piątek, 29 stycznia 2016

STASTNOU CESTU

Podobno jak pacjent się uprze i bardzo chce wyzdrowiec , to wyzdrowieje i nic mu nie przeszkodzi,  nawet lekarz ☺    

Blanka bardzo chciała. 
Lykala wszystko jak pelikan, syropy, witaminy, robiła inhalacje,  dziś rano wstała i zażądała.. . leków.  Dziewczynka, którą zwykle trzeba pół godziny prosić żeby wzięła syrop, straszyć pobytem w szpitalu,  żeby wzięła antybiotyk,  choć w tym przypadku pomagało dopiero ostentacyjne pakowanie walizki. A już inhalacje to wyglądały jak odprawianie egzorcyzmow.  

Siła motywacji.  Gdybym jej dala zdechla żabę i obiecała ze jak zje, to pojedzie,  pewnie by połknęła bez mrugnięcia okiem.

Tak bardzo chciała jechać.  
Oboje trochę pokasluja.. . 
Ale jedziemy. 

Zyczcie nam zdrowia. 
I śniegu. 

I stastnou cestu ☺



środa, 27 stycznia 2016

PÓŁ ROKU

Pół roku Tymek kończył dzień po wyjściu ze szpitala. 
Ciężki był dla niego ten szósty miesiąc. Skóra była w strasznym stanie. Tymek budził się w nocy kilkanaście razy, nie mógł zasnąć, drapal się rozpaczliwie tak, że musiałam go owijac kocykiem jak mumie,  żeby uniemożliwić mu czochranie się do krwi. 
To było błędne koło, szybko robiło mu się gorąco, budził się i drapal jeszcze bardziej. W sumie nic go nie interesowało poza drapaniem. Mimo  sześciu miesięcy na brzuch przekrecal się rzadko i niechętnie,  podciagany do siadu nie trzymał głowy, głównie leżał. 
I był smutny. 
Nie, nie płakał,  ale nie gaworzyl,  nie zagadywal,  nie gruchal,  nie śmiał się. 
Teraz myślę że był też po prostu głodny. 
Mleka miałam mało, a diety nie rozszerzalam ze względu na straszny stan skóry.  A on dosłownie wyrywal nam z ręki kanapki, zabierał łyżkę podczas obiadu, wkładal ręce do talerzy.  

Biedny, mały Tymek - jeszcze się pochorowal pod koniec tego szóstego miesiąca. I trafiliśmy do szpitala. 
Paradoksalnie to nas uratowalo. 

Kiedy tylko skóra się podgoila, a dzięki lekom ustapilo swędzenie, Tymek ruszył z kopyta. Jeszcze w szpitalu zaczął się pięknie przekrecac na brzuch, wysoko podnosić głowę mocno opierając się na wyprostowanych ramionach.
Zaczął podciągać się do siadu i siedzieć z podparciem.  To aktualnie jego ulubiona pozycja. 
Na brzuchu usiłuje poderwać tyłek do raczkowania. ale ciężko mu jeszcze zintegrować i doope, i ręce. Pelza więc na wstecznym i kręci się dookoła własnej osi. 

Znów się śmieje. W głos. Najczęściej do Blanki i do Travisa. Największą atrakcją w życiu Tymka jest ostatnio łapanie i ciagniecie za wszystko.  Gdy tylko słyszę rozpaczliwe, blankowe "Maaammmoooo"  to już wiem, że capnal ja za włosy.  
Wyplatuje potem spomiędzy jego palców całe kępy wyrwanych, siostrzanych kosmykow,  a ten aż gulgocze z radości. 

Łapie po drodze wszystko, do czego tylko uda mu się dosiegnac . Idę z nim do łazienki, niosąc go pod pacha i nagle robi mi się ciężko jakoś - patrzę i odkrywam, ze ja tacham Tymka, a Tymek ciągnie za sobą.. . suszarkę z mokrym praniem, która capnal po drodze. Albo kwiatek w doniczce (R.I.P biedny kwiatku), albo wanienke z wodą, albo leżaczek 

Ten ostatni odejdzie niedługo w niebyt, bo i tak Tymek uparcie usiłuje go za każdym razem opuścić,  czepiajac się palaka i podciagajac się na nim. To samo robi w gondoli w aucie, musimy zmienić fotelik, bo mały drań łapie za uchwyt i siada sobie... i tak jedzie. 

