sobota, 31 grudnia 2016

SYLWESTER

Biegają,  krzycza,  przytulaja się, biją, szarpia,  popychaja,  ganiaja,  zasmiewaja,  rycza,  chichocza,  przekrzykuja... 

Mój mąż patrzy na ten armagedon na czterech nogach przetaczajacy się przez chalupe,  odbijający o ściany,  tam i z powrotem i rzuca w końcu:

 "Sylwester z dwójką "

czwartek, 29 grudnia 2016

ŚWIĄTECZNE MIGAWKI

Stoi Tymcio przy choince, puka palcem bombkę. Ta kołysze się niebezpiecznie na krawędzi gałązki, w końcu spada i rozbija się. Młody patrzy zdziwiony i oznajmia: "Bam! Bam!!!" No nie da się ukryć synku, potłukła się...

****

Tymcio nadal zafascynowany choinką, zrywa z niej bombki jak jabłka. Wkłada jedną po drugiej do miseczki.

****

Tymcio ciągle dręczy choinkę. Zbiera bombki i trzymając za sznurki całe ich pęki, po kilka w każdej ręce, leci biegiem do drugiego pokoju z radosnym okrzykiem zdobywcy:
"Mam!!! mam!!!"

****
Blanka rozdziera papier, wyciąga z paczek prezenty, tuli pieska, piszczy z radości, pomaga odpakować prezenty bratu, w końcu zasiada na środku tego całego bałaganu, pośród zabawek i mówi:

"To najszczęśliwszy dzień w moim życiu! Spełniły się moje wszystkie marzenia!!!"

****
Już sobie wydzierają, zabierają, wyrywają i krzyczą, Blanka - "To mooojeeee!!!1 On mi zaaaaabrrrraaaał!!!". Tymek zwija, co może, ściska w łapach i ucieka pędem na swoich króciutkich, tłustych nóżkach, zawodząc tonem siostry: "Mooojum!!!, mooojum!!!"

****

Tymek odkrył manadarynki. Słodkie, przejrzałe; obieram mu jedną dzielę na cząstki, kładę na talerzyku. Bierze jedną, wciska do buzi, pakuje dwie cząstki do jednej łapy, kolejne bierze do drugiej, patrzy - jeszcze trzy zostały. Upycha pod pachą i oddala się na z góry upatrzone pozycje, by w spokoju skonsumować zdobycz. W końcu co w rączce, to na pewno jego...





piątek, 23 grudnia 2016

PODSTAWA

Przychodzi rano do mnie do łóżka Blanka, jeszcze w piżamie, przytula się i mówi: 

"Mamooo, jak przyjdzie do mnie Mikołaj to ja mu powiem: Mikołaju, ja nie zawsze byłam grzeczna, ale bardzo się starałam "
....

Tego życzę sobie, swoim bliskim i tym, którzy jeszcze tutaj zaglądają - żeby nam się chciało starać, żeby innym chciało się starać dla nas,  bo to tak naprawdę wystarczy. 

Moja córka mi to dziś uświadomiła - ma pięć lat i już wie, że nie zawsze się udaje, że nie zawsze jest prosto, że czasem nic z tego,  no lipa i już.
 Nie wyszło.
 Bywa. 
Trudno. 

Ale zawsze warto próbować. 
Starać się. 
I to wystarczy. 

piątek, 16 grudnia 2016

TYMCIO TAKI PRAWIE PÓŁTORAROCZNY

Tymcio. Pulchniutki, z wystającym mini - brzuszkiem. Chłopiec, którego pierwsze zdanie wypowiedziane świadomie brzmiało "Mama, am!"

Mówi niewiele, choć wszystko rozumie. Operuje może dziesięcioma słowami.
Mama, tata - najczęściej w wersji i z intonacją "TatOOOOOoooo!" powtarzanej za Blanką.
A poza tym słownik skąpy i bardzo autorski - nie, am, ko ko (co oznacza każdego ptaka, także papugę), grrrr - zwierzątko, hau hau - piesek, hałuuuuu -.... kotek, brum, brum - auto, aaaaa - chce mi się spać lub - ciemno, noc,  be - mam kupę, wyjmij, si, si - zrobiłem siku, ba - Blanka, bach - przwróciło się, boiiii - boli, mniu mniu - smoczek, mamamamama - proszę mi włączyć muzykę, będę tańczył.

