piątek, 26 czerwca 2015

W SKRÓCIE

Dziewiątego listopada, w niedzielę rano, zobaczyłam dwie kreski na teście. Nie mogłam uwierzyć. To się nie miało prawa udać. W sumie to byliśmy oboje nastawieni, że nic z tego nie będzie, chyba żadne z nas nie zakładało powodzenia. Criotransfer, zarodki z szóstej doby. Byłam w lekkim szoku. Wyszłam na spacer z psem, zadzwoniłam do Ani, gadałyśmy chyba z godzinę; nie mogłam zrozumieć, nie docierało do mnie, że tak po prostu się udało, że coś mi przyszło w życiu bez większego wysiłku, ot tak. Teraz myślę sobie, że powinnam się wtedy ugryźć w język, zanim zwerbalizowałam tę swoją małą radość, że ooooo, jednak można, że się da, po prostu... A los już się chichrał gdzieś tam z mojej naiwności...

Cztery tygodnie później zobaczyliśmy bijące serduszko naszego drugiego dziecka. Niestety prawie równocześnie pojawiły się plamienia - lekarz uspokajał, że tak może być, że można normalnie funkcjonować. Ale lęk już się czaił gdzieś z tyłu głowy i został ze mna. Na długo. W ciąży z Blanką czułam się świetnie, nic mi nie dolegało, miałam masę energii, dziecko rozwijało się wzorcowo - ale ten czas był dla mnie bardzo trudny z zupełnie innych względów, nie wiem, czy nie najgorszy w życiu.

Obiecywałam sobie, że tym razem będzie inaczej, zupełnie inaczej. A los chichotał coraz głośniej.
Byłam gdzieś pomiędzy ósmym a dziewiątym tygodniem, kiedy trafiłam do szpitala. Krwotok. Poranny, a raczej przedpołudniowy prysznic i nagle czysta, żywa krew. Byłam sama w domu, taksówką do szpitala, wstępne rozpoznanie, jeszcze przed badaniem - poronienie w toku, rzucone ot tak, pewnie żeby mnie uspokoić... Serduszko biło. Poleżałam sobie trzy dni, oglądając programy typu "Dlaczego ja?", "Ukryta prawda" i dostając przysłowiowego pierdolca. Nie dostałam niestety żadnych leków, bo te przepisane przez klinikę, które przytomnie zabrałam z sobą do szpitala, były dużo lepsze, niż luteina, którą mogli mi standardowo zaordynować. Miałam swój utrogestan i  prolutex, cudem zdobywany, bo akurat, gdy go brałam, wycofano ten lek z obrotu, bo partia, która trafiła do sprzedaży, okazała się zanieczyszczona. A dla mnie, a raczej dla Młodego w tym okresie, te zastrzyki to było "być albo nie być". Co najgorsze, będąc w szpitalu, musiałam poinformować telefonicznie swoją przełożoną, że jestem w ciąży i poprosić o przekazanie tej informacji moim szefom - nie był to oczywiście ani najlepszy moment, ani najlepsza metoda, ale nie miałam wyjścia.

Wypisałam się ze szpitala w piątek na własne żądanie, dochodząc do wniosku, że równie dobrze mogę sobie poleżeć w domu - na odchodnym jeszcze usłyszałam, że  powinnam zostać, bo oni ( lekarze) "podchodzą z dużym szacunkiem do mojej ciąży"- z sugestią, że ja niby nie, bo śpieszy mi się do domu, gdzie czeka na mnie drugie dziecko. Do domu, w którym nota bene byłam zupełnie sama przez cały listopad i grudzień, rozpięta między pracą, odprowadzaniem i przyprowadzaniem Młodej z przedszkola, zakupami, spacerami z psem i ogólnym ogarnianiem całej rzeczywistości, bo właśnie wtedy teść przebywał na oddziale intensywnej opieki medycznej i mój mąż całą swoją energię i uwagę poświęcał jemu; praktycznie tylko pracował i jeździł do ojca. 

Czułam się fatalnie, właściwie przez całą ciążę męczyły mnie migrenowe bóle głowy; nic nie pomagało, poza rzyganiem w czułych objęciach muszli. Tylko opróżnienie żołądka wygaszało ataki, które dosłownie uniemożliwiały mi normalne funkcjonowanie i pracę. A w tej atmosfera... gęstniała. Komentarz, że oni ( moi szefowie) rozumieją jedno dziecko, ale z tym drugim to już przesadziłam, należał cóż, do... najdelikatnieszych. O reszcie szkoda pisać, myśleć i pamiętać, choć wiem, że długo będzie we mnie siedziało pewne styczniowe spotkanie w biurze, gdzie siedziałam, słuchałam jak beznadziejnie pracuję i ryczałam... 