Uwielbia grające zabawki. Tłucze z zapamietaniem w każdą,  która jest w stanie wydać jakiś dźwięk. 

Gryzie. 
Jak oszalaly.  
Wszystko. 
Odbyliśmy już kilka poważnych rozmów na ten temat, niestety nie doszliśmy do porozumienia. Stanęło na tym,  ze ja na niego wrzeszcze, a on przestaje.  Na chwilę. 
A potem znowu gryzie. 
Mnie, nasze palce, gazety - dobra chwilę zastanawiałam się ostatnio, czemu mój syn sra na niebiesko,  zanim odkryłam,  że to co widzę w pieluszcze to kawałek Newsweeka. ... 
Śpi jak zajac pod miedzą 

W dzień trzy razy po 20, 30 minut, u mnie na rękach. Z polotwartymi oczami. Bardziej drzemie niż śpi. 
W nocy budzi się trzy, cztery razy na tankowanie,  ale zje i śpi spokojnie dalej. Nadrabia poprzedni miesiąc. Nie przybrał na wadze. Przez chorobę schudl,  dzień przed ukończeniem sześciu miesięcy ważył 8,3 kg. 
Teraz, kiedy zaczął w końcu dostawać inne jedzenie niż mleko,  Tymek dosłownie żre. Jak widzi miseczkę ze swoim posiłkiem, to śmieje się w głos. Dostał na razie dynię, kleik ryżowy, sinlac, brokuła i jabłko. Po dwóch ostatnich była lekka wysypka, musimy powtórzyć i zobaczyć,  czy coś się będzie działo. 
Wafle ryżowe i chrupki kukurydziane mloci jak wiewiórka.  Trzyma rączkami i obrabia tymi dwoma zębami. 

Gdy mu zabieram, uderza w płacz. ..

Życiowym priorytetem Tymka jest jedzenie i spanie.  Jeśli te potrzeby są zaspokojone, nic go nie rusza - jest pogodny, uśmiechnięty, nie boi się obcych ludzi. Wrecz przeciwnie, rozgląda się, zagaduje po swojemu i uśmiecha się.

Jest bardzo podobny do swojego ojca. I z charakteru, i z wyglądu

Tylko włosów ma więcej ☺

poniedziałek, 25 stycznia 2016

ZŁOŚLIWOŚĆ LOSU

Wczoraj miała leciutki katar. Po południu doszedł lekki kaszel. W nocy dusila się już jak oszalaly gruźlk.

Po dwóch miesiącach chodzenia do przedszkola musiała się pochorowac akurat teraz.   
Nie ma gorączki. Jeszcze (ha, ha, ha). Tylko katar i suchy, duszach kaszel, głównie w nocy.
W czwartek mieliśmy wyjechać. Nie powiem, jak długo czekałam na ta krótka odskocznie od rzeczywistości i na spotkanie z ludźmi,  z którymi mieliśmy jechać. 
I z górami, w których nie byłam ładnych kilka lat.

Andrzej mnie pociesza,  ze jej przejdzie. 
No. Przejdzie. 
Jak znam życie, to na Tymka. 

Mam ochotę się poplakac. 

Ktoś, coś?  
Wie, może doradzić,  jak postawić na nogi przeziebiona pieciolatke w cztery dni? 
Temu konia z rzędem i królestwo.



poniedziałek, 11 stycznia 2016

PO TYGODNIU

Zapalenie płuc schodzi. Ponoć osluchowo czysto, choć Tymol kaszle jeszcze. Może jutro wyjdziemy, a może w środę. Skóra smarowania co dwie godziny przez cały dzień, od ósmej rano do dwudziestej,   podgoila się ,  zmiękła, choć miejsca po najgorszych zmianach są jeszcze widoczne. 