Tak, Tymek podobnie jak jego siostra uwielbia tańczyć. Zaraz po przebudzeniu leci do wieży i żąda włączenia muzyki. Ewentualnie w duecie z Blanką katują książeczkę z melodyjką (która na ten moment wydaje już z siebie tylko żałosne, rzężące dźwięki). Ewolucje wykonywane przez Tymka nie są zbyt skomplikowane, mówiąc wprost, gdy słyszy muzykę, kręci się dookoła własnej osi jak bączek, z rękami uniesionymi do góry, dopóki się nie wywali. Czasem zapobiegawczo siada na podłodze. Ostatnio zażyczył sobie tańca w kółeczku, ciągnie nas za ręce i musimy z nim tańcować.
W żłobku też wywija piruety, co jest dla mnie dowodem, że dobrze się tam czuje.

Chodzi bardzo chętnie. Gdy tylko powiemy "Tymcio, idziemy do dzieci!" Młody leci po kurtkę do przedpokoju, wraca z nią, taszcząc pod pachą buty i usiłuje się sam ubierać. Robi nam papa, przybija piątki, daje buziaki i leci do drzwi. W żłobku nawet nie czeka, aż mu pani poda rękę, zbiera zakręt i zasuwa do sali, bo tam... dają jedzenie. Gdy wychodzimy, leci do szatni, siada na ławeczce i czeka, aż mu zmienię buty. Choć coraz częściej próbuje wiele rzeczy robić sam. Tula poszła w kąt, noszenie już jest niefajne. Tymek chce chodzić. Sam schodzić po schodach, sam przechodzić przez ulicę, sam biegać, sam iść i to tam, gdzie on chce. Gdy chcąc go skłonić do zmiany kierunku, robię mu papa i demonstracyjnie odchodzę, to mi odmachuje i spierdziela kaczym truchtem w kierunku, który on wymyślił. A każda próba zmiany wybranej osi ruchu skutkuje dramatycznym, wściekłym rykiem, siadem na glebie, albo wygięciem w łuk i rzuceniem się do tyłu. Cóż, początki samostanowienia o sobie bywają trudne. Dla każdej ze stron.

Choć jakoś się dogadujemy, persfazją lu przemocą, na szczęście mimo ubogiego słownika Młody wszystko potrafi pokazać, o wszystko poprosić. Gdy chce mu się pić - cmoka i wydaje takie śmieszne dźwięki. Ostatnio wszedł do łazienki, zobaczył pustą miskę Travisa i wręczył mi ja cmokając - no jasne, nie ma wody, pieskowi będzie się chciało pić. Nalałam. Rozumie i wykonuje właściwie każde polecenie. Czasem kuma o wiele więcej niż byśmy chcieli. 

Na początku grudnia przygotowałam dla Blanki kalendarz adwentowy, który przezornie został umieszczony tuż pod sufitem. Już po pierwszym woreczku, który spadł "z nieba" w ręce Blanki (która od razu zapytała "A będę się mogła dzielić z Tymkiem?") młody skumał, że tam są dobre rzeczy. Więc teraz, gdy tylko oczy otworzy, leci pod kalendarz i głośnym "A!!!, AAA!" domaga się kolejnej niespodzianki.

Śmieszny jest. I taki porządnicki się zrobił po tym żłobku, gdy tylko wejdziemy do domu pokazuje nam, że buty i kurtki się chowa do szafy, odnosi talerzyk do kuchni, pokazuje, gdzie trzeba odłożyć pilota. Oby mu już tak zostało.

Jakiś czas temu Młody odkrył istnienie Travisa, którego wcześniej konsekwentnie ignorował. Teraz pies służy mu jako schodek, po którym można wleźć na kanapę, jako miękkie siedzisko, jako konik, któremu można wleźć na grzbiet i poskakać. I ten biedny, stary psiur znosi to wszystko ze stoicką cierpliwością. W nagrodę służy także jako podręczny odkurzacz, który sprząta to, co akurat dziecku nie zasmakowało.

Tymcio naśladuje nas niemal we wszystkim. Gdy Blanka krzyczy, on też krzyczy. Gdy ojciec stuka młotkiem, Tymek zwija mu go ukradkiem i próbuje walić nim po ścianach i po oknach.
Gdy ja maluję, zabiera mi wałek i szoruje nim po ścianach. Gdy Andrzej coś skręca, ucieka mu ze śrubokrętem i kombinuje nim przy swoim łóżku. Gdy myję okna, zabiera mi papier i myje ze mną.

