wtorek, 13 października 2015

BAMBARYŁKA

Trzymiesięczny Tymek jest okrąglutki i uśmiechnięty. Waży siedem kilogramów, mierzy 67 cm. Duży chłopak z niego, jest co nosić. A on sam nosi aktualnie rozmiar... 74, tak, ten z przedziału dla dzieci od sześciu miesięcy w górę. Ostatnio gdy mu zakładałam body, aż sprawdziłam na metce, czy przypadkiem nie wzięłam jakiegoś starego, z rozmiaru 0-3 miesiące. No nie, na metce jak byk stało 3-6 miesięcy; westchnęłam, dopchnęłam kolanem, mało zatrzaski nie strzeliły, jakoś się jeszcze zmieścił. Ale z trudem. 

Co się dziwić. Tymek nadal zajmuje się przede wszystkim jedzeniem. W dzień tankuje co godzinę, półtorej, no czasem w drodze wyjątku, co dwie. Na noce spuśćmy litościwie kurtynę milczenia...

Tak,tak, nadal żre co dwie godziny. Kładę go spać między dziewiętnastą a dwudziestą, a on się budzi już o dwudziestej trzeciej, bo jest... głodny. Czasem nie uda mi się nawet porządnie zasnąć, kiedy ten Pasibrzuch ogłasza pierwszą pobudkę. Po niej śpi do drugiej, a potem już jak w zegarku - druga, czwarta, piąta, szósta. Im bliżej poranka, tym częściej się budzi, więc zabieram go do naszego łóżka, albowiem ten mały koleś nadal sobie urządza nocne czuwania. Potrafi zjeść o drugiej i gadulić do czwartej, a gdy w końcu zaśnie, to budzi się o piątej, no bo zgłodniał, w końcu już trzy godziny nie jadł!

Ochhhh, jak mnie to irytuje, delikatnie mówiąc, a to co do niego mówię w nocy, nie nadaje się do powtórzenia. Oczywiście są to wyrazy miłości, szeroko rozumianej, choć wyrażanej przeze mnie w mało cenzuralny sposób...

A wszystko to chyba związane jest niestety ze spadkiem jakości mleka cyckiego. Był już moment, że Tymol miał dwie pobudki - o pierwszej i o piątej i było pięknie, ale... Pod koniec drugiego miesiąca życia okazało się, że Tymol, podobnie jak jego siostra, ma skazę białkową. Długo się łudziłam, że to może trądzik niemowlęcy, ale bez przesady, ile można sobie wmawiać, że niemowlę ma go na łokciach, uszach i łydkach... Do tego doszła straszliwa ciemieniucha i nie było rady - musiałam się pożegnać z krową pod wszelkimi postaciami. Po tygodniu obserwacji, kiedy to z buzi zeszła mu w końcu czerwona skorupa, ale wysypka i tak została, tylko w lżejszej formie, wykluczyłam z menu także jajka. Pomogło, skóra się goi, ale Młody ewidentnie przestał się najadać tym, co dostaje.

Jak mawiała moja babcia, brzydko może, ale zgodnie z prawdą, z gówna się twarogu nie ukręci, więc nie dziwię się jakoś bardzo, że z tych kilku dosłownie produktów, które mogę jeść, przestało powstawać mleko wysokoprocentowe. A Młody przegłodził się jeszcze porządnie przez moją grypę, kiedy to pokarmu było naprawdę malutko, oj malutko. Co mu sie dziwić, że walczy o swoje...

Dokarmić się nie da - kiedy wtykam mu smoczek od butelki do paszczy, patrzy na mnie jak na debila, z miną o treści - "Ale że co to jest, no bez jaj matka, co to za plastik?" i wypycha językiem, nawet nie próbuje pociągnąć, uparty jak muł wielbiciel natury...

 Albowiem Tymek je wtedy, kiedy chce. Nie tylko nie da się nakarmić butelką, ale i na tak zwanego " śpiocha". Próbowałam mu zaproponować posiłek last minute, tuż przed snem, oczywiście moim - taaaaa, łypnął okiem, mlasnął, zerknął i zasnął, jednoznacznie okazując, że nie jest zainteresowany, bo on przecież śpi. Teraz śpi i już. Co nie przeszkadzało mu obudzić się pół godziny później, kiedy ja spałam.... 

A sam Tymek śpi jak zając pod miedzą. Dłuższe drzemki - to jest dłuższe niż piętnaście minut, łapie tylko rano, kiedy Blanka jest w przedszkolu. Pod warunkiem, że: nie zadzwoni domofon, nie zapuka listonosz, nie zaszczeka pies, nie przejdzie karetka, nie włączy się alarm w aucie pod blokiem, nie zadzwoni mi telefon, a ojciec nie kichnie... No nie ma on snu po swoim tatusiu, nie ma, a szkoda, bo jego rodzica nie budzi nawet wystrzał armatni. Mnie wybudza wszystko i już wiemy, jak się geny rozłożyły w tej kwestii. 

