sobota, 30 maja 2015

MOMENT

Rano. Słonce próbuje dostać się do pokoju przez szare rolety. Wszyscy pogrążeni w półprzejrzystm, jasnym, gęstym i lepkim jak miód półśnie. Travis pochrapuje, za uchylonym oknem szumi rzeka ulicy. 
- "Mamo..." 
Nie wiem, czy mi się to śniło, czy  Blanka ciuchutko woła. Otwieram oczy, ale nie wstaję, cisza przez dłuższą chwilę, zaczynam się zapadać ponownie w lepkiej, słodkiej mazi snu. 
- "MAMO!'

A jednak. Słyszę plaskanie bosych stóp o podłogę. Rozklejam powieki,  a ona już stoi przy naszym łóżku, robię jej miejsce, żeby mogła się wpakować pomiędzy nas, nakrywam szarym, miękkim kocem, przytulam, odgarniam przydługą grzywkę z czoła. Pachnie dzieckiem i snami, gładzę ją po policzku, dotykamy się nosami. Chwila. Ciepła i cicha. Blanka zagaduje. 

- "Mamo, a wiesz, co mi się śniło? Że latałam na wróbelku! I on był cały kolorowy, jak tęcza!"

Po czym zaczyna się śmiać - całą sobą, głośno i dziko. Chwilę jeszcze gadamy w łóżku, migdalimy się, przytulamy. Potem pada hasło:

"Wstajemy! Ale uważaj, uważaj mamo!"

Tuż przy łóżku leży Travis, wyciągnięty na boku, rozłożony na panelach, śpi jak zabity. Zawsze tam gdzie my, tuż obok. Opieram na nim gołe stopy, udając, że to dywan. Futrzasty, miękki i ciepły. Pies nie reaguje. Zaczynam się przekomarzać z Blanką, że to taki futrzak pod stopy, chwilę z nią dyskutuję - że co z tego, że ma kitę, to taki dywan z ogonem, co z tego, że ma nos, to dywan z nosem i łapami, taki model. Odpuszczam i zaczynam się śmiać, dopiero gdy wyraźnie skonsternowana Blanka z lekką irytacją oznajmia:

"Mamo, czy ty widziałaś dywan, który mruga oczami???"

Patrzę na nią, na dziko zieloną wiosnę za oknem i myślę - ot, chwila.

Innego szczęścia nie ma




czwartek, 28 maja 2015

KANAPKA Z BŁOTEM

Blanka zajada na śniadanie kanapkę z "mutellą" - wyżebraną, wyproszoną, wydzielaną raz w tygodniu. Pyszczek cały umazany czekoladowym kremem, w oczach rozkosz... Przerywa na chwilę, parzy na kanapkę, maże po niej palcem, jakby sprawdzała konsystencję i dzieli się ze mną dręczącą ją najwyraźniej refleksją:

- "Wygląda jak kałuża błota"

niedziela, 24 maja 2015

BALONIK

Pojechałyśmy na dzień dziecka do naszej kliniki, która jak co roku, zaprosiła nas, jak i inne dzieciaki, które dzięki jej pomocy pojawiły się na świat, na zabawę z okazji święta małych milusińskich. Ja w sumie nie powinnam się szlajać, ale wiedziałam, że Blanka będzie się doskonale bawić, było pochmurno, ale nie padało, więc się wybrałyśmy; ja kaczym truchtem, Blanka niemal biegiem. Była wata cukrowa, rysowanie kredą, malowanie buziek, wielkie, dmuchane zjeżdżalnie, bańki mydlane, baseny z piłkami, baloniki, tańce, przekąski, konkursy, prezenty i wiele innych atrakcji dla młodszych i starszych. Młoda szalała dwie godziny tak, że w pewnym momencie zaczęliśmy się niemal modlić o deszcz, bo nie byliśmy jej w stanie ściągnąć z dmuchanego zamku. Kiedy siedziała na jego szczycie, szykując się do kolejnego szalonego zjazdu, zobaczyła szybujący w niebo balonik wypełniony helem. Wysoko, wysoko, między chmurami. Przyglądała mu sie dłuższą chwilę, a kiedy niemal zniknął jej z oczu, krzyknęła do mnie:

- "Patrz mamo, balonik, poleciał do nieba, do dziadka Janka!

Po czym zadarła głowę do góry i zawołała:

- "Dziadku, to dla Ciebie!"

