środa, 29 kwietnia 2015

CYGANKA

Gorąco. Chodzę po domu w cienkiej, długiej, grafitowej spódnicy z szerokim pasem, lekkiej i przewiewnej. Młodą z przedszkola odbiera Andrzej, Blanka staje w drzwiach, patrzy na mnie i wpada w niekłamany zachwyt:
- "Jak pięknie wyglądasz mamo, jaką masz śliczą spódnicę, jaka ładnie mamo, jak pięknie!!"
Uśmiecham się... i wtedy wkracza do akcji mój mąż, rzucając:
- " Noooo, jak Cyganka!"

Przed oczami przelatują mi natychmiast obrazy wszystkich starych, grubych, brzydkich i parających się głównie żebraniem na ulicach i w tramwajach Cyganek. Mój uśmiech od razu przygasa. "Ucz się od czterolatki baranie", myślę sobie i w sumie, niewiele myśląc, artykułuje głośno. I robi się kwaśno. 

wtorek, 28 kwietnia 2015

CUDOWNE OZDROWIENIE

Blance zrobiła się afta tuż pod dolną wargą. Wieczorem, po kolacji i po bajkach, kiedy już była bardzo zmęczona, przypomniało się jej, że ją boli. Bardzo boli. Zapadła więc decyzja, że po myciu zębów, przed spaniem - posmarujemy. Zagoniłam mocno marudzące dziecko do kąpieli, buczała, siedząc w pianie i nagle ją olśniło. Zamarła, podniosła głowę i powiedziała, porządnie wystraszona:

- "Ja wiem, co to będzie za krem..."

Zaczęłam się śmiać. Wiem, jestem matką wyrodną. 

Wyciągnęłam Trolla z wanny, ubrałam w piżamę, wyjęłam z pojemnika na leki dentosept, co Blanka natychmiast zauważyła. Po czym rozpoczęliśmy z Lubym akcję z użyciem przemocy - pod kryptonimem "smarowanie afty" - Andrzej trzymał wierzgającego, ryczącego Trolla, a ja usiłowałam nanieść lek na chore miejsce. Blanka zakrywała usta rękami, jednocześnie próbując nam coś zakomunikować, przerwaliśmy więc na chwilę operację, bo dziecko skandowało przez zaciśnięte palce:

- "Ale dajcieeeee mi ccooooośśśś poooowiedzieć!!!!"

A kiedy ją puściliśmy na moment, zdecydowanym głosem oznajmiła:

"JUŻ MNIE NIE BOLI!!!"

Jak na komendę gruchnęliśmy śmiechem. Cudowne ozdrowienie.... 

PRZEBRANIA

Spotkanie. Mam przyjść. Nie wiadomo, w jakiej sprawie. Dobrze, będę, chociaż wcale nie mam ochoty.  Mam za to jakąś niewytłumaczalną moc przewidywania, najczęściej po prostu wiem, co będzie dalej, co usłyszę, jeszcze zanim zadam pytanie. Tym razem jest tak samo. Po prostu wiem.  W większości przypadków mam świadomość, co się stanie, co nie znaczy, że potrafię się przed tym bronić. Niestety.

Umiem jedynie się dostosować. Odpowiedzieć na zapotrzebowanie. Sprzedać. Zaadaptować do warunków. Pokazać z właściwej strony, niewłaściwą schować. Ukrywam więc brzuch pod czarną, elegancką sukienką, bardzo krótką, nogi na szczęście nadal niezłe, można zaprezentować. Chwilę się zastanawiam - płaskie sandałki czy rude szpilki. Starannie maluję sobie oficjalną, wyjściową twarz, nakładam lakier na paznokcie, jeszcze tylko długi wisiorek z listkiem. Jednak szpilki. 