Jakby tego wszystkiego było mało, Młoda zaczęła chorować. Wrzesień przechodziła do przedszkola cały, październik z przerwami, a w grudniu poległa już na całego. Rotawirus. W styczniu angina. Antybiotyk. Tuż po niej - ostre zapalenie ucha. Kolejny antybiotyk. W lutym zapalenie oskrzeli. Po dwóch tygodniach straszliwego kaszlu i czekania, czy organizm może jednak zwalczy chorobę - kolejny antybiotyk. Zaraz potem - kolejne zapalenie ucha; na szczęście pomogły wcześnie zastosowane krople. Apogeum przyszło pod koniec marca, kiedy to w środę Młoda wróciła z przedszkola ( po spędzeniu w nim raptem sześciu dni) z lekkim kaszlem - myśleliśmy, że to nastepne zapalenie oskrzeli, a tu niespodzianka - do którego dołączyła dzień później... biegunka. A kolejnego dnia - wymioty. I to jakie... 

Młoda przez cztery dni zwracała wszystko, co zjadła, a były to na przykład dwie kromki chleba dziennie. Goraczkowała, dobijając do 39 stopni z hakiem. Tylko piła, ale woda dosłownie przez nią przelatywała, nie była w stanie kontrolować podstawowych potrzeb fizjologicznych, nie spaliśmy całe noce, albo zmieniając pościel, albo koczując w łazience. W sobotę poczuła się trochę lepiej, poszliśmy więc ze święconką, w Wielkanoc udało nam się nawet usiąść do wspólnego śniadania, ale potem już było tylko gorzej. Płacz, ból brzucha taki, że wieczorem w niedzielę wylądowaliśmy na SOR. Celowo wybrałam szpital dziecięcy, a nie zakaźny, bo w tym drugim już byłam z Blanką, gdy miała rok i osiem miesięcy i zdecydowanie nie chciałam tam z nią zostać, a byłam niemal pewna, że tam by nas zatrzymali. A raczej samą Blankę, bo mi, w ciąży nie pozwoliliby towarzyszyć dziecku na oddziale zakaźnym. A objawy wyjątkowo zjadliwego rotawirusa, jak obstawiałam, właściwie już zanikały, po podaniu kropli przeciwymiotnych Młoda nie rzygała od kilkunastu godzin, co było przełomem - ale organizm był zbyt odwodniony, żeby stanąć na nogi.

Wyniki bardzo słabe, postępująca zakwasica, plus bolący brzuch - Młoda dosłownie zwijała się, dopiero paracetamol w zatrzyku pomógł. Kroplówka niestety nie - musieliśmy zostać na kolejną, więc noc z niedzieli na poniedziałek spędziłam w izolatce z dzieckiem podpiętym pod kolejny worek z elektrolitami aż do bladego świtu. Z dzieckiem, któremu dwa razy zakładano wenflon, a żeby to zrobić, wykonano kilkanaście wkłuć. Z dzieckiem płaczącym, zawodzącym, że chce do domu, do Traviska; tylko internet w telefonie i kolejne odcinki "My little ponny" poprawiały jej nastrój. Luby pojechał do chaty, bo jak się okazało, to był rotawirus, co prawda wyniki badań dostaliśmy dopiero rano, ale w okolicach pierwszej w nocy Andrzej już rzygał jak kot i gorączkował jeszcze wyżej niż Młoda.

Rano, po kolejnej kroplówce i nerwowym oczekiwaniu, czy nas puszczą, czy jednak skierują do szpitala zakaźnego na dłuższy pobyt, wyniki drgnęły, dziecko zażyczyło sobie chlebka... i wyszliśmy. Właściwie cały Lany Poniedziałek przespaliśmy, Mężyk z przerwami na wizyty w toalecie, Blanka prawie jednym ciągiem. Nie było oblewania, na które tak czekała, w sumie to żadnych świąt nie było. 

Ja pochorowałam się tydzień później. Rotawirus dał u Modej także objawy płucne, tak więc kolejne dwa tygodnie spędziłyśmy w domu, ja zdychając, ona - kaszląc jak gruźlik. Do przedszkola wróciła pod koniec kwietnia, po blisko dwumiesięcznej przerwie. I znów zaczął się... okres adaptacyjny. Blanka płakała, że nie chce chodzić, że chce do domu, a kiedy jej Panie tlumaczyły, że mama nie może po nią przyjść, to równie uprzejmie im tłumaczyła, że może, bo jest w ciąży i siedzi w domu. Od marca miałam już zwolnienie lekarskie i faktycznie byłam praktycznie cały czas w domu, ale ze względu na choroby Młodej, trudno było ten okres nazwać "siedzeniem", o "radosnym, spokojnym oczekiwaniu" nawet już nie marzyłam

