środa, 30 września 2015

KOŁA CZASU

Blanka uczy się jeździć na rowerze bez bocznych kółek. Andrzej prowadza ją, trzymając za kij przyczepiony pod siodelkiem. Młoda kręci pedalami i krzyczy, że już jedzie, prawie sama jedzie, choć ciężko jej jednak zachować równowagę. 
Andrzej biegnie za nią, asekuruje, żeby się nie przewróciła 

Jesteśmy u rodziców. Teść prosi Andrzeja, żeby pomógł mu wsiąść na rower, bo od operacji jeszcze nie jeździł, boi się, że się przewróci. Luby pomaga mu, robią kilka kółek po podwórku. Andrzej biegnie za nim, asekuruje, żeby się nie przewrócił 

Coraz szybciej kręcą się rowerowe koła i rowerkowe kółka. 
Koła czasu. 

poniedziałek, 28 września 2015

KOMPLEMENT

 Zrobiłam kolejne ciasto. Tym razem udane.  Z gruszkami - wyszło świetne, takie, jak powinno być - miękkie, puszyste, delikatne, lekko wilgotne. Blanka bardzo lubi moje wypieki, więc gdy tylko zorientowała się, że stojące na balkonie ciasto już wystygło, poprosiła o kawałek. Ukroiłam, zaserwowałam, Młodzież ugryzła i z wielkim entuzjazmem zakrzyknęła:

"Mamo, to ciasto jest pysznastyczne!!!"
:-)

piątek, 25 września 2015

MURZYNEK

Zachciało mi się ciasta. A dokładnie to naszła mnie ochota na słodycze, ale w związku z faktem, że Młody ma skazę białkową, niestety musiałam je zupełnie wykluczyć z diety, bo praktycznie wszystkie mają w swoim składzie mleko. Tak więc nie mogłam zjeść niczego gotowego, ale pozostało mi jeszcze pieczenie, więc zakręciłam na szybko biszkopt ze śliwkami, pomiędzy usypianiem Tymka, wstawianiem zmywarki, zaganianiem Blanki do spania i sprzątaniem. I to był błąd. Ustawiłam za wysoką temperaturę, więc ciasto nie wyrosło, potem ją zmniejszyłam, ale za bardzo - gdy chciałam je wyjąć, odkryłam, że jest surowe w środku - żeby je dopiec przestwiłam z kolei piekarnik na dwieście stopni...

Kiedy do niego zajrzałam dziesięć minut później, tylko westchęłam ciężko, wyjmując to, co miało być biszkoptem ze śliwkami.

Co  najgorsze, chwilę później wszedł do kuchni Andrzej, rzucił okiem na blat, na którym stało ciasto i bardziej oznajmił, niż zapytał:

"Ooooo? Upiekłaś murzynka?"

No.

czwartek, 24 września 2015

TEST

Zaczynam się zastanawiać, czy Tymol to na pewno mój syn.
 Darł mi się wczoraj cały dzień, nie chciał jeść, wykrzywial się na sam widok cycka, usilnie namawiany - pił kilka łykow i uderzał w płacz. Ki diabeł, zastanawiam się, równie wkurzona jak i on, dziecko mi podmienili czy co? 
Aż odkryłam przyczynę dziecięcego niezadowolenia, co niestety, spotegowalo moje niezadowolenie i to znacznie. 

Kawa. 
Matka się kawy napila rano.
No proszę ja Was, taka afera o jedną, malutką kawkę z jednej płaskiej łyżeczki. . Tyle darcia się, pyszczenia i awanturowania się, no wypraszam to sobie, to lekka przesada.
Qqqq
Jestem zdegustowana. Tymek też był. Chyba nawet bardziej niż ja, więc tym bardziej się zastanawiam, czy to na pewno mój syn...

Niemożliwe. Mój, a kawy nie lubi ?
No niemożliwe, a jednak.

Muszę się piwa napić, żeby sprawdzić, czy Andrzej jest na pewno jego ojcem... 