Na stopach jeszcze drobniutka kaszka i pod kolanem; oglądam go obsesyjnie przy każdym smarowaniu,  czy znów coś nie wyłazi. Boje się,  ze gdy wróćmy do domu,  cały koszmar zacznie się na nowo. 

W testach alergicznych wyszły białka mleka krowiego w drugiej klasie i jajko w szóstej, najwyższej klasie. Wynik ponad sto, ponoć zaskakujący u tak małego dziecka. Tymek reaguje alergiczne nawet na śladowe ilości jajka w moim pożywieniu - a przecież do mojego mleka z tych śladowych ilości przenika naprawdę jakas mikroilosc.  

Prawdopodobnie uczula go wszystko co związane nie tylko z kura (mięso,  jajka, pióra), ale w ogóle z dorobiem. Karmiac go nie jadłam jajek, tylko mięso indyka, a skóra była w strasznym stanie.  

Nie uczula go pies. 
Kamień spadł mi serca. Pierwszej nocy tutaj łzy same leciały mi z oczu na myśl, ze jeśli to pies, to trzeba będzie go oddać.  
Nic na to nie poradzę, kocham tego psiura.

Być może uczula go coś jeszcze, bo Tymol nie miał jeszcze rozszerzonej diety. Więc organizm nie miał kontaktu z potencjalnymi alergenami i nie wytworzył jeszcze przeciwciał. 

Miejmy nadzieje,  że to tylko te cholerne jajka i ptaszydla.  Na małe ilości mleka nie skóra nie reaguje, po śladowych ilościach jajka od razu skóra robi się  czerwona.  Wystarczyło ze zjadłam w szpitalu zupę z makaronem (ile może być jajka w makaronie? ?) a Tymol po godzinie miał wysypke na całym ciele i czerwone plamy na głowie. 

Na pewno musimy być pod stalą kontrola alergologa i pod jego okiem rozszerzać młodemu dietę. Tylko jak to wytłumaczyć chlopczykowi, który wodzi oczami za łyżka i dosłownie podprowadza mi jedzenie z talerza. I placze, jak mu odbieram te ukradziona kromkę chleba i zaciska ją w łapkach jak wiewiórka i wpycha ja sobie do buzi.  I nic mu nie przeszkadza. Ani grudki, ani kawałki... 

Mały,  biedny Tymek.
Dobrze, ze choć humor mu wrócił. Znów się śmieje,  gaworzy, zagaduje do pielęgniarek w zabiegowym,  rodzaje dwuzebne uśmiechy, grucha i zaczepia.
Mały podrywacz 
Wcześnie zaczyna ☺


sobota, 9 stycznia 2016

ŁYŻWY

W niedzielę, dzień  przed rozpoczęciem szpitalnej przygody,  maimo potężnego mrozu, wybralysmy się z Blanka na łyżwy.  
Andrzej nie chciał jechać,  został z Tymkiem. Wcale mu się nie dziwię, sama byłam pełna obaw, bo... Blanka to Blanka. 

Pierwszy raz z nią na łyżwach byliśmy rok temu. Młoda zapaliła się do tego pomysłu, bardzo chciała jechać, ale kiedy okazało się, ze trzeba czekać najpierw w kolejce do kasy,  potem w kolejce po łyżwy i w końcu-  żeby wejść na lodowiska,  dosłownie przeszła sama siebie. 
Siedziała Andrzejowi na barana i na cały głos wyrzekala,  budząc zrozumiałe rozbawienie innych oczekujących:

"Długo jeszcze będziemy czekać? Dziesięć minut???? To długo!!! Nie wytrzymam! Ile można czekać??? Po prostu nie wytrzymam, za długo trzeba czekać, no nie wytrzymam. Ja już nie mogę czekać, nie dam rady! !!"

Nam tam wcale do śmiechu nie było, jeszcze Andrzej wnerwial mnie dodatkowo, syczac mi nad uchem:

"A nie mówiłem, że tak bedzie? Mówiłem Ci, znasz ją przecież " 

Potem Blanka zrobiła dziką awanturę o łyżwy - bo nie były różowe. Siedziala na ławce i buczala ze ona nie chce granatowych, ona chce różowe, z kucykami pony a najlepiej to z Barbie. .. Niestety,  takich wypożyczalni nie mieli. Krew mnie zalewala jak jej po raz setny tłumaczyłam,  ze nie mają.  Ale ona chce i już...

