sobota, 9 stycznia 2016

ŁYŻWY

W niedzielę, dzień  przed rozpoczęciem szpitalnej przygody,  maimo potężnego mrozu, wybralysmy się z Blanka na łyżwy.  
Andrzej nie chciał jechać,  został z Tymkiem. Wcale mu się nie dziwię, sama byłam pełna obaw, bo... Blanka to Blanka. 

Pierwszy raz z nią na łyżwach byliśmy rok temu. Młoda zapaliła się do tego pomysłu, bardzo chciała jechać, ale kiedy okazało się, ze trzeba czekać najpierw w kolejce do kasy,  potem w kolejce po łyżwy i w końcu-  żeby wejść na lodowiska,  dosłownie przeszła sama siebie. 
Siedziała Andrzejowi na barana i na cały głos wyrzekala,  budząc zrozumiałe rozbawienie innych oczekujących:

"Długo jeszcze będziemy czekać? Dziesięć minut???? To długo!!! Nie wytrzymam! Ile można czekać??? Po prostu nie wytrzymam, za długo trzeba czekać, no nie wytrzymam. Ja już nie mogę czekać, nie dam rady! !!"

Nam tam wcale do śmiechu nie było, jeszcze Andrzej wnerwial mnie dodatkowo, syczac mi nad uchem:

"A nie mówiłem, że tak bedzie? Mówiłem Ci, znasz ją przecież " 

Potem Blanka zrobiła dziką awanturę o łyżwy - bo nie były różowe. Siedziala na ławce i buczala ze ona nie chce granatowych, ona chce różowe, z kucykami pony a najlepiej to z Barbie. .. Niestety,  takich wypożyczalni nie mieli. Krew mnie zalewala jak jej po raz setny tłumaczyłam,  ze nie mają.  Ale ona chce i już...

Potem łyżwy były ciasne, a lód... śliski.
Blanka nie potrafiła ustać na tafli. Szalenie ja to bawiło, śmiała się jak dzika, mimo że trzymalismy ja za ręce,  nawet nie próbowała utrzymać pozycji pionowej. Rechotala jak wariatka, a my próbowaliśmy postawić ją na nogi, a raczej na łyżwy. Ta metoda zrobiliśmy jedno kółko dookoła lodowiska.

Przy drugim okrążeniu Blanka przestała się wyglupiac i odkryła, ze ona naprawdę nie umie się utrzymać na nogach.
Więc się poplakala ze złości i oświadczyła,  że chce do domu.
Dała się skusić jeszcze na jedno kółko,  ale znów skończyło się rykiem,  bo ona chce umieć, a nie umie.

Wyszliśmy spoceni jak świnie, dosłownie cieklo nam po plecach,  byliśmy wściekli, wkurzeni na siebie i na nią - a wtedy Blanka radosnym,  pełnym entuzjazmu tonem oznajmiła:

"Ale było fajnie, super było!! Kiedy znów przyjdziemy na łyżwy? "

Miałam ochotę ja udusić.  Mój mąż wycedzil tylko przez zaciśnięte zęby,  ze nieprędko i słowa dotrzymał.

Tak więc w niedzielę pojechałam z nią na te łyżwy z duszą na ramieniu, dostrzegając lojalnie po drodze, ze jak będzie stroic fochy to osobiście ją wyprowadza z lodowiska.
Obiecała ze nie będzie i słowa dotrzymała. Pokonała pierwsze okrążenie trzymając się kurczowo mojej ręki i bandy.
Drugie - już tylko za rękę że mną.
Zalapala.
A potem jeździliśmy z miskiem takim do nauki jazdy.
Było fantastycznie.







15 komentarzy:

  1. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć :D. Mam syna, który ma podobnie, jak Blanka, nie umie, a chce umieć, ale uczyć się umieć nie, bo nie umie, i fochy, jęki, histeria, i z miłego, w zamyśle, przedsięwzięcia wychodzimy wkurzeni i zmaltretowani, o Młody potem twierdzi, że było fantastycznie :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zmaltretowanie w porównaniu z późniejszym zadowoleniem i euforia maltretujacego jest dla mnie nie do ogarnięcia ☺

      Usuń
  2. U nas od sportów zimowych jest Marcin... Na szczęście, nie wiedzieć czemu, Eliza jakoś te łyżwy od samego początku ogarnia. Natomiast jeśli chodzi o rower... Boże! Zanim 2lata temu naprawdę nauczyła się jeździć (a miała wtedy już 7lat) przeszliśmy z Nią gehennę. Tyle razy ile kopała rower, mówiąc przy tym, że jest głupi... No byłam pełna podziwu- bo ja bym tą energię i czas poświęciła na posadzenie tyłka na rowerze i kolejne próby. A Ona stała, napier... w niego i się darła. I tak pod blokiem. Po kolejnych wakacjach wywoziliśmy Ją kilka ulic dalej, gdzie nikt nas nie kojarzył :)
    Fajnie, że macie takie wspomnienia. Może za rok już pojeździcie razem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo jakbym Blanke widziała z hulajnoga U nas jeszcze było rzucanie nią o asfalt😀