środa, 23 września 2015

NUDNA NIESPODZIANKA

Kiedy idę po Blanke do przedszkola, zabieram z sobą Tymka w nosidle i Travisa - kundla przypinam na smyczy do ogrodzenia i idę po Młodą. Psiur cierpliwie czeka, czasem dość długo, bo zwykle Blanka bawi się jeszcze chwilę na przedszkolnym placu zabaw i czasem ten moment przeciaga się nawet do godziny. 

Używam w takich sytuacjach psa jako wabika, rzucam Młodej: 
"Zobacz, kto na Ciebie czeka !"

A ona leci się z nim witać, wyłazi za bramę i zwykle już idziemy do domu.
Ostatnio, gdy ja odbieralam, poganialam ja, żeby się pospieszyla, bo głodny Tymek wiercil mi się i krecil; bałam się, że da koncert. Blanka zainytrygowana moim pośpiechem, zapytała:

"A czemu mam się pospieszyć, masz dla mnie jakąś niespodziankę ?"

Z braku laku rzuciłam więc z lekko fałszywym entuzjazmem:

"Mam! Travis na Ciebie czeka!"
Młoda skrzywila się i rzekła:

"Nudna ta niespodzianka, ten Travis, ciągle Travis i Travis. .."


sobota, 19 września 2015

KTO PIERWSZY?

Myjemy zęby, gasimy światło w łazience i kierujemy się w kierunku sypialni, aktualnie - pokoju dziecinnego. Blanka po drodze rzuca się całym ciężarem ciała na Travisa śpiącego na swojej pufie, wtula się w jego grube, gęste futro; pies posapuje cicho, cierpliwie znosi dziecięce pieszczoty. Ja też przy nim kucam, drapię go za uszami, czochram po wielkim łbie. Nagle Blanka ni to pyta, ni to oznajmia:

"- Mamo, Travis już jest stary?
- Ma osiem lat
- I kiedyś umarnie?
- Kiedyś umarnie
- My też umarniemy?
- Tak
- I pojdziemy do nieba?
- Taaak...

( tu zawahałam się nieco, ale nie bardzo miałam po ciężkim dniu siłę i ochotę na dywagacje o kwestiach dobro - zło, niebo - piekło i milion "dlaczego?")

- Ciekawe, czy będziemy mieszkać razem na jednej chmurze!?
- Pewnie tak, przecież jesteśmy rodziną!

- A kto pójdzie pierwszy? 

...

piątek, 18 września 2015

TĘSKNOTA ZA ZIMĄ

Travis do kilku dni trze tyłkiem o dywan. Siada na dupie, za przeproszeniem, i bez żenady ciągnie nią po wykładzinie. Dobrze, że jest czarna :-) 
Co nie zmienia faktu, że wnerwia mnie to straszliwie, więc już kilka razy prosiłam męża, żeby poszedł z psiurem do weterynarza, bo podejrzewałam, że Białasowi dokuczają robaki. 

Wczoraj, kiedy szłam po Blankę do przedszkola, Travis tarł już tyłkiem o wszystko - o chodnik, o mijane po drodze trawniki, szczytem było, gdy mi się zatrzymał na środku ulicy, w chwili, gdy kończyło nam się zielone światło i zaczął ciągnąć dupą po pasach.... 
Ku uciesze przechodniów oczywiście.

Wsiadłam więc dziś na Lubego, jak na łysą kobyłę i wywarczałam:

"Idź z nim w końcu do weterynarza, bo ona "saneczkuje" już na każdej powierzchni!"

A Andrzej uśmiechnął się tylko i rzucił:

"Może tęskni za zimą?"

Ale zebrał się i poszedł. 

wtorek, 15 września 2015

WASZA (NASZA) NADYNTOŚĆ

Dwumiesięczny Tymek ma brzuch okrągły jak beczułka, dwie brody, waży około sześć i pół kilograma i nosi ubranka w rozmiarze 68, dokładnie tak jak jego siostra, gdy miała... pół roku.