Blankę uwielbia. Głównie wkurzać, zabierać jej zabawki i zwiewać z nimi. Choć przyznam, że najchętniej, tak naprawdę Młody bawi się dekoderem na przykład. Gdy Młoda ogląda bajki, przełącza jej na inny kanał. Ta dostaje szału. Albo wyłącza jej telewizor. Ta się wścieka. I tak dalej. Rodzeństwo. Może z godzinę od rana funkcjonuję w komitywie, gdy są wyspani i w dobrych nastrojach - przytulają się, całują, śmieją i bawią. Szybko jednak zaczynają się ryki, popychanie, wyrywanie, gryzienie i pazury idą w ruch.
A Tymek jest niewiele mniejszy od Blanki, de facto tylko nogi i ręce ma krótsze niż ona, waży czternaście kilogramów, nosi rozmiar 92, ma już wszytkie zębole, łącznie z czwórkami. W tym ukruszoną jedynkę, albowiem zamiłowanie Tymka do wspinania się na wszystko jest nieopanowane. Włazi na drabinę, gdy jest akurat rozstawiona, na krzesła, z krzeseł na stoł, na biurko, na sedes ( i spuszcza sobie wodę), o takich banałach, jak wejście na łóżko czy kanapę nawet nie wspomnę.

Niestety grawitacja jest bezlitosna, a Tymek nie do końca jeszcze jest tego świadomy, więc gdy słyszę takie charakterystyczne, miękkie klapnięcie, jakby miękka gruszka zleciała z drzewa, to już wiem, że po raz kolejny Młody się przekonał, że fizyki nie da się oszukać i niestety, do góry nie poleciał....




piątek, 9 grudnia 2016

DLACZEGO NIE NALEŻY BRZYDKO MOWIĆ PRZY DZIECKU

Tak mi się przypomniało, że miałam to zapisać

Leży Blanka na naszym łóżku, bawi się grającym domkiem, starym i nie do końca już sprawnym. Autko już nie krąży dookoła żółtej, plastikowej podstawki, motylek został ukręcony, dzwonek nie dzwoni do drzwi, zacina się też niebieska wiewiórka włażąca na drzewo. Blanka szarpie się z nią dłuższą chwilę, ale oporny, plastikowy zwierzak nie chce ustąpić, mimo nacisków ze strony młodej, która uparcie próbuje zepchnąć ją palcem w dół, tak aby wiewiórka wjechała potem na górę.

Rozzłoszczona, rzuca do niepokornego zwierzaka:

"Właź kurwa na to drzewo!!!"




poniedziałek, 28 listopada 2016

DZIEWIĘĆ

Blanka skaleczyła się w palec.
Na zgięciu serdecznego palca odstaje jej może dwumilimetrowa, oderwana skórka, obok niej mała, czerwona ranka.
A tej już płacz wisi na końcu nosa, żąda plasterka, teraz, natychmiast, już, bo boli, oj jak boli, sięgam więc do szafki, docinam odpowiedni kawałek i zaklejam skaleczony paluch, mówiąc bardzo poważnym głosem:

"Noooo, masz rację, musimy zakleić tę ranę, bo palec odpadnie!"

Blance oczy robią się wielkie jak pięć złotych, niby nie wierzy, ale coś ją jednak dręczy, więc pyta:

"Odpadnie? I co wtedy będzie???"

Wtedy do rozmowy włącza się Andrzej, rzucając do Młodej lekkim tonem:

"Będziesz liczyć tylko do dziewięciu..."


niedziela, 27 listopada 2016

BLOK

Blanka robi sobie samolociki z papieru. Ale nie chcą latać, pikują w dół zaraz po starcie i rozbijają się o podłogę. Jeden, drugi, trzeci, różowy, żołty, czerwony. Andrzej proponuje jej pomoc, prosi, żeby znalazła blok, to zrobią razem inny samolot, większy, taki, który daleko, daleeeeko poleci. 

Blanka zaczyna biegnie do pokoju, zaczyna grzebać w bałaganie na biurku, przerzuca książki, książeczki, zaczyna się złościć, denerwować, w końcu uderza w ryk:

"Nie mogę znaleźć, nie ma bloku, nie wiem, gdzie jest blok, nie mam nawet kartki, nie widzę bloku, nie wiem, gdzie jest bloook!"