Wychodzę z domu, ciepło, słońce, lekki wiatr. Idę deptakiem i łapię spojrzenia. Te spojrzenia. Kobiet, dziewczyn z wózkami, facetów. Wiem, jak wyglądam. Wiem też, że to nie ja. Wcale mnie tam nie ma.
Mam tę świadomość. Przebrania na chwilę.  Wycięcia z kolorowego żurnala, z poradnika dla przyszłych mam, spod nagłówka "Jak kwitnąco wyglądać w ciąży". To ktoś idzie mną stukając szpilkami, w eleganckiej sukience, ktoś błyszczy i bryluje, przyciąga uwagę, mówi, że się dobrze czuje, siada w głębokim, skórzanym fotelu, zakładając wysoko nogę na nogę, zgarnia z biurka rozsypane komplementy, właśnie tak to miało zadziałać, pozory stworzone; uśmiecha się lekko, profesjonalnie, odpowiada zgodnie z oczekiwaniami - tak, nie, rozumiem, zastanowię się, ma Pan rację, proszę zwrócić uwagę na, oczywiście, tak oczywiście. Pełny profesonalizm. Rozmowa z pustą sukienką. Ekspozycja wobec oczekiwań. Podaż i popyt po dwóch stronach stołu. Taksowanie. Szacowanie. Bilans zysków ewentualnych, strat zupełnie realnych. Mimowolnie dotykam palcem kącika ust, czuję zsuwający się uśmiech, dociskam niewidzialnym opuszkiem. Już się trzyma. Tak, dobrze, zastanowię się, rozważę Pana propozycję z gatunku nie do odrzucenia, do zobaczenia za tydzień. 

Wracam do domu. Cisza, Mała w przedszkolu, wita mnie rozradowany, nieco zaspany pies i prowadzi pod lodówkę, cieszy się, choć przecież to nie ja przyszłam.  Już, już Travis, zaraz Ci ugotuję i dam michę. Z ulgą zrzucam szpilki, zakładam poplamione, ucięte getry z dziurą w kroku i wyciągniętą, szarą, bawełnianą bluzkę, naciągam ją na wydęte jajo. Wiem, jak wyglądam, mam tę świadomość. Kolejnego przebrania na chwilę. Wycięcia z rozmazanej fotografii zrobionej ukradkiem, opublikowanej na pastwę hejtu, z chwytliwym nagłówkiem: "Jak nie wyglądać w ciąży!". Tu też mnie nie ma.  Ktoś siada mną na kanapie, na brudnym psim kocu, odsuwa na bok piżamę Blanki, zmięty ręcznik, dopija resztki zimnej kawy, dojada podeschniętego naleśnika. W domu bałagan. Włącza odruchowo telewizor i na moment zawiesza się na głupawym reportażu, patrzy i myśli bezmyślnie - ale się spasła, dupa jak wiadro. Czemu mnie to cieszy, łapie się na tej myśli i zła, wyłącza telewizor.

Obciągam podkoszulek na wydętym brzuchu, czuję jak przesuwa mi się pod skórą coś twardego, ręka, noga? Odchylam głowę do tyłu, na moment zamykam oczy. Duszno mi, słabo, niedobrze. Sięgam po nóż, żeby czubkiem wyczyścić sobie paznokcie, nie mam siły wstać, żeby iść po pilniczek, ale w końcu zmuszam ją, żeby poszła do łazienki. Słabo. Nie mam się czego złapać, nie mam się o co oprzeć.  Jestem pogięta i garbata, jak Quasimodo, stawiam ostrożnie stopy, nie podnosząc głowy. Siadam ciężko na sedesie, kładę brzuch trzeszczący w szwach na kolanach, oglądam go przez chwilę. Skóra zaczyna pękać jak skorupka. Za dwa i pół miesiąca zamieni się w wylinkę. Propozycja z gatunku nie do odrzucenia. W wannie namoczony od trzech dni koc, wzdęty jak martwy waleń. Nie mam siły go wyjąć. Zmywam twarz bawełnianym płatkiem, nie patrząc w lustro. Tam mnie nie ma. Tu też mnie nie ma. 