Młody jest wielki, ciężki i uwielbia jeść. Odkąd się nieco ogarnął z kolkami, dzięki podawanym przed każdym karmieniem kroplom, stał się całkiem fajnym kolesiem. W sumie płacze gdy: a) jest głodny, b) jest głodny, c) jest głodny, d) chce mu się spać lub się nudzi. Zresztą  - doprecyzujmy - Tymek, który ma ochotę coś zjeść, nie płacze. On ryczy. A przetrzymany nawet dziesięć minut, ryczy jak obdzierany ze skóry i nie daje się uspokoić. Ba, nie daje się nawet nakarmić, tak się wścieka! Zje trochę i wrzeszczy dalej, jakby zapomniał o przyczynie swojego płaczu, dopiero zatkanie smoczkiem, którego ciamka dłuższą chwilę z wyrażną irytacją, pomaga mu ogarnąć skołatane nerwy i kontynuować posiłek.

W ciągu dnia Młody je co godzinę, półtorej... Obudzi się, zeżre co jego, beknie, uleje i... zaczyna rozdawać uśmiechy. Oj tak, syty chłopczyk śmieje się od ucha do ucha. Uśmiecha się do mnie, do Blanki, do ojca, nawet Travis zostaje obdarzony kilkoma pięknymi uśmiechami. Nie trwa to jednak zbyt długo, góra pół godziny, bo szkrab szybko głodnieje i znów życzy sobie posiłku. A jak już dopchnie swój żołądek niemal kolanem, zapada w drzemkę. Zwykle piętnastominutową, czasem śpi dwadzieścia minut, góra pół godziny.

Potem wybudza się i jeśli w porę nie zareaguję - nie dam smoczka, nie otulę, nie pogłaszczę po nosie, wybudza się na dobre i marudzi. Aż do następnej drzemki, która następuje ... no właśnie. Następuje, albo i nie. W dzień Tymol nie wykazuje żadnej regularności. Czasem wstaje o siódmej i na pierwszą, dłuższą drzemkę zapada o...czternastej. O piętnastej wstaje i ciągnie do wieczora bez snu. Czasem budzi się o siódmej i o ósmej jest już gotowy do dalszego trollenia. Najczęściej jednak, niestety, łapie kilka krótkich drzemek, no bo przecież... musi jeść! Kto traciłby czas na spanie, skoro można do woli tankować...

Jego nieregularny tryb życia skutecznie utrudnia mi planowanie czegokolwiek, więc... nie planuję. Korzystam z nielicznych chwil, kiedy śpi - stałam się mistrzynią w robieniu obiadu w kwadrans i ogarnianiu chaty w dziesięć minut. W związku z faktem, że po południu Młody staje się marudny i zdarzają mu się jeszcze ciągle ataki kolki i strasznego ryku, około szesnastej pakuję go w wózek, zabieram Blankę, Travisa i jedziemy na spacer. Zwykle na któryś z pobliskich placów zabaw, gdzie Blanka błyskawicznie organizuje sobie towarzystwo do zabawy, Travis zalega przy ogrodzeniu i cierpliwie na nas czeka, a Tymol, po odbębnieniu swojej standardowej, maksymalnie półgodzinnej drzemki, kontempluje.

Dosłownie. Od blisko dwóch tygodni domaga się wyraźnie wyjęcia z wózka, biorę go więc na kolana, a ona tak półleży i sobie patrzy - na drzewa, na bawiące się dzieci, na niebo. Oczywiście dopóki nie zgłodnieje... Ogólnie jeżdżenie w wózku toleruje, pod warunkiem, że ma uchyloną budkę i cokolwiek widać. Leży sobie spokojnie i podziwia chmury. W domu też coraz częściej życzy sobie ... towarzystwa. Do dwóch rodzajów płaczu ("jeść" i "jestem zmęczony, chcę spać") dołączyło żałosne marudzenie - "nudzi mi się, weź mnie".

Więc bierzemy - na ręce, na kolana, do bujanego fotelika - wtedy Tymol natychmiast przestaje zawodzić, uśmiecha się całą swoją bezzębną gębulą i zaczyna... gadać. Zadowolony grucha jak gołąb, ach te jego wszystkie "auuuuu, aguuuu, oeeeeee, aiiiiii, ageeee, agiiii", wszystkie lokalne srajduny wymiękają, nawet te w gruchające w porze godowej. Gada tak sobie, grucha i trzeba mu odpowiadać, bo ignorowany zaczyna się irytować i popłakiwać. Słowem - rośnie kolejna gaduła w naszej rodzinie. 