Prawie równocześnie, gdzieś w okolicach dwudziestego szóstego tygodnia dowiedziałam się, że szyjka się skraca, do tego doszła niewydolność ciśnieniowa. Po trzech tygodniach było jeszcze gorzej - spadła na centymetr, dostałam sterydy na rozwój płuc i zalecenie - leżeć, jak najwięcej leżeć. Najlepiej nic nie robić, co z czterolatką pod opieką było naprawdę wyzwaniem. A za oknem rozkwitała wiosna, na którą tak bardzo czekałam, na którą tak bardzo się cieszyłam. Na długie spacery z Blanką i Travisem, na wyjazd do Wrocławia do przyjaciółki, na wypad nad morze, który mieliśmy w planach. Piękną pogodę mogłam sobie pooglądać przez szybę, półleżąc na kanapie niczym wór kartofli i odliczając dni do końca kolejnych tygodni. Puchnąc, tyjąc, wkurwiając się brakiem jakiejkolwiek aktywności, nie śpiąc po nocach z nerwów, budząc się i zasypiając (z trudem) z myślą - "Czy to może już dziś? Błagam, jeszcze nie dziś, jeszcze za wcześnie. A jednak nie dziś...Oby nie jutro, jeszcze nie"...

I tak dotrwałam do dnia dzisiejszego. W poniedziałek, gdy kończyłam trzydziesty szósty tydzień Młody ważył między 3200 a 3500, co oznacza okolice dziwięćdziesiatego centyla, wymiary główki miał na czterdziesty tydzień.  Jeśli dotrwamy do terminu, będzie CC ze względu na makrosomię

Na razie czekam. Nie napiszę już nawet, że oczekuję, bo nie mam już prawie żadnych oczekiwań. Jak sobie przypomnę swoje naiwne nadzieje z początków ciąży, swoje przekonanie, że "tym razem będzie inaczej", to chce mi się rżeć jak starej kobyle. Nooooo, jakby nie patrzeć - było zupełnie inaczej. O szeregu gówien i gówienek, że się tak metaforycznie wypowiem, tych mniejszych i większych, w które wpadłam po drodze przez te osiem miesięcy, nie chciało mi się i nie chce mi się pisać. Doszłam do stanu, kiedy nie chce mi się nawet narzekać; ktoś mnie ostatnio zapytał, dlaczego w ogóle nie pisałam o tej ciąży, o czekaniu na syna - więc z kronikarskiego obowiązku - napisałam, nie oczekując ani współczucia, ani pocieszenia, ani zapewnień na przyszłość, że teraz to już na pewno będzie dobrze.

Bo to gówno prawda, aż za dobrze już wiem, że los może zachichotać w dowolnym momencie, a nie mam w zwyczaju pocieszać się myślą, że zawsze może być gorzej, bo to już za przeproszeniem, jest - tu można wstawić dowolne brzydkie słowo, ja mam ochotę na soczyste "kurwa" - masochizm. 

Chciałabym już tylko, żeby Młody był zdrowy, żeby cało i bezpiecznie przyszedł na świat.
Proszę...


27 komentarzy:

  1. Boszz.. my na razie tylko jeden cykl leków przeżyliśmy i bez efektu. A potem ja się pochorowałam...i choruję w sumie do dziś. I sprawa "dzidziuś" po raz kolejny utknęła. Trzymam mocno, mocno kciuki, żeby się udało. Żeby Maluszek urodził się cały i zdrowy.
    Na pocieszenie(?) może dodam, że moja znajoma, po 5 poronieniach (jednym w 20tyg) urodziła zdrową córeczkę :)

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam za to kciuki. Mocno!

    OdpowiedzUsuń
  3. Brytusiu... O ja pierdole!! Przykro mi, ze tyle Was spotkalo stresow, no chujnia z grzybnia, jak by to powiedzial Pawel... Bardzo trzymam kciuki za spokojne ladowanie Malucha, bardzo!! :-*** (Ze tez Tobie jeszcze sie chcialo odpisywac na moje Gabiszonowe maile!!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sume pisanie przy mojej ograniczonej mobliności było jedną z nielicznych rzeczy, które mogłam/mogę robić :-)

      Usuń
  4. Brytusiu kochana. No to kurwa jak najbardziej się ciśnie na usta, ja bym chyba jeszcze kilkanaście innych dodała.
    Nie da się ukryć, że było inaczej.
    Nie chcesz nic na pocieszenie, wiec nic nie napisze, w zapewnienia tez nie uwierzysz wiec życzę Ci z całego serca, żeby przyjście na świat Młodego było początkiem nowego, lepszego i zdecydowanie spokojnego życia dla Was.

