąca. Chce wody mamo. I serek mamo. Biały serek. Jak to nie ma??? Mamooo, to inny serek. Noooo daj mi. Chce serek. Mamo, słyszałaś, chcę serek, dasz mi ten serek, daj mi ten serek, kiedy dasz mi ten serek. Dziekuję. A łyżka? Ale ja nie chciałam dużej, tylko małą. Nie, nie zieloną, ja chcę fioletową... Mamo, ale daj mi fioletową łyżeczkę, przecież ci mówiłam, no daj mi, mamooo

Pies zudzony czekaniem, chyłkiem przemyka na brudnych, mokrych łapach i ustawia się w pozycji znaczącej pod lodówką. Patrzę na mokre ślady na podłodze i ciężko wzdycham. 

Tymek marudzi. Wyciągam z krzesełka i tacham na ręku ze sobą. Wszędzie. Do łazienki, żeby puścić Blance wodę do kąpieli. Łapie za słuchawkę od prysznica. Nie chce oddać. Do kuchni. Sadzam go na chwilę na blacie, przytrzymuję, drugą ręką próbuję Blance i sobie posmarować kanapki. Młody w tym czasie nieomal ściąga czajnik z kuchni. Gorący. Zabieram. Chwila nieuwagi i wyjmuje z gara z fasolką po bretońsku wazówkę. Razem z zawartością. Wywala na blat i wsadza w to nogi. Z nieskrywaną radością zaczyna rozsmarowywać pomarańczową maź. 
Zabieram go z blatu. Po chwili mam w fasolce całe spodnie, bluzkę, nawet włosy. 

Blanka mamuje i dyskutuje. 
Mamo, a włączysz mi muzykę? Włącz mi proszę. Mamoooo, no miałaś mi włączyć, kiedy mi włączysz, obiecałaś, obietnic trzeba dotrzymywać. Mamo, a tu miga światełko, mamooo, a mogę go pozabawiać, dasz mi go na rączki, no mammooo, a co z ta herbatką, zrobiłaś mi? Mamooo, ale miała być w różowym kubku...
Nie chcę pomidorków, tylko kanapeczkę, mamooo, mówiłam, że bez pomidorków...


Sadzam Tymka na przewijaku. W ciągu kilku sekund zwala stojącą obok wanienkę, pieluchy, kosz z kosmetykami i balsam. Próbuję go przebrać i czuję się jakbym rozbierała wijącą się osmiornicę. 
I jeszcze coś czuję. Coś śmierdzi. Obsrał się. Porządnie. Wsuwam rękę pod body i już czuję, niestety pod palcami, że wyszło wierzchem. Ble. 
Dlaczego zawsze, gdy ma na sobie coś białego pytam???

Blanka mamuje i dyskutuje. 
Mammooo,  a ile będzie odcinków kucyków? Dwa? Na pewno dwa? Ale jesteś pewna, że dwa? A za ile? Dlaczego tak długo? A kiedy przyjdzie tata? Dopiero? Mamooo, a może zaprosimy Amelkę. Dzisiaj ją zaprosimy, mamooo, no zadzwoń do niej, no proszę Cię, mamooo... Niech zostanie na noc. No proszę Cię. Dlaczego jest za póżno? Nie jest za późno, ale mamoooo

Przewijam i przebieram Tymka, wije się jak piskorz, przekręca i staje na czworakach. Znów całe plecy w wysypce. Znów sterydy. Kurwa. Młody usiłuje opuścić przewijak. Raczkuje podpierając się głową. Łapię w ostatniej chwili. Wciskam w czyste ubrania. Beczy. Wrzucam obsrany bodziak do umywalki.
Blanka wygania mnie z łazienki, bo ona chce siku. Nie ważne, że ja też.

Niosę dziesięć kilo żywej wagi do pokoju, nieomal wywalając się o psa, który znudzony czekaniem pod lodówką na żarcie, przeniósł pod kanapę.  
Przeganiam go. 
I widzę, jak mokry i brudny wskakuje na nasze łóżko...

Biorę z kuchni talerz z  kolacją, siadam w kącie kanapy, dosłownie na moment, z wijącym się i wyrywającym Tymkiem na kolanach i próbuję zjeść kanapkę, którą Młody za wszelką cenę próbuje mi zabrać. Co tam kaszki, kleiki i przeciery, chleba dajcie! Kiełbasy i schabowego najlepiej... 
Szarpie się i beczy, bo zła matka nie chce się podzielić. 
Łykam chleb z dżemem jak gęś, na akord.

Wtedy z łazienki wychodzi Blanka, patrzy na mnie i mówi:

"Jeszcze nie uprałaś tego body???"
Mówię, że nie. 
Patrzy na mnie i rzuca:

"A w ogóle to ja tutaj siedziałam!"

Mam chotę wdać się z nią w dyskusję, ale faktycznie tak było, więc poddaję się, wpycham do gęby ostatni kęs kanapki i zbieram się z kanapy, mówiąc:

"Dobra, już wstaję"

 i słyszę jak moje kochane dziecko rzuca mi na dobicie:

"Nie mówi się z pełną buzią"

No. 
I nie kopie się leżącego. 

Przez chwilę się waham. 
Zaczynam się śmiać.