Zaszkliły mi się oczy.
Różowy balonik specjalnie dla Ciebie tato.
Od Twojej wnuczki.

piątek, 22 maja 2015

ŻEBY BYŁO DOBRZE

Jedziemy z Lubym na wizytę do lekarza. Blanka zostaje z nianią, bo jesteśmy u ginekologa umówieni na 19.15, a ona zawsze o tej porze je kolację, kąpie się i około 20 idzie spać. Nie chce nam się jej ciągnąć z sobą, obawiamy się, że zasnąłby w foteliku, więc umawiamy się z opiekunką, którą zresztą Młoda uwielbia. Mała oczywiście pyta o wszystko - gdzie jedziemy, po co, dlaczego, a kiedy jestem ubrana i gotowa do wyjścia, przybiega, na krótką chwilę przytula się do mojego wielkiego brzucha, całuje go i mówi z czułością:

- "Żeby było wszystko dobrze!!!"



poniedziałek, 18 maja 2015

HULANDZOLA

Blanka od dobrych kilku miesięcy jest właścicielką różowej ( a jakże!) hulandzoli z księżniczkami, którą dostała od nas jakoś zimą, kiedy ciągle chorowało i za nic nie chciała brać kolejnego antybiotyku. Cóż, przekupsto jako jedna ze skuteczniejszych metod wychowawczych akurat się sprawdziło w tym przypadku, niemniej, że względu na warunki atmosferyczne, sprzęt odstał swoje w domu i został wyciągnięty dopiero teraz.

Po kilku wyjściach zakończonych rykiem, ciskaniem z furią hulandzolą o glebę i wrzeszczeniu: "Nie umiem, ja nic nie umiem, nie umiem na niej jeździć, ciągle się przewracam, nie umiem W OGÓLE NIC!!!" ( ach te jej, tak dobrze mi znane, tendencje do perfekcjonizmu), po kilku rozmowach prostujących małego niecierpliwca - "Spróbuj jeszcze raz, nauczysz się, wiem, że się przewróciłaś, musisz kierować i skręcać, musisz spróbować jeszcze raz", w końcu Gwiazda ZAŁAPAŁA.

W sumie więcej czasu zajęło jej złoszczenie się, że nie umie, niż sama nauka, ale najważniejsze, że w końcu się nauczyła. I zasuwa teraz jak wariatka, tak, że tylko jej czupryna powiewa na wietrze, a my zostajemy daleko, daleko w tyle. I nie pomagają prośby, żeby zwolniła, żeby uważała, z każdej wywrotki powstaje jak Feniks z popiołów, oznajmiając nam: "Nic się nie stało!" i pędzi dalej jak totalny oszołom, przyprawiając nas o palpitacje serca, bo nie bardzo radzi sobie jeszcze z hamowaniem. Zeskakuje w biegu z hulandzoli, leci obok niej siłą rozpędu kilkanaście kroków i dopiero jak wytraci prędkość - staje... a mi włosy stają dęba na głowie, gdy to widzę. 

Dziś oczywiście powtórka z rozrywki - zsiada w biegu, mało zębów sobie nie wybije o chodnik, o mało co się nie wywala, zatrzymuje się cudem tylko i wrzeszczy do nas, bardzo z siebie dumna:

"Zobacz tato, jak ja hamuję, Ty tak nie umiesz!!!"

Na co Luby, z lekkim przekąsem, ocierając zimny pot z czoła, odparł:

"Nooo, faktycznie nie umiem...
Jak ja hamuję, to nie wysiadam z auta..."

niedziela, 17 maja 2015

IMIĘ

Przychodzi Blanka z przedszkola, zjada obiad, bawi się chwilę w swoim pokoju, po czym ni z tego, ni z owego zagaja:

Mamo, ja wymyśliłam imię dla mojego brata!
- Taaaak? A jakie? - pytam zaciekawiona
Tymek. To będzie Tymek!
- TYMEK? Skąd ty to wytrzasnęłaś, dlaczego akurat Tymek?

- BO TAK! BO JA TAK CHCĘ!

Tłumaczyłam długo i wytrwale, że obiecałam tacie, że to on wybierze imię dla naszego drugiego dziecka, ponieważ ja wybrałam imię dla niej; mówiłam, że mu obiecałam, że nie mogę złamać danego słowa i to tata decyduje w tym przypadku. Nie pomogło; poryczała się i rzuciła bardzo rozgoryczona:

Ale dlaczego tata ma decydować, to przecież mój brat, a nie taty!!!

I gadaj tu z taką... 

piątek, 15 maja 2015

JESZCZE O URODZINACH

Na swoje czwarte urodziny Młoda czekała z wielką niecierpliwością już od dawna - odliczała tygodnie na palcach, potem dni, planowała, kogo zaprosi, wypisywała zaproszenia; generalnie - aż się trzęsła z niecierpliwości, komentując ciągle, że jeszcze tak długo, długo, długo trzeba czekać...