Ojciec, żałując, że się wyrwał z propozycją, rzuca do beczącej córki:

"To ubierz się i wyjdź przed dom, to zobaczysz, nawet cały"

piątek, 25 listopada 2016

NAGŁA ZMIANA KLIMATU


Kąpią się w wannie pełnej zabawek. Chlapią się, piszczą, rzucają piłkami, chichoczą w głos. Kleją się mokre blond kłaczki do policzków, do czoła, śmieją się ślepia. Młócą wodę długie chude nogi, brodzą w niej łydki tłuściutkie i obłe jak parówkowa zwyczajna. Siedzę przy wannie na zielonym stołku i przyglądam się im z cielęcym zachwytem.

Bo takie fajne.

Nadzwyczajne. Oba. Trolle dwa. Śliczne, różowe i słodkie jak cukierki bez papierka.

Rozpływam nad nimi, taplam się w słodkim aż do mdłości, płynnym lukrze matczynej ckliwości.

Tymuś wstaje na nóżki w wannie, patrzy mi w oczy, uśmiecha się szeroko, tak pięknie jak tylko potrafi… i robi kupę.

Taśma z rzewną, egzaltowaną melodyjką  w mojej głowie zacina się ze zgrzytem i milknie.

Blanka z wrzaskiem i małpią zręcznością dosłownie w ciągu sekundy wypryskuje z wanny jak oparzona.

Tymuś  bardzo zdziwiony, że coś z niego wypadło, zaczyna płakać.

I to by było na tyle.

Dzieci.

środa, 23 listopada 2016

NO PO CO?


Formułuję postanowienia z okazji i bez niej. Zobowiązania wobec siebie, krótko i długoterminowe. Postanawiam, dorzucam w myślach „tak mi dopomóż” i gryzę się w język, bo wiem, co dalej.

I wszyscy święci.

Wszyscy święci balują w niebie, złoty sypie się kurz – śpiewał pod nosem mój ojciec nad  pełnym wiadrem ziemniaków. Emaliowanym na żółto, z drucianym pałąkiem, obitym na dnie. Obierał je cierpliwie, cienko, nucąc. Potem tarł śliskie kartofle i końcówki palców. Przez kuchenną ścierkę w drobną, czerwoną kratkę odciskał nadmiar wody z siniejącej brei. Mieszał z mąką, dodawał jajko.  Toczył między dłońmi miękkie wałki, formował, obtaczał i układał na drewnianej desce równe rzędy. W każdym dziesięć pyz, każda z wyraźnym śladem serdecznego uścisku tatowej ręki. Przykrywał ścierką i czekał aż woda dojdzie, a ja stałam i patrzyłam jak wskakują do ukropu, jedna po drugiej.
I mówił do mnie, żebym uciekała, uciekaj pyzo, bo jeszcze Ci pryśnie i będziesz płakała.
Moja ty pyzo malutka…

Mieszał drewnianą łyżką, wyławiał poszarzałe, kleiste kokoniki z jasną, twardą duszą w środku i znów układał na desce. Studził, kroił i smażył z jajkiem.
Przynosił do pokoju, stawiał przed fotelem krzesło,  choć było z obiciem, kładł na nim gazetę, na niej gorącą patelnie i włączał wiadomości. Zakradaliśmy się wtedy, wyskakiwaliśmy zza fotela jak dwa diabły z pudełka, z widelcami w rękach.

Zawsze był cierpliwy.
Miesiącami siedzieli razem w tym fotelu. Razem. We dwóch.

Mój tata i rak.

Razem we trzech.

Mój tata i ból.

Oj tata, po co ty umarłeś?
Jest tyle rzeczy do zrobienia. Wnuki do wzięcia na kolana i na wynos. Święta za pasem. Z pustym miejscem po Tobie, z  dziura jak po wyrwanym zębie.

Prysło. Zabolało. Nie przestaje.

Ciągle Cię nie ma.

poniedziałek, 21 listopada 2016

SZARUCHY

Blanka biega po domu w jasnoróżowcych rajstopach. Od momentu przyjścia z przedszkola, na boso oczywiście. Proszę ją, żeby je zdjęła, kilka razy. Potem wychodzę. Gdy wracam po godzinie, nadal w nich lata. Niestety rajstopy nie są już tak delikanie różowe. 
Ponawiam swoją prośbę, rzucając;

"Zobacz, jak one wyglądają, no obejrzyj te swoje kopytka, widzisz? Czarnuchy!"

