czwartek, 30 lipca 2015

RÓŻNICE

Poszliśmy na plac zabaw. Tymek spał w wózku, Blanka szalała. W różowej spódnicy, białych rajstopach, z koroną na głowie, rozczochrana
i rozesmiana wlazila po linkach, skakala, śmiała się w głos, piszczala i śpiewała Tak, śpiewała; ona właściwie cały czas coś nuci, podspiewuje, wymyśla sobie piosenki i tańczy do nich, podskakuje, kica jak pijany zając 

Wariowala tak na placu zabaw, gdy przyszła dziewczynka w jej wieku chyba, w różowych getrach, z rudą kitka na głowie Dotknęła jednym palcem mokrych nieco drabinek, popatrzyła dziwnie na szalejaca Blanke i oświadczyła jej ni z tego, ni z owego z wyraźnie wyczuwalna dezaprobata:
"Ale nie musisz śpiewać! " Na co Bla:nka rzuciła jej w biegu: "Ale ja lubię !" I poleciała do piaskownicy Oczywiście cały czas śpiewając ☺

wtorek, 28 lipca 2015

13.07

Wstaliśmy po siódmej; myślałam, że nie zasnę, a jednak mi się udało, nawet się wyspałam. Andrzej wyszedł jeszcze z psem, w międzyczasie do Blanki przyszła niania. Padało, gdy wychodziliśmy i potem przez całą drogę. A ja jechałam w aucie, wyglądałam przez zalane deszczem szyby i myślałam, że coś się domyka, jakaś klamra, taka sama pogoda była, gdy jechaliśmy po Tymka - okruszka i teraz, gdy jechaliśmy już po... Tymka.
W klinice mieliśmy być na 9.30, chwilę czekaliśmy. Potem formalności, dokumenty, zmiana ubrania na granatową, jednorazową koszulę z fizeliny, która, nota bene, wyglądała jak worek na zwłoki. Kroplówka, ktg, krótka rozmowa z położną, która tylko spojrzała na brzuch i stwierdziła, że dziecko będzie duże, potem z lekarzem prowadzącym - że musimy zaczekać, bo jest jeszcze jedno cięcie, a i nie wiadomo, czy poród, który trwał w sąsiedniej sali nie zakończy się cięciem, bo pacjenta ma kiepski zapis ktg. 

Więc czekaliśmy, podpięto kolejną kroplówkę, myślałam, że poproszą nas dopiero gdy zejdzie, więc leżałam spokojnie i gadaliśmy sobie z Andrzejem o projekcie domu, o Blance, o kryzysie w Grecji - gdy nagle objawił się zespół i poprosił mnie na salę operacyjną. Dochodziła dwunasta. Nawet się nie zdążyłam zdenerwować, gdy usłyszałam: "Zapraszamy do cięcia". Mój mąż się zaczął śmiać, że idę jak do fryzjera, a ja poszłam, na miękkich nogach. Na sali wąska leżanka na środku, ktoś poprosił o muzykę, bo tak cicho - i usłyszałam Quinn. Znieczulenie zewnątrzoponowe zadziałało błyskawicznie, zdążyłam się tylko położyć, rozwiesili parawan, obok mnie usiadł lekarz, który dokładnie mi wszystko tłumaczył, co robią, krok po kroku. Czułam jak myją mi brzuch, a on mówił, że ból to ciepło lub zimno, a to, że czuję dotyk, to nie jest ból i nie bedzie bolało. Cięcie robił mi mój lekarz prowadzący - pamiętam, że miał czapkę w kolorowe rybki. Lekarz, który siedział obok mnie zapytał, czy już, poczułam lekki nacisk na brzuch, trwało to dosłownie chwilę i ... zobaczyłam Tymka.

Płakał. Płakaliśmy oboje. Widziałam jak go odśluzowują, owijają, słyszałam jak mój lekarz mówi: "Siusiak jest, jajka jak żołędzie, wszystko na swoim miejscu, duży, zdrowy chłopak, ponad cztery kilogramy" Jedna z pielęgniarek przytuliła mi go na chwilę do policzka, był miękki i ciepły i... natychmiast przestał płakać. Za to ja rozryczałam się na dobre. Usłyszałam tylko: "Zabiorę go, bo tu zimno i dam tacie".
Potem zaczęło mi się ciężko oddychać - lekarz cierpliwie tłumaczył mi, że to od leków obkurczających macicę, zrobiło mi się niedobrze, ale tylko przez moment. Szycie trwało kilkanaście minut, dowiedziałam się przy okazji, jaki samochód chciałby mieć mój lekarz, zapytałam, czy możliwa jest od razu liposukcja; zaczęli się śmiać i zażądali dopłaty, więc zrezygnowałam.

Po kwadransie przewieźli mnie na salę pooperacyjną, gdzie pod ścianą, na krzesełku siedział mój mąż i na gołej klacie kangurował gołego Młodego, przykrytego tylko niebieskim kocykiem. To był jeden z najpiękniejszych widoków w moim życiu, leżałam i patrzyłam, nie mogłam się ruszyć, ale cały czas ich widziałam.