Dochodzi czternasta. Znów muszę się przebrać, iść mną po Małą do przedszkola. Ledwie wstaję, a ona już czeka za drzwiami, jak rzucone na podłogę ubranie. Kolejna wersja, w której ciągle mnie nie ma. Wciągam ją przez głowę, wbijam się w nią, jak w przyciasne jeansy z szerokim pasem, jak w opiętą bluzkę z krótkim rękawem, siłą dopinam suwak, ręką wygładzam załamania, z trudem łapię oddech. I już jestem, znów, choć nadal mnie nie ma.

Jestem wersją. Ekwiwalentem. Odsłoną. Odpowiedzią na zapotrzebowanie. 
A tak naprawdę mnie nie ma. I nawet nie wiem, kim chciałabym być, gdybym jednak była.

Jak już kiedyś wreszcie będę.
Jak już będę duża.
Jak już będę w końcu dorosła. 

sobota, 25 kwietnia 2015

LABRADORY MAJĄ ŚWIETNĄ PAMIĘĆ... O WIELE LEPSZĄ NIŻ LUDZIE.

Półtora roku temu kupiliśmy działkę budowlaną, trzy kilometry za granicami miasta - to tereny dawnego pgr, który został napierw podzielony na działki rekreacyjne/letniskowe, a obecnie, dzięki zmianie planów zagospodarowania przestrzennego, podlega bardzo intensywnej zabudowie. Słowem - nowe domy powstają jak grzyby po deszczu, wyrastają pod lasem i niemal w lesie, od którego dzieli nas dosłownie sto metrów.

Kwestia budowy domu powolutku zaczęła ruszać, mamy już wybrany projekt, czekamy na mapkę do celów geodezyjnych, żeby dokonać adaptacji i wystąpić o zmianę warunków zabudowy (wydane są na dom piętrowy, nasz ma być parterowy, co znacząco zmienia szerokość elewacji). Pewnie będzie się ciągnęła parę ładnych lat, głownie z przyczyn finansowych, ale mamy cichą nadzieję, że w koncu uda nam się wyprowadzić za miasto. 

Część działek jest już zamieszkała, na innych stoją domki letniskowe, wiele jest jeszcze pustych, tak jak sąsiadujące z naszą. Po przekątnej, w małym drewnianym domku mieszka dwójka emerytów, których mieliśmy okazję poznać w zeszłym roku dzięki naszemu... psu.

Pojechaliśmy tam całą ekipą jakoś latem, było już dość gorąco, my łaziłyśmy z Młodą, zbierałyśmy kwiatki, szyszki i nawet parę maślaków udało nam się znaleźć; Andrzej wycinał trawę, a Travis jak to Travis. Trochę się szwędał po krzakach, trochę poleżał w cieniu, a przede wszystkim, przez większość czasu - ział i dyszał, tudzież, niczym prawdziwy pies stróżujący na włościach, obszczekiwał z rzadka przejeżdzających obok naszej działki ludzi. Aż w pewnym momencie zniknął nam z oczu.

Po chwili zaś usłyszeliśmy głośny plusk, głosy i śmiech. Bardzo szybko okazało się, że zdolny pieseczek, któy psim swędem jest w stanie wszędze namierzyć najmniejszy nawet skrawek wilgotnej powierzchni, wypatrzył u sąsiadów oczko wodne. Udało mu się także znaleźć - niestety! - uchyloną furtkę - co jednoznacznie uznał za zaproszenie, więc nie wahał się długo. Ba! Wcale się nie wahal! Z rozpędu, z właściwym chyba tylko labom impetem i entuzjazmem, władował swoją futrzastą dupę prosto do wody. Było mu wsio ryba,  gdzie wskakuje, byle było zimne i mokre. Kiedy pobiegliśmy w kierunku źródła plusku i hałasu, naszym oczom ukazał się biały łeb przeszczęśliwego psa pływającego sobie spokojnie pomiędzy sztucznymi nenufarami w otoczeniu żabek i gipsowych krasnoludków.