Tymol jest dzieckiem pogodnym i spokojnym. Kiedy go karmię, muszę się pilnować, by na niego nie patrzeć i nie uśmiechnąć się do Waćpana, bo jeśli tylko złapie moje spojrzenie, puszcza cycka i ... uśmiecha się do mnie. No szczerzy się całym sobą i trudno go namówić do kontynuacji, a nie ukrywam, że w okolicach czwartej nad ranem zależy mi na czasie konsumpcji. Która trwa i trwa, i trwa, i trwa. Mój syn się nie spieszy, delektuje się, zje trochę, odpocznie, popodsypia - a kiedy go odłożę, to dochodzi do wniosku, że pora na wielką kupę, kończącą się nota bene, zwykle pod łopatkami. Więc trzeba wyciągać obsrańca, przewijać, przebierać, a wtedy to on już jest zwarty i gotowy do konwersacji, do uśmiechania się, do zagadywania matki, która nie wiedzieć czemu, warczy na niego jak pies... 

Nic nie pomaga. Ani zawijanie w kocyk, ani zatykanie smoczkiem - ja mu wciskam w zaciśniętą gębulę, a on, jak już mi się uda, pozbywa się gumiaka w ciągu kilku sekund i gaduli w najlepsze. Coraz głośniej, coraz bardziej poirytowany, że nikt mu nie odpowiada. Zatykam więc go znowu. Wywala smoka. I tak z pięćdziesiąt razy w ciągu godziny. Nad ranem wpada już tylko w krótkie drzemki; wstajemy między szóstą a siódmą, choć trudno to nazwać w moim przypadku wastawaniem - zwlekam się jako półżywe zombie, a on guga i gaga, zadowolony, jakby mu ktoś w kieszeń narobił. Nie przeszkadza mu mokra pielucha, nic mu nie przeszkadza, o ile jest najedzony. Wsadzam więc go rano w leżaczek, gdzie spokojnie spędza ponad godzinę, machając kończynami, tłukąc łapami w wiszące zabawki i obserwując karuzelkę z pozytywką. 
Jak dla mnie - rzecz z kategorii cudu, albowiem Blanka po trzech minutach spędzonych w tym samym leżaczku, zaczynała wić się jak piskorz, prężyć, wyginać, a gdy jej nie wyjęłam we wskazanym czasie - także drzeć się jak obdzierana ze skóry. A Tymol sobie siedzi. Patrzy, obserwuje i uśmiecha się - wystarczy się nad nim nachylić, wystarczy zagadać, a już się mała gębula rozjarza, już się Bambaryłka szczerzy od ucha do ucha. Cudne to jest, jaka fantastyczna odmiana po Blance, która większość moich wysiłków,w  najlepszym przypadku, witała marsową miną...

Są jednak momenty, kiedy Tymol domaga się towarzystwa, no bo ileż można czasu spędzać w samotności - szanuję to i lecę zapewniać rozrywkę, doceniając fakt, że przez większość czasu Tymon jest chłopcem bezproblemowym. Podrzucam na kolanie, a on się śmieje w głos, aż się zachłystuje, kładę sobie na brzuchu - a on zadziera głowę i grucha, i gada, i cieszy się jak głupi do sera. 

Powoli Tymol zaczyna się robić mobilny w ramach swoich skromnych możliwości, przekręca się z pleców na bok bez żadnego wysiłku; usiłuje iść dalej i przewrócić się na brzuch, ale jak na razie kończy wygięty w łuk, zły i rozdrażniony, grzebiąc rękami i nogami. Nad tymi pierwszymi panuje coraz lepiej - piąchę ładuje uparcie do buzi, a jak na wielbiciela natury przystało, zamiast smoczka namiętnie ssie swoje dłonie. Niestety, używa ich także do rozdrapywania zmian na skórze, tak więc wygląda jakby sypiał w jednym łóżku z kotem, którego nie mamy. 

A, i uwielbia jeździć autem. Wsadzony w fotelik siedzi sobie, kontempluje świat, który mijamy, nawet nie piśnie, nie zamarudzi,  tak sobie jedzie, aż w końcu spokojnie zasypia ( tu pozdrawiam moją serdeczną przyjaciółkę Yoannę, matkę Kacperka :-)))), absolutnie bez żadnych podtekstów :-) 

Update. 
Nie warto być złośliwym, wybacz Yoasiu... własnie mój syn obudził się na pierwszy posiłek. Cóż, nie można jak widać mieć wszystkiego, albo ma się dziecko, które sypia w aucie, albo w nocy...



10 komentarzy:

  1. Nieletni też pić przez smoczek nie chciał. I też był z gatunku nienajedzonych. Przez pół roku co 2 godziny. U nas sprawdził się kleik ryżowy serwowany przez dzióbek - taki z małą dziurką aby smark nadążł ze spożyciem. Niestety NIeletniemu towarzyszyła zarówno skaza białkowa, jaki i dieta bezglutenowa - wiem co przeżywasz.