Aż nadeszła ta wielkopomna chwila, czyli szósty maja - uprzejmie poinformowaliśmy dziecko po przebudzeniu, że dokładnie dziś ma urodziny, pozwoliliśmy wybrać i założyć do przedszkola wytypowany wcześniej strój - cekinowe baletki i letnią sukienkę, mimo, że lało - mówi się trudno, a o gustach ponoć nie dyskutuje.

Zapakowaliśmy tort, który upiekłam dzień wcześniej i pojechaliśmy odwieźć człowieka do placówki edukacyjnej. Poszła dumna i blada, a ja modliłam się, żeby ciasto było jadalne, ponieważ w pierwszym podejściu zamiast pysznego, puszystego biszkotu, upiekłam... jeziorko. Ciasto po wyjęciu wyglądało pięknie, nawet już się zaczynało przypalać na wierzchu, więc ewakuowałam je z piekarnika, ale niestety - po przekręceniu i zdjęciu papieru ujawniło swoją półpłyną zawartość. Cóż było robić, zaczęłam jeszcze raz. Tym razem udało się koncertowo, przekroiłam na eleganckie trzy placki, nasączyłam, przełożyłam bitą śmietaną z brzoskwiniami i zostało mi tylko obłożenie masą cukrową.

O dwudziestej trzeciej, kiedy to wspomniana masa przypominała kleistą breję, a ja odkryłam, że skończył mi się cukier puder, nieco się załamałam, ale tylko trochę - w końcu potrzeba matką wynalazków, dosypałam mąki ziemniaczanej i wyszła idealna. Miękka, plastyczna, ułożyła się równo na torcie, a ja przystąpiłam do dekorowania. Dobre pół godziny zajęło mi zlokalizowanie barwników w ulubionych kolorach Blanki: żółtym, różowym, czerwonym i fioletowym. W torebkach wszystkie te proszki były po prostu bązowo - bure, więc nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzać organoleptycznie, jaki mają kolor, dzięki czemu bardzo szybko przekonałam się, że barwią trwale nie tylko ciasto...

Po zmieleniu w zębach kilku przekleństw i po pogodzeniu się z faktem, że moje paznokcie jeszcze jakiś czas będą wyglądały, jakbym przekopała pół hektara czarnoziemu bez użycia szpadla, udało mi się zabarwić masę na odpowiednie kolory i udekorować tort. Odetchnęłam.

A Młoda jak wstała, natychmiast zgłosiła reklamację - bo tort miał być z Roszpunką!!! Z trudem udało mi się wytłumaczyć, że zdolności matki jak na razie kończą sie na wycięciu kolorowych kropek i różowej wstążeczki, a tort z postacią z ukochanej bajki Młodej został zamówiony, ale na niedzielną imprezę. Blanka przyjęła do wiadomości, zażądała jeszcze zaśpiewania "Sto lat" - nie pomogły tłumaczenia, że po południu, cóż było robić w odpowiedzi na twarte dictum: "Teraz mi śpiewajcie!!!" - zawodziliśmy smętnie na dgłosy, podczas zakładania dziecku butów i kurtki. I poszła.

Dumna i przejęta, że to w końcu "jej dzień" i ma już te upragnione cztery lata. Wróciła przeszczęśliwa, bo dzieci też jej zaśpiewały "Sto lat", bo wszyscy jej składali życzenia, tort smakował, nawet jakieś balony dla niej i drobny upominek się znalazły. A w domu czekała jeszcze upragniona lalka, tak więc czteroletni Troll zasnął uszczęśliwiony. 

Pozostało jeszcze tylko czekanie na niedzielną imprezę w sali zabaw, od której dzieliły nas trzy dni... Początkowo przyjęcie miało się odbyć u nas w domu, ale ze względu na moją ograniczoną mobliność, zdecydowaliśmy się jednak na sprawdzoną już wcześniej miejscówkę.

To były bardzo długie trzy dni... W niedzielę rano byłam bliska skoku z okna, kiedy po raz dwusetny usłyszałam serię znajomych pytań: : "No kiedy w końcu będzie ta moja impreza, możemy już jechać, dlaczego jeszcze nie, dlaczego tak długo trzeba czekać, ale ja chcę już, nie wytrzymam już dłużej tego czekania!!!". Przyjęłam na klatę kolejną reklamację Młodej, okraszoną sowitym rykiem - albowiem Roszpunka siedziała na torcie, a miała stać, oraz atak dziecięcej paniki: "Mamo, ja jestem przerażona! - Dlaczego? - A jak Ci goście nie przyjdą na moje urodziny???". W końcu, gdy nadeszła wyczekana godzina, pojechaliśmy. Goście się stawili, z prezentami i w dobrych nastrojach, i mali, i Ci nieco więksi, my posiedziałyśmy, dzieciaki się wywściekały tak, że z sali wychodziły czerwone jak buraczki. Blanka co prawda złapała dwa kryzysy, jeden mniejszy, drugi większy, poryczała się, pokłóciła z Amelką, chyba ze zmęczenia i z nadmiaru emocji, ale w końcu ogarnęła się i zakończyła imrezę w doskonałym nastroju.