Potem łyżwy były ciasne, a lód... śliski.
Blanka nie potrafiła ustać na tafli. Szalenie ja to bawiło, śmiała się jak dzika, mimo że trzymalismy ja za ręce,  nawet nie próbowała utrzymać pozycji pionowej. Rechotala jak wariatka, a my próbowaliśmy postawić ją na nogi, a raczej na łyżwy. Ta metoda zrobiliśmy jedno kółko dookoła lodowiska.

Przy drugim okrążeniu Blanka przestała się wyglupiac i odkryła, ze ona naprawdę nie umie się utrzymać na nogach.
Więc się poplakala ze złości i oświadczyła,  że chce do domu.
Dała się skusić jeszcze na jedno kółko,  ale znów skończyło się rykiem,  bo ona chce umieć, a nie umie.

Wyszliśmy spoceni jak świnie, dosłownie cieklo nam po plecach,  byliśmy wściekli, wkurzeni na siebie i na nią - a wtedy Blanka radosnym,  pełnym entuzjazmu tonem oznajmiła:

"Ale było fajnie, super było!! Kiedy znów przyjdziemy na łyżwy? "

Miałam ochotę ja udusić.  Mój mąż wycedzil tylko przez zaciśnięte zęby,  ze nieprędko i słowa dotrzymał.

Tak więc w niedzielę pojechałam z nią na te łyżwy z duszą na ramieniu, dostrzegając lojalnie po drodze, ze jak będzie stroic fochy to osobiście ją wyprowadza z lodowiska.
Obiecała ze nie będzie i słowa dotrzymała. Pokonała pierwsze okrążenie trzymając się kurczowo mojej ręki i bandy.
Drugie - już tylko za rękę że mną.
Zalapala.
A potem jeździliśmy z miskiem takim do nauki jazdy.
Było fantastycznie.







wtorek, 5 stycznia 2016

O SZCZĘŚCIU W NIESZCZĘŚCIU

Zawsze są jakieś plusy i minusy. Trzeba tylko umieć je zobaczyć. Życie cały czas mnie tego uczy, a stare powiedzenie, ze nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ciągle jest aktualne. Oby i tym razem tak było. 

Pierwszy raz trafiłam do szpitala z Blanka gdy miała siedemnaście miesięcy. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Pojechaliśmy do szpitala B, gdzie na dzień dobry opieprzono nas, ze nie mamy skierowania.  Młoda z bardzo silną biegunka dosłownie lala się już przez ręce, szły kupy z krwią. Był późny wieczór i faktycznie nie mieliśmy tego świstaka. 

Byliśmy tam koszmarne cztery dni. Na dzień dobry zabrali mi ja sama do zabiegowego, żeby założyć jej wenflon.  Nie pozwolili mi z nią wejść. Musiałam oddać poltoraroczne dziecko obcym babom.   Stałam po drzwiami i płakałam, słysząc jak rozpaczliwie woła "maaaammmmooo" ,"maaaaaaammmmoooo!!!".

Spałam na twardym, drewnianym krześle a raczej czuwalam. Pielęgniarki darly się, jak kladlam się na podłodze, bo one przecież muszą mieć dostęp do łóżeczka,  trzaskaly drzwiami budząc Blanke, która z trudem uspilam, gdy przychodziły jej zmierzyć temperaturę. Zapalaly światło w środku nocy, zatrzaskiwaly z hukiem metalowe barierki od łóżeczka "bo spadnie " choć tłumaczyłam, ze Blanka śpi już na łóżku bez szczebelkow.  
Nawrzeszczaly na mnie, ze nie pilnuje dziecka,  gdyż młoda czwartego dnia obruszyla sobie wenflon. 