A rośnie jak na drożdzach, choć dokładnie to na mleku cyckim. Dwumiesięczny Tymol pieknie i wysoko trzyma głowę, choć leżeć na brzuchu za bardzo nie lubi i szybko życzy sobie zmiany pozycji. Lubi za to podróżować w nosidełku, otulony miękkim materiałem zasypia w ciągu kilkunastu minut. 

Wieczorem niestety jest dużo gorzej. Mam wrażenie, że kapiel go pobudza, zamiast wyciszać. Pakujemy go do wiadra w okolicach dziewiętnastej, potem karmienie, a on, zamiast runąć w obięcia Morfeusza po ciężkim dniu, jeszcze szerzej otwiera ślepia i... gada sobie, kręci się, albo po prostu leży. I nie śpi.

Wtykam mu smoczek - pluje nim na odległość, roluję w kocyk jak larwę - wygrzebuje się z niego w kilka sekund i macha łapami, i gaduli. Pada gdzieś w okolicach dwudziestej pierwszej, czasem zasypia łaskawie po dwudziestej, jak dziś. By radośnie zażądać pierwszego nocnego posiłku o ... 24. Zdarzyło mu się też nawet o 23. Najpóźniej o 1, wnerwia mnie tym niesamowicie, bo pierwsze tankowanie nazywam "towarzyskim". Chrząka, stęka, miauczy, gaduli, więc wstaję, szykuję się do karmienia, a ten skubaniec pociągnie parę łyków i... śpi dalej. I nie da się go nakarmić, gdy Tymek chce spać, to żadna siła go nie zmusi do jedzenia, ot, napije się i spi dalej, a matka wstać musi...

I odwrotnie. Gdy Tymek chce jeść, to żadna siła go nie zmusi do spania... Drugi raz budzi się o trzeciej i tu już konsumuje pełny, treściwy posiłek, słowem - tankuje do oporu. I budzi się na dobre. A raczej na złe. Po tej pobudce potrafił mi czuwać dwie godziny - zatykałam smoczkiem, owijałam, prosiłam, namawiałam, przytulałam i klęłam jak szewc - nic nie pomagało, no nie spał i już. Oczy jak pięć złotych, ręce chodzące jak wiatraki, wił się w łóżeczku jak piskorz i narzekał, dopóki nie odkryłam, o co mu chodzi.

O matko idiotko, wystarczyło pomyśleć, bo o co mogło chodzić Tymkowi ? 

Oczywiście, o żarcie. 
Wyszłam na prostą, gdy odkryłam, że jeden cycek na posiłek o trzeciej to mało, zdecydowanie za mało, muszą być dwa!  A to, że ten mały koleś sobie przysypia przy pierwszym o niczym nie świadczy, na pewno nie o tym, że się najdał - ot, zdrzemnął się jak wujek Stasiek na weselu, z gębą w bigosie, co absolutnie nie znaczy, że mu ten talerz należało zabrać... Albowiem, kiedy zwijałam bufet i odkładałam przysypiającego Młodziana do wyra, on budził się i złościł... bo mu michę zabrali!!!. 

Odkrycie to obniżyło znacząco poziom mojej frustracji, choć nie poprawiło za wiele w naszych nocnych relacjach, bo karmienie o trzeciej, tak, żeby Wasza Nadyntość (a raczej nasza) napełnił swój brzuchol w stopniu go zadowalającym, trwa GODZINĘ. Z zegarkiem w ręku. 

Przy cycku przecież można sobie bowiem pomlaskać, possać, pociućkać, odpocząć, przerwać na dłuższą chwilę, spojrzeć matce głęboko w oczy z miłością i pouśmiechać się do niej przez dziesięć minut, będąc głuchym, na faktycznie, mało zachęcające, wywarczane " no jedz, tyyyyyyy mały..." A potem powtórzyć cały proceder od nowa, ponoć przy jedzeniu nie można się śpieszyć i ten mały koleś chyba o tym wie...