Tak uszczęśliwionego dziecko chyba jeszcze nigdy nie widziałam; kiedy stanełyśmy pod blokiem, z torbami prezentów w rękach, Młoda podniosła głowę, popatrzyła na mnie, cała w uśmiechach... i zapytała:

"Mamooo, a kiedy ZNÓW będą moje urodziny???"

wtorek, 12 maja 2015

DALOGI Z TROLLEM

Pojechaliśmy na basen. Wchodzimy do dużego kompleksu sportowego, mijamy boksy, w których ludzie grają w squasha. Blanka dłuższą chwilę przygląda się, jak odbijają piłkę od ściany; w końcu pyta:
Mamo, w co oni grają?
- W squasha
- A co się w tej grze spłosza? 

****

Pławimy się w wodzie, Blanka wariuje w dmuchanym kółku i rękawkach, ucieka nam z wrzaskiem, a kiedy próbujemy ją dogonić, wrzeszczy:

Aaaaaa, ratunku, dwa potwory, nie płyńcie tu gamonie!
- Co powiedziałaś?
- Eeeee.... nie mówiłam do Was
- A do kogo? 
- YYYYY... do rękawków!

****
Jemy kolację przy małym stoliku w pokoju. Travis siedzi obok, obserwuje nasze kanapki i zieje -  całym bukietem "aromatów" wątpliwej jakości. Aż mnie cofa, odpycham go więc i mówię:
Idź stąd, śmierdzi Ci z pyska!
Na to odzywa się Blanka:
Chciałaś takiego pieska, to masz!

****

Pytam Blankę, kogo chce jeszcze zaprosić na swoje urodziny; proponuję:

Może zaprosisz jeszcze babcię Lucynkę?
- Ale ja już zaprosiłam babcię Henię
- To zaprosisz dwie
- Jedna wystarczy...



sobota, 9 maja 2015

SĄ PORANKI, KIEDY KOCHAM SWOJE DZIECKO BARDZIEJ NIŻ ZWYKLE...

W ciągu tygodnia, gdy musimy wstać o 7.30, żeby dotrzeć do przedszkola na 8.30, Blanki dosłownie nie da się dobudzić - marudzi, że ona chce jeszcze pospać, odciąga jak tylko może moment wgrzebania się z łóżka. Ale w weekendy... tak, w wolne dni wstaje o siódmej, a nawet wcześniej, dosłownie - ze śpiewem na ustach. Słusznie więc wczoraj prorokowałam, że dziś zerwie się skoro świt. Miałam niestety rację, Młoda wstała, jak tylko usłyszała ojca wracającego z nocnej zmiany... 
Ale zaskoczyła mnie bardzo - przylazła do nas, stwierdziła:

-"Oooooo, tata, mama, mój brat, Travis i ja na jednym łóżku! Pięć osób! Ale ciasno! To ja się pójdę pobawić..."

Przez 2 godziny łaziła sobie po domu, rysowała, bawiła się lalkami, książkami, coś tam do nas zagadywała, ale nienachalnie... Słowem - zajmowała się sama sobą. W okolicach dziewiątej przyszła, oznajmiła, że jest głodna - otworzyłam oczy i odkryłam, że panna jest kompletnie ubrana - czarne getry, różowa podkoszulka, fioletowa bluzka, sukienka w motylki, nawet sensownie i adekwatnie do pogody, co oczywiście pochwaliłam, a Blanka oznajmiła z dumą:

-"Ja się ubrałam na buraczek!
Zaczęłam się dyskretnie śmiać i sprostowałam:
- Chyba na cebulkę Blanuś :-)"

piątek, 8 maja 2015

FASHIONELKA

Zakładam nowe okulary - zupełnie inne, niż nosiłam, w grubej, ciemnej oprawie i pytam Blanki, jak wyglądam. Patrzy na mnie chwilę uważnie, po czym wyrokuje:
- "Ładnie!"
Uśmiecham się, a Troll dorzuca po krókim namyśle:

- "Trochę śmiesznie... Gdyby były czerwone, to by były idealne..."