Blanka siada na schodku, uważnie ogląda jedną stopę od spodu, potem drugą i precyzuje:

"Nieeeeee. Szaruchy"


czwartek, 17 listopada 2016

PIĄTA RĘKA

Wychodzimy z domu.  A raczej próbujemy wyjść.

Spóźnione tragicznie, bo młodszy zwiewał przede mną kaczym truchtem dobre pół godziny, uznając to za świetną zabawę, a kiedy udało mi się go złapać, przewinąć, to minutę później obsrał świeżą pieluchę i rozsmarował sobie dżem na bluzce.  Starsza najpierw nie chciała wstać, kiedy w końcu wywlekłam ją z pościeli po dobrych czterdziestu minutach, to z kolei nie chciała się ubrać, a kiedy nareszcie to (prawie) zrobiła, przy akompaniamencie ryków, wrzasków, lamentów i wyrzekań, to odkryła, że to nie ta bluzka. No nie ta, ona nie może absolutnie iść do przedszkola w zielonej bluzce ze zwierzątkami, ona musi włożyć różową z króliczkami. Zagryzając zęby tak, że mi wyszły pokrywą czaszki, odnalazłam pudrowe paskudztwo. Założyłam wyjącej pięciolatce. Wbiłam oboje w buty, jedno siłą, drugie przy użyciu gróźb karanych. Założyłam kurtki i czapki obojgu stosując metodę jak wyżej. Zapchałam Blankę bananem, bo zaczęła jeszcze miauczeć, że głodna, nic dziwnego, o tej porze powinna już jeść śniadanie w przedszkolu.

I już miałyśmy wychodzić, stałam już pod drzwiami, spocona jak świnia, zła, że świadomością, że żadne z nich nie zdąży na śniadanie, a ja do pracy, Tymkiem ciężkim jak kloc w tuli, z torbą na ramieniu, z reklamówką pieluch i kluczami w jednej ręce, dwoma parasolkami , rękawiczkami i zapinką od smoczka  w drugiej.

I wtedy ona to zrobiła.
Wręczyła mi swojego banana i zakomenderowała:

"Potrzymaj mi, bo muszę sobie zapiąć kurtkę do końca"

Kiedy to usłyszałam, tylko absolutny brak wolnej, piątej ręki powstrzymał mnie przed urwaniem jej tego blond łepetynki....

wtorek, 15 listopada 2016

TO MYSZ WYGRYZŁA MAMO...

Futryna łuszczyła się, zrzucała jasnobrązową, olejną farbę jak wylinkę. Siedziałam w progu, opierając się o nią plecami i zdrapywałam ją machinalnie, odruchowo paznokciami, małe łuski farby wrastały mi pod płytkę. Nogą rozpierałam framugę, jakby dało się ją poszerzyć i blokowałam psu wyjście na dwór. Zwykle przez chwilę merdał ogonem, patrzył na mnie znacząco, a potem pokonywał tę barykadę bez większego wysiłku, jednym skokiem. W linoleum tuż przy drzwiach była dziura.

 A ja od rana osiadałam w plamie słońca, drzwi miały dokładnie szerokość mojej wyciągniętej nogi, tkwiłam tak pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, idealnie wpasowana  w dwa boki prostokąta.

Siedziałam i jadłam pajdę ciepłego chleba, krzywo krojoną, posmarowaną grubo miękkim masłem, z plastrami pomidora prosto z pola i cebulą krojoną w krążki. Na podwórku olbrzymie, stare topole, które zasadził mój dziadek trzepotały tysiącami liści, a ja siedziałam w progu jak kocur, wygrzewałam się i smakowałam nowy dzień.

Miał zapach ciepłego, gliniastego chleba, z rumianą,  brązowozłotą, chrupiącą skórką, w której już w drodze ze sklepu robiłam palcami  dziurę, wyrywając kawałek po kawałku, żeby dogrzebać się do gorącego, wilgotnego wnętrza, do mięsistych wnętrzności.



czwartek, 10 listopada 2016

POGADANKI UMORALNIAJĄCE I ICH SKUTKI

Siedzą w wannie. Trolle dwa. Mniejszy zakręca i odkręca kran, pije wodę, w której siedzi, nie zrażony faktem, że trzyma w niej dupę. Większy chichocze, pragnie otrzymać natychmiast te zabawki, które bierze do ręki brat, obraża się o wszystko, awanturuje, że śmiechu w płacz przechodzi w ciągu sekundy i odwrotnie - "bo on mnieeeee chlapnął!!!!!"