    PS a szefom naślij myszy jakie, niech im wszystko opierdolą, nie mam pojecia jak, ale ciężarne podobno potrafią:-o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedna już była w knajpie, na pewno ode mnie, bo ją złapali... na czekoladę :-)

      Usuń
  5. Trzymam kciuki mocno za lagodny porod, bo ciaza jak widac nie szczedzila Ci przygod.

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzymajcie się. Świryz was (ale takie pozytywne)

    Lily

    OdpowiedzUsuń
  7. Czuję, jakoś tak, że prośba Twoja zostanie spełniona!! I mocno w to wierzę! Dziękuję za Twoje pytanie - co u nas. Końcówka trudna. Ale przecież damy radę, Brytusiu! Nie ma innej opcji, pomimo lęków, stresu i nawet wyników badań. Ściskam Cię mocno...i delikatnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się odezwałaś Alutku, martwiła mnie cisza na blogu

      Usuń
  8. Będzie dobrze. Moja ciąża była fatalna, poród średni, ale za to Młody oddał mi mój spokój swoim spokojem. W końcu los nie świnia, musi się odwrócić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, co pisałaś o ciąży z Młodym. Nic, pożyjemy, zobaczymy

      Usuń
  9. Zdrowia i spokoju Wam życzę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Przykro mi czytać, że tym razem czujesz się nie w-jak to mówią " stanie błogosławionym", ale jak brzemienna- brzemienna wieloma problemami. Z własnym stanem zdrowia nie do ogarnięcia i kontrolowania, ze lękiem o przeżycie i zdrowie swojego dziecka, które w sobie nosisz. Przykro mi czytać o takich pracodawcach, którzy nie wykazują cienia zrozumienia w tej sytuacji. Za dużo batów na Twoje plecy z różnych stron. Życzę Ci żebyś mogła fizycznie i psychicznie powrócić do równowagi, życzę Ci szczęśliwego porodu, życzę Ci po prostu żebyś mogła któregoś dnia lub nocy westchnąć głęboko i szczerze wyszeptać do siebie: jestem szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anette, ale ja jestem szczęśliwa, wkurwiona tym, co się działo po drodzę, ale szczęśliwa - jak widać można połączyć jedno z drugim :-)

      Usuń
    2. aaaa... to dobrze, bo zaczęłam się martwić, że ciemności cię ogarnęły. Uściski od serca- z dobrą energią :)

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  12. Dotrwałaś do dnia dzisiejszego, ciąża donoszona, wierzę że Młody urodzi się zdrowy i wbrew wszystkiemu i wszystkim, wbrew posranemu losowi, BĘDZIE KURWA DOBRZE!! Trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  13. Będzie dobrze - limit zła już wyczerpany. Ściskam Cię - jesteś DZIELNA

    OdpowiedzUsuń
  14. Matko i córko, ależ Was przeciągnął los przez maszynkę do mięsa. Nie napiszę nic z typowych pocieszeń. Napiszę tylko, że może jak przeczytasz ten wpis kiedyś, za kilka lat, to pomyślisz, że mimo wszystko przetrwaliście jakoś ten ciężki czas.
    Trzymam po prostu kciuki za rozwiązanie w terminie i w zdrowiu.
    Dla Was wszystkich.
    Mogę tylko życzyć dużo siły, dużo snu, dużo wszystkiego, co Wam ułatwi życie.
    Utrudnień już mieliście stanowczo za dużo!
    Ściskam Cię Kochana Brytusiu!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iw, w sumie to nie mam wyjścia, musze dac rade i tego się trzymam :-)

      Usuń
  15. Brytusiu, Eumenido (jeśli dobrze pamiętam)!
    Nie napiszę że będzie dobrze bo pewnie już Cie wkurzają zapewnienia ludzi, którzy nie mają ani wpływu na to jak będzie ani Cię osobiście nie znają (choć oczywiście chcieliby kiedyś spotkać na ulicy choć przypadkiem waszą radosną gromadę tyle że są z innego końca Polski), napiszę tylko że podobno po burzy wychodzi słońce i na to trzeba liczyć...
    I trzymam kciuki :) Za Ciebie, Męża, Blankę i Tymka (nie wiem czy imię aktualne?) i oczywiście białą dupę :)
    POzdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) Tak, dobrze pamiętasz :-) A imię aktualne :-)

      Usuń
  16. U Was też taki upał? Jak tak to współczuję, zwłaszcza teraz w końcówce ciąży. Ja w tamtym roku chodziłam już tylko w koszulach nocnych na ramiączka (w sumie trochę przypominają sukienki, tylko mają takie pidżamowe kolory ;) bo raz że w nic innego nie wchodziłam, a dwa to tylko w tym było mi wygodnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też.Jakoś się trzymamy i jakoś się toczymy :-)

      Usuń