Znieczulenie powoli schodziło, po dwóch godzinach zabrali Tymka do mierzenia i ważenia i dali mi do piersi. Karmienie na płask było mocno utrudnione, ale Młody wolał sobie leżeć na mnie niż jeść. Andrzej zawiadomił dziadków, że Tymek już jest na świecie, a my pojechaliśmy na normalną salę, gdzie dalej się tuliliśmy i karmiliśmy. O osiemnastej pierwsza próba postawienia na nogi - masakryczna, moja kilkumiesięczna anemia dała znać o sobie, do tego doszła utrata krwi na skutek zabiegu i głodówka - prawie zemdlałam. Ale na drugi dzień już udało mi się wstać bez niczyjej pomocy.

Tymek pierwszą noc spokojnie przespał u położnych, więc mogłam odpocząć. Drugą też,  trzecią spędził już ze mną, pełniąc funkcję laktatora, bo zaczął mi się już powoli pojawiać nawał mleczny. Do domu wyszliśmy w czwartej dobie, przywitała nas babcia Tymka, która spędziła u nas ponad dziesięć dni, zajmując się głównie Blanką. I Travis, który liznął Młodego po nosie, jakby przyjmując do wiadomości, że jakieś małe stworzenie zamieszka z nami i tyle było jego entuzjazmu, ot, jest nowy lokator i tyle. 

No i jesteśmy. W komplecie. Już od blisko dwóch tygodni. 
Kiedy w niedzielę, dzień przed porodem, siedziałam na kanapie w idelanie wysprzatanym mieszkaniu, zastanawiając się, jak będzie, nie mieściło mi się w głowie, że znajdzie się w naszym poukładanym, kompletnym przecież, pełnym i szczęśliwym świecie, miejsce dla jeszcze kogoś. Wydawało mi się to zupełnie abstrakcyjne, wręcz nierealne. 

A jednak. Tymek sam je sobie znalazł. 
Kosmita wylądował. 
Wśród nas. 
I jest
Tak po prostu. 


poniedziałek, 27 lipca 2015

UŚMIECH NA BOKU

Usiadłam wczoraj na chwilę na balkonie. Tymek spał, Blanka biegała po domu w piżamie, czekając na mnie i wieczorne czytanie. Dosłownie po minucie spokoju, przyleciała do mnie, usiadła na lezaku, podniosła głowę do góry i krzyknęła zachwycona:  "Mamo, mamo, zobacz, jaki piękny księżyc! Jak rogalik! Jak uśmiech na boku!"

niedziela, 26 lipca 2015

MA MOC

Tymek leży na kanapie, wierzga nogami, macha rękami, a to trafia sobie w oko, a to w buzię. Blanka przygląda mu się zaciekawiona; tłumaczymy jej, ze Tymek nie koordynuje jeszcze swoich ruchów, bo nie umie, że on po prostu jeszcze nad tym nie panuje. Blance zapala się lampeczka w głowie i pyta:

" Jak Elsa nad mocą?"   

wtorek, 21 lipca 2015

TROLLOWE GADKI

Blanka zniknęła w łazience. Wołam ją na obiad i słyszę:
- "Nie przerywaj mi. Robię kupę"

***

Blanka biega po domu poowijana w jakieś chustki, z welonem na głowie; naoglądała się seriali historycznych z babcią i teraz bawi się, że jest służącą na zamku - sprząta komnaty, przynosi mi wyimaginowane ciastka, kłania się, podaje herbatę. Próbuję ją namówić, żeby zaangażowała w swoją zabawę też babcię, żeby i jej zaniosła wymyślony obiad - oburza się i rzuca mi:

- "Mamo, ale ja staruszkom nie podaję!"

***

Blanka bardzo chętnie pomaga przy Tymku, przynosi pieluszki, wybiera mu ubranka, podaje krem, a nawet zanosi, pod czują eskortą, swojego brata do kąpieli. A kiedy jej za każdym razem dziękuję, rzuca uroczo:

"Drobiazg" :-)

poniedziałek, 20 lipca 2015

UŚMIECHY

Kiedy Tymek już się naje, napełni swój mały brzuszek, leży sobie z nosem przy mojej piersi i się do niej... uśmiecha. Normalnie śle jej cała serię szerokich, bezzębnych uśmiechów. Czuję sie potraktowana przedmiotowo :-) Cyckie rządzi...

niedziela, 19 lipca 2015

RODZEŃSTWO

Blanka brata po raz pierwszy zobaczyła jeszcze w szpitalu - obejrzała, pogłaskała, początkowo z rezerwą, stwierdziła, że ma milutkie włoski, jak piesek. Nastepnie orzekła, że jest fajny i jak to Blanka, rozpoczęla eksplorację pokoju szpitalnego - właziła na krzesła, złaziła, kręciła piruety, skakała, rozsuwała rolety, za którymi ze zdziwieniem odkryła okrągłe okno, zasuwała, właziła mi na łóżko, przytulała się, złaziła, aż odkryła, że oparcie w łóżku i w ogóle je całe, można podnosić i opuszczać.
 