W ten oto sposób poznaliśmy dwójkę starszych, przemiłych i na szczęście bardzo wyrozumiałych ludzi, serdecznie ich przeprosiliśmy, wyłowiliśmy sierściucha, co trochę trwało, bo Travis nie zamierzał wcale opuszczać tej cudownej, mokrej i zimnej przestrzeni, którą udało mu się cudem znaleźć. Pies dostał reprymendę, którą wcale się nie przejął, państwo się ubawili... i dokładnie zamknęli furtkę, co bardzo rozczarowało naszego psa - stał pod nią jeszcze długo, długo, wciskając nos pomiędzy pręty...

Wczoraj Andrzej, niemal po roku od tamtego zdarzenia, zabrał Travisa i korzystając z pięknej aury, pojechali na działkę. Luby zaparkował, wypuścił psa z bagażnika i nie zdążył nawet zamknąć auta, gdy znów usłyszał znajomo brzmiący plusk...

Sąsiedzi zaś znów nie zamknęli furtki...

Okazało się, że labradory mają świetną pamięć, o wiele lepszą niż ludzie.... :-)

wtorek, 14 kwietnia 2015

JAK MAŁPA NA DRUCIE

Znowu nic nie zrobiłam. Nic, kompletnie nic.  Kolejny dzień rozpadł mi się na pojedyncze minuty i godziny, zleciał nagle jak granatowy kubek zepchnięty gwałtownym, przypadkowym ruchem poza krawędź stołu, mammoooo, ale ja nie chciałam, wiem, nie płacz, naprawdę nie chciaaaałam, rozumiem, nie rycz już, proszę Cię; rozmienił się na drobne kawałki. Był i zniknął. Podobnie jak poniedziałek i niedziela. Jak marzec i luty. Albo zupełnie inaczej. Umknęło mi to. Zatarły się różnice i podobieństwa. Kiedyś byłam w stanie rozpisać je w tabeli, wyliczyć plusy i minusy, podsumować, ocenić, zważyć, porównać, zbilansować. A teraz? 

Znowu nic nie zrobiłam. Nic, kompletnie nic. Tylko wytarłam, kilkadziesią razy, nos, blat, wodę, sok, farby, ręce, buzię, dałam syrop, wody, soku, chlebka, jabłko, ale obrane, ale nie, całe, a nie w cząstki, nie chcę takiego, wolę bananka, ale ma nie być brudny, jest brudny, oooo, tu ma takie plamki, nie będę go jadła, daj mi czekoladki, no jedna kostka to STANOWCZO za mało mamo!.Włączyłam bajkę, nie włączyłam bajki, a dlaczego nie, ale ja chcęęęę, przeczekałam ryk, obrazę majestatu i focha, zmusiłam do spaceru, ubrałam, a dlaczego w tych spodniach, a ja chcę w rajstopkach, nie jest zimno, wcaaaale nieeeee jesssst zimno, wcale nie krzyczę, nie, nie idę, nie, nie zostanę z tatą, idę, ale w rajstopkach i bluzce z Roszpunką, w dlugim rękawie będzie mi ZAAAAA GOOOORĄĄĄĄCO!, wcale nie jestem chora, wcale nie mam kataru, w ogóle nie kaszlę, nie znasz się mamo! A dlaczego muszę założyć bluzę, ale ja nie chcę... No chodźmy już, bo ja chcę, bo ja nie chcę, bo Travis uciekł, mamoooo, on już jest na dole... no otworzyłam mu drzwi, bo tak patrzył....A dlaczego on już poleciał? A dlaczego tak szybko? A dlaczego jest głupim szmaciarzem? A dlaczego on musi sikać na dworze, a dlaczego on na nas nie czekal? A dlaczego mu pachną te suczki? A dlaczego jest wiosna? A dlaczego jest po zimie? A dlaczego tu kopią? A dlaczego krzaczki? A dlaczego będzie ładnie? Odpowiedziałam, wyszłam, zrobiłam zakupy, a dlaczego mi nie kupisz jakiejś słodyczki, tata mi kupuje, wróciłam, utuliłam, pogłaskałam zdarte kolano, a prosiłam - nie uciekaj, nie mogę Cię gonić, prosiłam, nie na skróty, patrz pod nogi, daj rękę. A nie mówiłam, mówiłam, prawda? Zrobiłam obiad, zmyłam, pojechałam do lekarza, wróciłam. Umyłam, poczytałam, dałam probiotyk, znalazłam krem, posmarowałam obtarty nos, zgasiłam lampkę, zapaliłam, bo ona chciała zgasić, więc ryk, nie wyszłam z siebie, wyszłam z jej pokoju, usiadłam i siedzę.