Nie gadam z nią...

niedziela, 3 maja 2015

LUNATYCZKA

Odkąd w Wielkanoc trafiliśmy z Blanką do szpitala, gdzie spędziłyśmy noc pod kroplówkami, wtulone w siebie, Młoda zaczęła mieć problem z samodzielnym spaniem w łóżku, w swoim pokoju. W nocy budziła się w sumie od zawsze, czasem raz, czasem kilka razy; ale wystarczyło wstać, przytulić ją, pogłaskać i spała dalej. Od kilku tygodni w okolicach czwartej, piątej rano, a czasem i wcześniej budzi mnie plaskanie bosych stóp o podłogę i żałosne pytanie: "Będziesz ze mną spała?" - wstawałam, kładłam się razem z nią, czekałam, aż zaśnie i wracałam do siebie. Ale Młoda szybko wyłapała, że mnie nie ma i wzięła się na sposób - od kilku dni przyłazi do nas do łóżka. Budzi się czasem o pierwszej w nocy, czasem nad ranem, bierze poduszkę pod pachę, lalkę i swojego ukochanego, pluszowego jednorożca i wędruje do nas. Jeszcze parę dni temu stawała w nogach łóżka i pytała żebraczym tonem: "Mogę z Wami spać...?", ale chyba wyczuwając naszą dezaprobatę, przestała i po prostu przyłazi w nocy, wciska się pomiędzy nas i budzimy się potem nad ranem z ręką w nocniku, a raczej ze śpiącym dzieckiem rozwalonym na środku wyrka. Zastanawiają mnie i martwią nieco te jej nocne wędrówki, więc zapytałam ją dziś:

- "Blanuś, czemu Ty właściwie do nas przychodzisz w nocy?
- Nieeee wiem..." - odparła Młoda, z dość niewyraźną miną; co słysząc, Luby rzucił do mnie:
Może lunatykuje?"- i zaczął się śmiać, co wyraźnie rozzłościło Blankę, która natychmiast odparła:
- "Wcale nie! Miałam otwarte oczy jak szłam!"

sobota, 2 maja 2015

O MANTRZE I SKROMNOŚCI

Codziennie wieczorem, kiedy kładę Blankę spać, mówię jej, powtarzam jak mantrę:

"Blanuś, jesteś piękną, mądrą i dobrą dziewczynką. Bardzo Cię kocham. Najbardziej na świecie. Pamiętaj o tym zawsze, dobrze?" 

Czasem Młoda włącza się do licytacji i mówi, że ona mnie kocha bardziej, jeszcze bardziej. I pokazuje, zaciskając i rozpościerając dłonie, jak bardzo: "Ooooo, tyle, tyle, tyle! Tak bardzo Cię kocham, mamo!" Czasem z nią dyskutuję i przekomarzam się, próbując jej udowodnić, że ona mnie bardziej, a ja ją mocniej. 
Powtarzam jej to codziennie, wklejam w nią te słowa, żeby zostały z nią na zawsze, żeby nimi nasiąknęła na wiele lat. Czasem zmieniam wersję, mówię, że jest śliczna, fajna, że super z niej dziewczyna. Czasem mówię jej wprost, że jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało... Widzę, że to w niej zostaje, osadza się, że naprawdę pamięta, co jej mówię...

Czasem aż za dobrze - ostatnio, gdy siedziałyśmy razem na kanapie, rzuciłam jej ni z tego, ni z owego, uśmiechając się:

- "Fajna i śliczna z Ciebie dziewczynka Blanuś!"
Co słysząc Młoda, zmarszczyła nos, zerknęła z ukosa i delikatnie urażona, z lekkim fochem, upomniała mnie:

- "Chyba o czymś zapomniałaś mamo!
- O czym Kocie?
- Noooo, o jeszcze jednym słowie!"

Załapałam. Zaczęłam się śmiać i mówię:

- "Co, jeszcze mądra, tak?"
- "Właśnie!" - oznajmiła moja córka, w końcu ustysfakcjonowana. 
Dusząc się ze śmiechu, dorzuciałam sobie pod nosem, tak żeby nie słyszała:

- "Nooooo! I jaka skromna do tego..."

Okazało się jednak, że moja córka ma dużo lepszy słuch, niż mi się wydawało. Dziś, kiedy kładłam ją spać, kiedy po raz kolejny, gładząc ją po głowie, powtarzałam, że jest piękną, mądra i dobra; spod narzuconego niemal na nos koca, dobiegło mnie mruknięcie:

- "Znów zapomniałaś! Jeszcze skromna..."

Taaaa, niesłychanie...