No i piszczy. Piszczy tak, że pękają bębenki w uszach. Celowo. Dla zabawy.
Śmieszy ją to, bo Tymol ją naśladuje i też piszczy.
I tak się przekrzykują jak dwa młode, głupie koguty.

Proszę, tłumaczę, żeby tego nie robiła, zwracam uwagę.
Jeszcze raz proszę.
Milknie.
Patrzy na mnie.
Bez słowa komentarza robi nagle przeokropnego zeza.

Zaczynam się śmiać. Dziko, niepowstrzymanie, nie mogę się opanować.
Blanka też zaczyna chichotać. I Tymek.

A potem powtarza całą procedurę od nowa.
Piszczy.
Proszę, żeby przestała.
Robi zeza.

Kiedyś oszaleję .

sobota, 5 listopada 2016

GRYZON

Wyciągnęłam zapomnianą jenge,  żeby pograć z Blanka. Młoda wysypala ja na łóżko, a Tymek jak to Tymek,  natychmiast się zainteresowal.  Przylazl i dalej próbować jej zabrać drewniane klocki,  a to z prawej, a to sięgając łapa z lewej. 
Blanka w desperacji położyła się na klockach,  podgarniajac je sobie pod brzuch. 
Tymon się poryczal,  próbował zepchnąć Blanke z rozsypanej jengi, ale nie dał rady. 
Pomyślał chwilę, pokombinowal. .. i śmiech Blanki przeszedł w rozpaczliwy ryk bólu.  
Ugryzl ja w plecy.  
Z całej siły. 
Został siny ślad i.... jenga,  do której się w końcu mógł dobrać,  bo Blanka odskoczyla jak oparzona,  a dokładnie to ugryziona... 
Facet z inicjatywą...

poniedziałek, 24 października 2016

Z KRONIKARSKIEGO OBOWIĄZKU...

Dziś mijają dokładnie trzy tygodnie, odkąd zaczęłam pracować. Przez ten czas dzieciory nawet przez jeden dzień nie były zdrowe – w poniedziałek wieczorem trzeciego października, jak już pisałam, Blanka przywlekła rotawirusa. Tego samego dnia, gdy odbierałam Tymcia ze żłobka, w szatni minęłam się z mamą, która także odbierała córkę z grupy maluchów. Dziewczynka kasłała jak gruźlik w ostatnim stadium. Miałam ochotę coś powiedzieć na temat przyprowadzania chorych dzieci do żłobka, ale się powstrzymałam i do dziś żałuję. Bo w środę kasłać zaczął Młody, a w piątek, gdy go odbierałam było już widać ewidentnie, że będzie chory. Następnym razem nie będę się powstrzymywać ani od komentarza, ani od zgłoszenia tego dyrektorce żłobka. Słowem – zamierzam robić awanturę za każdym razem, gdy zobaczę ewidentnie chore dziecko w grupie Tymola. Trudno.
Młody spędził tydzień w chacie pod opieką niani. Płakał, bo ledwie się przyzwyczaił do żłobka, a tu znów zmiana, znów ktoś nowy, znów wyjście z rytmu. Nie gorączkował, więc jechaliśmy na inhalacjach i syropach i miałam nadzieję, że uda mu się wybronić przed antybiotykiem.
Ale doszło ząbkowanie, zaczęły się przebijać trójki, wszystkie na raz, co razem z prawie wyrzniętymi czwórkami dało pandemonium. W czwartek pojawiła się gorączka, nie za wysoka, do trzydziestu ośmiu, ale pediatra kazała włączyć amotaks. Nie było mi to w smak, bo młody prawie nie kasłał już i obstawiałam, że temperatura jest od zębów, ale podałam. I to był strzał w kolano, po raz kolejny przekonałam się, że należy ufać swojej intuicji. Bo byłam blisko. Od piątku Tymcio zaczął się budzić w nocy co godzinę z rykiem. Straszliwym rykiem. Siadał na łóżku, nie chciał smoczka, nie chciał piersi, nie dawał się nawet przytulić, tylko siedział i krzyczał i pchał łapy do buzi. Budził się po dziesięć, dwanaście razy. Zasypiał na chwilę, gdy zmęczył się płaczem, a potem budził się i ryczał. I tak piątek, sobotę, niedzielę. Nie chciał jeść, nie chciał mleka, zachodziłam w głowę, czy można ząbkować aż tak… Byłam blisko. W poniedziałek wylazła pierwsza afta i wszystko stało się jasne. Wywaliłam z hukiem antybiotyk, podając go tylko ułatwiłam sprawę grzybkom i wirusom, które spowodowały zapalenie jamy ustnej u Młodego. Włączyłam nystatynę i już wieczorem było lepiej. Zaczęliśmy smarować mu całą buzię bobodentem, a Tymcio po pierwszym podaniu zajął strategiczne miejsce pod szafką, gdzie trzymaliśmy maść i rozkazującym tonem, powtarzająca „A!!! AAA!!!” , pokazując palcem na pojemnik, domagał się kolejnych smarowań.
Wieczorem jednak, mimo podawania leków, Tymon znów zaczął ryczeć. Płakał i płakał, jeść nie chciał, spać nie chciał, więc w końcu wysmarowałam mu dosłownie całą buzię bobodentem, grubą warstwą, normalnie w przypływie rozpaczy. I wtedy Tymcio pokazał na kaszkę. Zjadł miskę. Potem pałkę z kurczaka, potem udko. Potem dwie kanapki. Poł paczki  żurawiny. Jabłko.
I… stał się innym człowiekiem. 
Niestety skończyło się karmienie. Po tygodniu przerwy nie było do czego wracać a i Tymon jakoś chętny nie był. Może to i lepiej, ze odstawil się sam 
W międzyczasie rozłożyła się Blanka, kaszląc, smarcząc i delikatnie gorączkując, ale tu pomogły inhalacje.  Dzieciory spędziły więc kolejny tydzień w domu, ja przychodziłam wcześniej do pracy i wychodziłam z niej wcześniej, Andrzej się spóźniał. Do tego zdechł laptop, odkurzacz i Młody potłukł szybę w piekarniku, ale nie czepiajmy się szczegółów, taka seria.