Szybko się okazało, że brat owszem, fajny, ale łóżko na pilota o wiele fajniejsze!
Dzieci...

poniedziałek, 13 lipca 2015

niedziela, 12 lipca 2015

CISZA

Cisza. Wysprzątne mieszkanie. Za oknem letni chłód, pod blokiem szumi i pachnie lipa. Wszyscy śpią. Tylko ja nie mogę zasnąć. Wieczór dla mnie. Czekam. Jedyne co czuję, to spokój. 

wtorek, 7 lipca 2015

BOMBA

Kiedy wczoraj wracałam z laboratorium (ostatnie badania przed porodem), dotarło do mnie, że jest źle. A nawet bardzo źle. Kiedy wsiadałam do tramwaju, na mój widok trzy osoby zerwały się z siedzeń, żeby ustąpić mi miejsca, w tym na oko siedemdziesiesięcioletni dziadziuś o kulach, który akurat siedział na miejscu dla ciężarnych. I wtedy zdałam sobie sprawę, że wyglądam po prostu bombowo. 

A dokładnie to jak bomba. Tuż przed detonacją. 

sobota, 4 lipca 2015

O BYCIU ZŁĄ MATKĄ I KONSEKWENCJACH

Upał. Luby w pracy, bo w sezonie urlopowym nie ma zbyt wielu chętnych na soboty, musiał iść. My same w domu. Blanka marudzi, że chce na spacer, że chce na "gałeczkę". Zgadzam się, bo nie bardzo mam wyjście, pies musi się wysikać, przestępuje z łapy na łapę pod drzwiami. Zbieramy się. Żar leje się z nieba. Młoda upiera się, żeby zabrać hulandzolę; protestuję - gorąco mnie zapewnia, że będzie na niej jechać. Taaaaa.... ile razy już to przerabiałam...

Nie mam siły z nią walczyć, wlecze więc ze sobą ten różowy sprzęt z księżniczkami, dojeżdza nawet do lodziarni. Nudzi się jednak szybko, zgodnie z przewidywaniami; wracamy, klucząc pomiędzy bramami, na skróty przez podwórka między kamieniacami, przez parking, koło budynku prywatnej szkoły. Wtedy Młoda na dobre porzuca hulajnogę, bo chce iść po murku. 

Odmawiam zabrania, po raz kolejny informując, że jeśli zdecydowała się wlec z sobą hulajnogę na spacer, to ma ją teraz nieść, bo ja jej targać nie będę. Tłumaczę, na czym polega ponoszenie konsekwencji swoich decyzji. Blanka uderza w ryk - bo ją bolą rączki, nóżki, ona jest zmęczona, ona nie będzie niosła hulajnogi. Uprzejmie proponuję więc pozostawienie jej na środku parkingu i jestem gotowa to zrobić.

Blanka beczy w głos, rozmazuje łzy po buzi, ale decyduje się jednak targać swój sprzęt, rozpaczliwie nawołując za mną: "Ale zaczekaj na mnie, nie mam siły, mamaaaaa, zaczekaj, rączki mnieeee booooląąą, pomóż miiii, zaczekajjjj, ona jest taaaaka ciężka..." - choć idzie dosłownie dwa kroki za mną. 

Nagle słyszę zza swoich pleców komentarz:

- "Nie może Pani dziecku pomóc, co za matka, ja pierdolę!"

Odwracam się. Mina starszego pana nieco rzednie na widok mojej zaawansowanej ciąży - tak, wiem, z tyłu nie widać, że w niej jestem, ale z profilu i frontu naprawdę trudno przeoczyć. Moja twarz mówi chyba wszystko, bo Pan już bez żadnego komentarza po cichutku skręca do swojego auta, wsiada i odjeżdza. 

A ja stoję i w uszach dzwoni mi ten pogardliwy ton i te słowa: "Co za matka..."

Zła. 
A dokładniej - wkurwiona. 

Stoję i czuję, jak nagle spływa ze mnie ta złość. 
I zmienia się w płacz.
Czuję, że zaraz się rozbeczę.
Dokładnie tak jak Blanka. 

czwartek, 2 lipca 2015

CÓRECZKA TATUSIA

Luby wrócił z pracy, zjedliśmy obiad i zgarnął Trolla, żebym mogła trochę odpocząć - pojechali rowerem do bankomatu, żeby wypłacić pieniądze, a potem po zakupy na pobliski "zieleniak". A gdy wrócili, zachwycona Blanka wpadła do domu jak bomba i z okrzykiem: "Patrz, co mi tatuś kupił!!!" zaprezentowała przepiękny, błękitny, kąpielowy ręcznik z Elsą, bohaterką ulubionej bajki Blanki. I jeszcze pierscionek z kokardą :-) 

Luby miał minę nieco mniej zachwyconą, zwłaszcza, gdy zapytałm, go o cenę nowego nabytku. Pokręcił się po mieszkaniu, popatrzył na głodnego psa warującego pod lodówką, wziął plecak i kierując się do wyjścia, zapytał:

- "Masz jakąś kasę?" - a kiedy odpowiedziałam pytaniem na pytanie - "A co?" - zgryźliwie rzucił:

" To dawaj, bo pies ręcznika nie zeżre..."