      Usuń
    2. Heh, rower jednak za ciężki :) Ale muszę przyznać, że byłam godna podziwu dla Elizy, że Jej się chce tak... wkurzać. Ja już bym wolała wsiąść na ten rower i pojechać. Po prostu :) Bo Ona owszem, po każdym upadku wsiadała. Tyle, że najpierw robiła mu i nam półgodzinną scenę.

      Usuń
  3. To u Was z łyżwami jak u nas z rowerem - nie bo nie umiem a się nie nauczę bo nie umiem ;) No ale w tym roku już nie odpuszczę i choćbym miala Martynę przywiązać do tego roweru to ją nauczę jeździć na dwoch kołach. Jeszcze ze dwa wypady i pojeździcie razem :) Z Tymkiem pójdzie łatwiej bo będzie chciał robić to co Blanka i szybko zalapie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nas też rower kiepsko Ale mamy ambicję nauczyc bo oboje poruszany się po mieście główne rowerami, Blanka jeździ w foteliku a jest już kandydat na miejsce w nim... ☺

      Usuń
  4. Normalnie aż przeczytałam ten wpis Małżonowi! Zupełnie jak naszą Dzidziulinką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło wiedziec ze nie tylko ja mam takiego trolla w domu ☺

      Usuń
  5. Brytusiu ja marzę żebyś w końcu zaczeła pisać o sobie... Tęsknie za Twoim klasykiem "Życie jest tu i teraz [...] albo za "Chcę być krową. Świętą. Taką indyjską". Dokończ to, o czym wspomniałaś:
    "O kalafiorze, którego nie było na obiad. O tym, dlaczego moja córka ma na imię Blanka, a nie Ola. O tym, czym różni się gość od gościa polskiego. O polskiej frustracji powszechnej. O tym, dlaczego nie oglądam w telewizji świata, który nie istnieje. O tym, dlaczego chodzę sama do kina. O tym, dlaczego rozumiem Magdę z Sosnowca, która udusiła własną półroczną córkę i dlaczego bym ją uniewinniła. O tym, że dzieci nie są dziećmi, tylko bachorami. O tym, dlaczego zaczęłam nosić buty na wysokim obcasie. O przyjaciołach tylko z nazwy i redukcji etatów. O rozczarowaniu i zrozumieniu. O tym, dlaczego moje życie nie istniało naprawdę. O tym, dlaczego na myśl o Nowym Roku robi mi się słabo. O dwudziestu minutach dziennie tylko dla siebie. O tym, czemu serdecznie nienawidzę dwóch imion. O tym, że kobiety są jak małpy. O tym, że wszystko jest szare. O tym, czym jest zęza. O cenie, jaką musiałam zapłacić za własną decyzję. O tym, że słowa mają swoje własne kolory. O wartości męskiego spojrzenia. O Wyspach Kanaryjskich, na które nie pojechaliśmy. O mantrze codziennej. O tym, że nie skręciłam pod Krakowem i zorientowałam się dopiero w okolicach Gdańska, że tam był zjazd. O tym, że są ludzie i taborety. O tym, że czasem jest i za późno i za wcześnie. O tym, że istnieje tylko teraźniejszość, nie ma jutra, ani wczoraj. O tym, że dramatycznie nie mam z kim porozmawiać. O tym, czemu czasem zatrzymuje mi się serce, na myśl o…"
    Przytulam P.

    OdpowiedzUsuń
  6. Napiszę ☺Tylko się obrobie z dzieciakami, z chorobami, lekarzami. Mam tyle pozaczynanych postów w roboczych. Z tym dlaczego nie skrecilam pod Krakowem i zorientowałam się pod Gdańskiem będzie problem. On to czyta. Dawno to było, ale na pewno pamięta. Nie wiem czy powinnam do tego wracać...
    Też są sobą tęsknię. Za sobą sprzed lat, sprzed dzieci, sprzed wielu zdarzeń. Ale nie wiem czy jest do tego droga powrotna. Pewnie nie... wszystko co się dzieje zmienia nas nieodwolalnie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pozdrawiam Cię serdecznie Brytusiu :) Ja również - uwielbiam czytać, gdy piszesz o dzieciach, ale równie mocno uwielbiam Twoje wpisy metafizyczne ;)

    OdpowiedzUsuń