    Izumi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś przeżyłam pół roku :-) Szybko straciłam na wadze - to zdecydowany plus. Minusów było więcej: częściowo wyłysiałam, posypało się uzębienie, dopadło mnie spore osłabienie itp. Niemniej jednak jak wiesz przeżyłam. Ja to pikuś. Nieletni był na takiej niskobiałkowej i bezglutenowej diecie (z owoców: banan, z warzyw: ziemniaki) przez 4 pierwsze lata życia swego. Do dziś (wiosen 17) pewnych pokarmów nie może, bądź nie tknie. Tak, jakby wiedział instynktownie, że jego organizm tego nie zaakceptuje. Już nie raz się o tym przekonaliśmy. Niezależnie od wielkości serwowanych prób. Da się z tym żyć. Inni mają gorzej. Poza tym dzisiaj już w marketach można kupić tego typu żywność. Wtedy często eksperymentowałam sama. Do tego Syn mój należał do grona zjadaczy potraw nienaruszonych: obłupany narożnik=ciastko niezdatne do spożycia, o co przy ciastku bezglutenowym było dość łatwo.

      Izumi

      Usuń
  2. U nas jazda autem dalej niż 3 km to droga przez mękę, Kasia w aucie nie zasypia ale wyraża swoje niezadowolenie z faktu przypięcia pasami w sposób bardzo głośny.Zmiana fotelika na siedzący poprawiła sytuację tylko na dwa przejazdy. Pacyfikowanie smoczkiem działa chwilę, bo Mała go sobie wyciąga, mówi BLE i wywala, a później go szukamy po całym aucie :/ Ze starszą też lekko nie było, ale chociaż po walce zasypiała. Ehh może kiedyś jej przejdzie - za jakieś 3 lata na przykład ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blanka darla się w foteliku jak obdzierana ze skóry, a jak była starsza to wila się jak piskorz i robiła wszystko żeby wylezc co zwykle jej się udawało. A potem lazila nam jak małpa po aucie ... dopiero teraz zaczyna podróżować jak cywilizowany człowiek bez dodatkowych efektów dźwiękowych...

      Usuń
    2. To u nas kiedy starsza zaczęła jeździć jak człowiek, to zaczęła się jej choroba lokomocyjna (po mamie odziedziczyła), więc teraz nawet 20 km do Pabianic musi być odbyte z wiaderkiem.

      Usuń
    3. Upsss U nas na szczęście nikt nie ma. Nawet pies 😉

      Usuń
  3. to ja mam wielkie szczęście bo moje obie uwielbiają jeździć w aucie, nawet jeśli jedziemy setki km tylko z krótkimi przerwami;) za to ostatnio noce mamy trochę trudniejsze, ale w porównaniu z Twoimi to nic, u nas tylko jedna pobudka, butla do buzi i dalej spać do rana;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja Bi spala w aucie jak kamien, ale z Nikiem to juz byla loteria. Czasem zasnal, a czasem darl sie tak, ze trzeba bylo zatrzymywac sie na poboczu, wyciagac kawalera z fotelika i uspokajac, bo az sie siny robil... :/

    Nocek wspolczuje Ci z calego serca! U nas tez, z tego co pamietam, bylo niewesolo, bo Potwory oprocz pobudek na karmienia, budzily sie jeszcze dodatkowo niewiadomo po co. Chyba zeby sobie poryczec i byc ponoszonym na raczkach... :(

    Z tym niepelnowartosciowym mlekiem to chyba nie do konca tak. Kiedys czytalam, ze nawet przy bardzo ograniczonej diecie matki, gruczoly mleczne po prostu "wyciagna" wiekszosc potrzebnych skladnikow z jej ciala. Chyba (nie pamietam szczegolow) tylko kilka witamin trzeba w takim wypadku suplementowac, inaczej zabraknie ich rowniez w mleku. Poza tym jego sklad sie nie zmieni. Mozliwe wiec, ze Tymko przechodzi okres intensywnego wzrostu i zwiekszylo sie jego zapotrzebowanie na mleko, stad czestsze pobudki. Tydzien - dwa i powinno minac. Trzymam kciuki zeby tak wlasnie bylo! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobrze, że dodałaś update, bo już chciałam pisać, że no cóż, jeździć z młodzieżą autem w zasadzie nie muszę, ale spać to jednak warto. Ale skoro dodałaś, to powstrzymam się od tej złośliwości :P
    A patrząc na wagę Twojego syna i jego rozmiar, to mam wrażenie, że problemu z jakością mleka to Ty raczej nie masz ;) To po prostu Tymek postanowił dogonić siostrę już w pierwszym roku swojego życia – na razie wagowo. Koleś rośnie, potrzebuje więcej, więc i częściej się zgłasza. A że jesteś niewyspana, to co się dziwisz, że mleka nie nastarczasz produkować…
    A co do nocek to koło 20ego, jak się zbiorę, to opiszę jak u nas. Na razie nic, tfu, tfu, się nie pogorszyło i w ogóle jakoś tak jest fajnie. Nie będę się powtarzać tu i „u siebie” :)

    OdpowiedzUsuń