Znów nic nie zrobiłam. Nic, kompletnie nic. Nie napisałam, nie zamówiłam, nie uprałam, nie uprasowałam, nie wysłałam, nie odpisałam, nie przelałam, nie sprawdziłam, nie wpisałam, nie wykupiłam, nie rozwiązałam, nie wypowiedziałam, nie sprzątnęłam, nie naszykowałam, nie pomalowałam, nie podlałam, nie wyczyściłam, nie zmieniłam, nie złożyłam, nie rozliczyłam, nie rozesłałam, nie zaklepałam, nie zaplanowałam, nie spisałam, nie odpowiedziałam, nie dokończyłam, nie zdążyłam, nie wytrzymałam. 

Usiadłam i siedzę przy kuchennym blacie, przede mną na żołtym, wyszczerbionym talerzyku kanapki z rzodkiewką, obok kawa. W filiżance. Rozpuszczalna z mlekiem, bez cuku, bo krzywa gukozy do dupy. Zimna. I tak nie powinnam jej pić. I tak nie mogę spać. Nie mogę zasnąć Jak to nie możesz zasnąć, dziwi się Andrzej. Nie rozumie. No kładziesz się i zasypiasz. Po prostu. Jak to nie możesz? Jak nie możesz, to nie siedź po nocach, tylko się połóż. To sobie poleż, lekarz w końcu Ci kazał, w końcu masz tę, no, niewydolność szyjki, sam Ci mówił, żeby odpoczywać. Kiedy? No jak masz chwilę. A nie siedzisz przed tym laptopem i marnujesz czas.

Usiadłam i siedzę przy kuchennym blacie. To jedyna pora, jaką mam tylko dla siebie.  

Siedzę i myślę, że jedyna różnica jest taka, że przed nią stała zaparzana w cienkiej szklance, czarna jak smoła, z grubym kożuchem fusów, na którym malowniczo osiadał cukier. Siedziała na krześle w kucki, z jedną nogą piętą zachaczoną o krawędź obitego bordowym skajem siedziska, z drugą podwiniętą pod pośladki, z okularami zsuwającymi się z nosa, skulona i zawiązana w supeł, oparta łokciem o blat. Siedziała, paliła papierosa  i czytała. Jeden różowo - zielony, wyślizgany kapeć z plastikową podeszwą warował obok krzesła, drugi wystawiał czubek nosa spod przygniecionej udem, granatowej podomki w kropki.

Siedzisz jak małpa na drucie, mówił ojciec, a moja matka rozplątywała się szybko, prostowała pogniecione plecy, zdejmowała okulary. Wzięłabyś się za coś, chociaż za jakiś obiad na jutro, mówił i wychodził z kuchni. A ona podnosiła głowę, chwilę patrzyła niewidzącym spojrzeniem na jego wiszące w powietrzu słowa, zdejmowała okulary, składała je i przez moment jeszcze siedziała bez ruchu, jakby jej zupełnie nie było.

Teraz wiem.

Dopiero teraz zrozumiałam - i choć cały czas broniłam się przed tą myślą, obiecując sobie, że nie, nie, przecież u mnie będzie zupełnie inaczej - to dopiero teraz, kiedy historia zatoczyła koło, mogę szczerze powiedzieć, że ją rozumiem,  mogę szczerze potwórzyć to, co wtedy mówiła:

Jestem zmęczona.