Dziś, z duszą na ramieniu, zaprowadziłam Tymcia do żłobka, bojąc się strasznie, że znów będzie płakał. W końcu miał prawie dwa tygodnie przerwy… a jednak młody poszedł jak do siebie. Blankę odprowadziłam do przeszkolą i nawet udało mi się nie spóźnić do pracy.

Tak więc trwaj chwilo, jesteś piękna….

piątek, 14 października 2016

WALKA O MAMĘ



Zapytałam ostatnio Blankę, czy wołała czas, gdy nie było Młodego, od tego, gdy z nami jest. Zaskoczyła mnie odpowiedzią, bo stwierdziła, że woli ten czas z Tymkiem. Co nie zmienia faktu, że walka o mnie, o moją uwagę trwa bezustannie. Blanka bardzo się cieszyła z pojawienia się brata, ale detronizacja była dla niej bardzo trudna.

Jakoś niedługo po narodzinach małego Kajmana, Blankę zaczął boleć brzuch. I głowa. Codziennie po południu. Wracała z przedszkola, pobawiła się chwilę, a potem zwijała się w kłębek na łóżku, mówiąc, że jest zmęczona, że ją boli. Podstawowe badania niczego nie wykazały, ja szalałam z niepokoju, miałam już nawet skierowanie do gastroenterologa i byłam bliska położenia jej do szpitala, gdy pewnego dnia Blanka stwierdziła, że nie tylko boli ja głowa i brzuch, ale też ją swędzi skóra. Tak jak Tymka. Nie było widać żadnych zmian, żadnej wysypki, a jednak dziecko domagało się smarowania. Wtedy zapaliła mi się w głowie żarówka. A gdy Blanka rzuciła hasło:
„Mamo, naprawdę swędzi, Tymek mnie zaraził tą alergią!”
Już wiedziałam o co chodzi. Walka o mamę. O moją uwagę. Potrzeba skupienia jej na sobie. W miarę upływu miesięcy, kiedy starałam się za wszelką cenę wyrywać choć po kilka godzin tygodniowo tylko dla nas, na babskie wyjścia i zabawy, robiło się coraz lepiej. Ale z kolei wojować o mnie zaczął Tymek.
Gdy go karmię, trzymając na kolanach i przychodzi do nas Blanka i próbuje się do mnie przytulić z drugiej strony, Tymek odpycha ją ze wszystkich sił. A kiedy Młoda nie daje się, zaczyna ją kopać.
Wczoraj rano, gdy Tymek skończył swoje poranne przytulasy i już, już schodził z naszego łóżka, wskoczyła na nie Blanka i wtuliła się we mnie. Gdy zarejestrował to Tymek, natychmiast zmienił zdanie co do schodzenia z łóżka, zawrócił i uderzył w rozpaczliwy ryk…
I tak cały czas. Gdy Tymek chce na ręce, Blanka też chce. Gdy Blanka chce wody, Tymon ryczy i pokazuje na butelkę. Gdy jedno dostanie jabłko, drugie rzuca niedojedzonego banana i także życzy sobie jabłka.  Gdy jedno złapie zabawkę porastającą od miesięcy kurzem w kącie, drugie zaczyna także jej pragnąć. Teraz, natychmiast, już. Więc wrzeszczą oboje, ryczą, wyrywają sobie, jedno zabiera i ucieka, drugie goni, gryzie i szarpie za włosy (tak, to młodsze)
 Idzie oszaleć.
Sztukę dzielenia się jeszcze muszą oboje opanować