A potem jest już tylko gorzej. Nażarty Tymek zasypia o czwartej, by obudzić się o... piątej, w doskonałym nastroju, jeść nie chce, więc pacyfikacja za pomocą cycka nie wchodzi w grę - sprawdzałam. Leży sobie, Gad jeden i gada, żądając oczywiście, udziału osób trzecich w konwersacji. Na co bladym świtem, mizerną mam ochotę... Więc Tymol się irytuje, no bo jak to, on już wstał, zgaduje matkę, a ta nic, tylko mu jakąś gumę pcha do gęby - pluje więc smoczkiem, złości się, beczy, by w końcu, w okolicach godziny szóstej, jednak zasnąć. Tylko po to, żeby obudzić się ponownie o siódmej, ostatecznie i nieodwołalnie... 

"Zamiłowania" do spania do on nie ma po ojcu, choć wszyscy mówią, że jest do niego bardzo podobny - tylko włosów ma więcej :-)

No jest. W miarę prosty w obsłudze.
Najedzony i wyspany Tymek, z naciskiem na "najedzony", to zadowolony Tymek, zupełnie jak jego tata.

sobota, 12 września 2015

BOLAŁO

Andrzej i Młoda zbierają się na małą wycieczkę, spieszą się, bo ojciec odsypial po nocy i wstał dość późno. Blanka dopytuje, czy pojadą rowerem, jednocześnie jedząc biszkopty przygotowane na drogę i zakładając buty. Multizadaniowosc nie jest jej najmocniejszą stroną, więc kiedy ojciec mówi jej, że pojadą autem i  tłumaczy, dlaczego: 

"Zostawiłem rower w pracy, kolega mnie podwiozl do domu, bo lało "

lekko rozkojarzona Blanka rejestruje tylko końcówkę jego wypowiedzi i dopytuje:

"Bolało?  Ale co Cię tato bolało? 

czwartek, 10 września 2015

CO ZA KOLEŚ. ..

Trzecia w nocy. Budzi mnie charakterystyczne, dobrze już znane pochrzakiwanie. Zwlekam się z łóżka, ledwie widząc na oczy, wściekła, bo pierwsza pobudka była o dwunastej, a doskonale wiem, że następna będzie o piątej, o ile Gad w ogóle zaśnie, i idę po omacku do pokoju dzieciaków. Mielac w zębach przekleństwa zapalam lampkę, spoglądam do łóżeczka .... 

a tam leży sobie ten mały koleś pozbawiony szyi, za to dwiema brodami 

I śmieje się na mój widok 
Od ucha do ucha 
Całą swoją bezzebna gębą  

No jak tu się nie cieszyć, myślę sobie, w końcu ...
Mleko przyszło !!!  

Wzdycham ciężko i wszystko mi przechodzi , cała irytacja znika nagle i też się uśmiecham do tego małego kolesia. ..

sobota, 5 września 2015

WYBÓR

Zawsze wieczorem, po kąpieli, wskakujemy do łóżka Blanki i czytam jej to, co wybierze. Ostatnio wałkujemy "Ja i moja siostra Klara" - Młoda zna już prawie na pamięć wszystkie trzy książki z tej serii. Zazwyczaj czytam jej ja, czasem wyreczy mnie mąż, ale rzadko, bo Blanka najczęściej domaga się mojej obecności podczas zasypiania. Po czytaniu mają miejsce "szeptanki" - Młoda rzuca hasło - np. "O żyrafie z bardzo długą szyją", a ja na poczekaniu wymyślam bajkę na zadany temat, szeptem opowiadam jej stworzoną właśne historyjkę, a Blanka zasypia. 

Bardzo lubię ten nasz wieczorny rytuał, to czas kiedy możemy się na spokojnie poprzytulać, pogadać, pośmiać, porozmawiać o tym, co się zdarzyło w ciągu dnia. 
Przedwczoraj, kiedy znów Tymol ryczał i ryczał i znów nie mógł zasnąć, zaproponowałam nieśmiało, żeby może tata tym razem uśpił Kajmana, a ja jej poczytam jak zawsze. 

Blanka spojrzała tylko na swojego brata, który wcale nie zamierzał spać i głośno dawał to wszystkim do zrozumienia i oznajmiła:

"Nieeeee, ja idę z tatą!"

a po chwili dodała:

"A Ty z tym wyjcem"

I sobie poszła. No dzięki córeczko...