Plusy tej sytuacji udało mi się choć z trudem, ale znaleźć - wypisali nas w Wigilię rano i święta spędziliśmy w domu. No i młoda nie zarazila się rotawirusem od chłopca, z którym lezelismy w izolatce, bo ona godz jednak nie miała, jak założono przyjmując nas na oddział 

Kiedy w zeszłym roku, tuż przed Wielkanocą Blanka zaczęła mieć wszystkie objawy infekcji rotawirusowej,  zrobiłam wszystko,  żeby wyleczyć ją w domu - wiedziałam,  że w szpitalu i tak dostanie tylko leki przeciwgoraczkowe i probiotyki.  Przez 4 dni zwracała wszystko co zjadła poza suchym chlebem, a i ten przez nią przelatywal.  W niedzielę (wielkanocna,  a jakże) przestała wymiotować, ale wieczorem zaczął ją tak potwornie boleć brzuch, ze pojechaliśmy na SOR do szpitala S.
 Celowo wybrałam inny szpital,  wiedząc że nie ma on oddziału zakaznego.  Na moje oko rota wygasalo, ale Blanka była zbyt odwodniona, żeby stanąć na nogi bez wsparcia ze strony medycyny. 
Miałam rację. Badania wykazały postępująca zakwasice. Wenflon założono jej przy piątym podejściu. Ja w ciąży, trzymałam ją i uspokajalam, płakała strasznie, żyłki pekaly, ale chociaz mogłam przy niej być. Dostała kroplowke, wyniki się nie poprawiły, zostaliśmy więc na noc w izolatce z podłączona kolejna kroplowka. Już wtedy wiedzieliśmy, że to rota, bo około pierwszej w nocy objawy zaczął mieć Andrzej - pobiegł ganiac pawie przed szpitalem. Przez całą noc wisiała nad nami groźba odesłania do szpitala B, typowo zakaznego. Rano młoda dostała jeszcze jedną kroplowke i wyniki drgnely. Zazyczyla sobie chlebka, ożyla i nas puścili do domu.

Czy można znaleźć plusy ekstremalnie ciężkiego rotawirusa przypadającego na Wielkanoc i piąty miesiąc kolejnej ciąży?
Można.
Podstawowym był fakt, że jednak nie trafiliśmy do szpitala B. Mogłyśmy spać razem na łóżku, bo było święto i pielęgniarka pozwoliła, wiedząc,  że nie ma ordynatora.  Miałam nowy telefon dostępem do internetu i mogłyśmy oglądać ukochane kucyki Blanki. No i Lany Poniedziałek spędziliśmy w domu - chorzy,  umeczeni, ale razem.

Kiedy szłam w poniedziałek z Tymkiem do alergologa nawet nie podejrzewalam, ze tę noc spędzimy już w szpitalu. Z podejrzeniem zapalenia płuc lub początków astmy na tle alergicznym, z nasileniem AZS wylądowaliśmy wczoraj w szpitalu K. Tymkowi pobrali krew pod kątem testów alergicznych, podano antybiotyk, żeby przeleczyc skórę.  Wenflon udało się założyć przy ósmym podejściu. W głowie.  Wszystkie inne żyłki popekaly. Dziś zrobiono zdjęcie RTG, ponoć są zmiany srodmiazszowe, doszła gorączka-  infekcja się rozwija niestety. Znów wirus, bo crp niskie.  Smarujemy biedną, chorą skórę co dwie godziny.

Tymek już na sam widok obcej osoby w fartuchu zaczyna płakać.

Czy są plusy?  Pewnie,  ze są. Święta spędziliśmy w domu, Sylwestra też, wszyscy razem. Choć tyle udało nam się wyszarpac od losu.  Szpital jest kolorowy, wyremontowany, czysty, personel miły I życzliwy. Tymek ma robione kompleksowe badania pod każdym możliwym kątem.

W tym naszym nieszczęściu mamy trochę szczęścia i mamy osobny pokój z łóżkiem dla mamy karmiacej. Cisza, spokój.

Trzeba przerwac. Czekamy na wyniki badań.

Siedzę tu z tym malcem i myślę, że zawsze może być gorzej. Lub lepiej. I jedyne co mogę,  to się z tym pogodzić. Poszukać plusów. Plusikow. Każdej sytuacji.