środa, 12 października 2016

PIŹDZIERNIK



Trzeciego października wróciłam do pracy. A raczej poszłam do nowej, choć w tej samej firmie. No prawie tej samej. Skomplikowane, ale mniejsza o to. Mój mąż miał na rano, więc o piątej wyszedł z domu, a ja musiałam obudzić, ubrać i wyprawić do żłobka i przedszkola oba trolle. W lejącym deszczu. I jeszcze zdążyć do pracy. Udało się, choć to była misja z gatunku impossible. Zdążyłam pomyśleć, wychodząc z pracy, że dwie sztuki w placówkach, Tymek zaadaptowany, nie jest źle, jakoś się te klocki poukładały. Chyba w złą godzinę, bo rozsypały się jeszcze tego samego dnia.

Blanka wróciła z przedszkola z bólem brzucha. O dwudziestej pierwszej zaczęła rzygać. I rzygała do piątej, zwracając nawet wodę, którą płukała buzię. Co kilkanaście minut. Potem doszła biegunka. Rotawirus.
Do pracy poszłam na rzęsach, po kompletnie nieprzespanej nocy.
Gdy zasnęła, wstał Tymek, tak, nadal z uporem maniaka zrywa się o szóstej rano. Andrzej wziął dzień na żądanie i został z Młodą  domu. On zachorował we wtorek, w środę porzygał się Tymek, a ja z kolei noc ze środy na czwartek spędziłam ściskając w czułych objęciach klozet.

Po kolejnej nieprzespanej nocy nie umiałam w pracy napisać maila poprawną polszczyzną.
Tymek poległ ostatecznie w piątek, gdy do biegunki dołączył kaszel. Straszliwy kaszel.
Od poniedziałku siedzi w domu z nianią pożyczoną od mojej przyjaciółki. Płacze, bo już się przyzwyczaił do żłobka; gdy w poniedziałek zaczęłam szykować się do wyjścia, Tymcio z bananem na buzi przydreptał do mnie i wyciągnął rączki. Gdy zakładałam buty i kurtkę, on wytargał z szafy nosidło i mi wręczył, żeby go wziąć, zanieść do dzieci!
Ryk był straszny, gdy okazało się, że zostaje. Wczoraj też był ryk, bo nie zna jeszcze dobrze Pani i w ogóle mu źle w związku z tym, że nie idzie do dzieci.

Jakby mało było atrakcji, wczoraj odkryłam, że Blanka ma gorączkę. Czepiam się nadziei, że może po prostu przemarzła i trochę zmokła, albowiem deszcz pluje żabami niemal nieprzerwanie od półtora tygodnia. Nic, tradycyjnie czas pokaże. O swoim gilu i grypowym samopoczuciu nawet nie będę wspominać, bo matki nie chorują, gdyż nie mają kiedy. Ani o tym, że Młodemu rosną trójki, wszystkie na raz (czwórki też wylazły jak na komendę), w związku z czym awanturuje się nocami, mędzi, buczy, zawodzi i sam nie wie, czego chce.
Ja wiem.
Chcę zdrowia dla wszystkich i świętego spokoju.
Chwilowo awykonalne.
Piździernik cholerny.