sobota, 28 marca 2015

BABA

Stoimy sobie razem, ja i mój brzuch. Kolejka długa jak murzyński człon. Słońce grzeje przez okno, gorąco i duszno. Na ścianie fluorescencyjnie różowa świnka filuternie się uśmiecha do kupujących znad krajalnicy. 

Nie ma to jak szyneczka od wesołego prosiaczka, ha, ha, ha, jakie to śmieszne, zatrzęsły się, zakołysały brzuchy przelewające się przez krawędzie spódnic, pod ziemistymi płaszczami do ziemi, do botków ze srebrnymi klamerkami, zaciskającymi obieg krwi w kostkach spęczniałych, opuchniętych wodą jak baleron, ten za dziewiętnaście dziewięćdziesiąt, Pani kochana spróbuje, jaki dobrusi, świeżutki, świeżuteńki, świeżusi; zachęca sprzedawczyni z fryzurą jak czarny pudel wyczesany tuż przed udziałem w wystawie. Jej wyciągnięte ramię kołysze się w poliestrowym fartuchu jak mleko w foliowej torebce, nad ladą chłodniczą, na czubku noża podaje jej plaster; zaraz wysunie się po niego język, rozdwojony jak u żmiji, pyszniutki, pyszniusi, a co Pani tak cienko kroi, Pani Halinko, Warszawę widać, ha ha ha, jakie to zabawne, czapka w warkocze aż się zsunęła Pani  na płynące pudrem czoło,  na przysmażone trwałą loki w kolorze perhydrolowy blond, cynobrowe usteczka szeroko roześmiane nagle ściągają się w kurzą dupkę, Pani, Pani, co Pani mi tu daje, przecież to stary schab, od razu widać, że gówno, kozie pchać w dupe to by beczała, Pani sięgnie spod lady, da ten świeży, a nie to barachło.  Atmosfera tężeje, gęstnieje, robi się gorąco, wzbiera oburzenie, Pani kochana dotknie, pomaca, dobrusi, świeżutki, świeżuni, świeżusi; sprzedawczyni podtyka jej pod nos kolejny plaster różowego mięsa, czekam, mam wrażenie, że zaraz weźmie go w dwa palce i odchylając głowe do tyłu, podrzuci i połknie, jak pelikan.

Rozpinam kurtkę. Gorąco. Duszno mi. Spojrzenie z ukosa. 
Epatuję. Podstawiam pod nos, wciskam wręcz nachalnie ten mój brzuch w kolejkę, jedno, dwa zerknięcia, cisza, wykręcone twarze.  A te paróweczki to aby świeże? Bo to dla wnusia, jeszcze mu wezmę danoneczka, on taki chorowity bidulek, tylko czekoladki woła, babuniu, babuniu, daj czekoladki, jak nie dać, jak serce pęka, takiej mizerocie, jak nie dać, synowa się złości, to daje po kryjomu, mądrusi ten mój wnusio, już się nauczył, matce nic nie mówić. Ale i tak mnie podejrzewa,  mówi, że dziecku zęby się psują, a komu się teraz nie psują; rozwodzić się chce, wie pani, pani Halinko, a gdzie ona pójdzie, gołodupiec jeden, z jedną walizką ją wziął, a teraz to Pani pełną gębą, jak mój mąż, niech mu ziemia lekką, żył, co to jego brat, wie pani, ten Bolek, co tu na Wschodniej....

Opieram koszyk o ladę. I brzuch. Gorąco. Szybciej myślę. Szybciej kurwa. Wcale jej nie kocham jak bliźniego swego, jak siebie samego, niech szybciej odchodzi, niczego nie oczekuję, nie żądam, chce tylko już stąd wyjść, kupić mielone dla psiura i wyjść, i myślę tylko jednostajnie, szybciej kurwa, szybciej kurwa, nie mam ochoty na rekonstrukcję drzewa genealogicznego do piątego pokolenia wstecz, nie interesuje mnie twój wnuczek, tak jak jej nie interesuje mój wydęty brzuch, szybciej kurwa, kupuj i spierdalaj, szybciej, kurwa, bo zaraz to powiem na głos, a potem usiądę na tej podłodze w czarno białą szachownicę i rozpłaczę się, bo szach i mat, przegrałam, tak, to już, stało się, stałam się babą.



wtorek, 24 marca 2015

DIALOGI WIOSENNE

Idziemy rano do parku - w końcu wiosenne słońce mocno przygrzewa, zamiast tylko udawać, że świeci. Travis telepie się od krzaka do krzaka, zostawiając swoje żółte wizytówki:

Mamo, mamo, dlaczego na tak wszędzie sika?
- Zostawia po sobie ślad
- Mamo, czy on pisze "Tu byłem, Travis"?
- :-)

Młoda też kursuje od drzewa do drzewa, pełna już niespożytej energii, wiosna roznosi ją i rozpiera; pokazuję jej spore już, nabrzmiałe po zimie pączki, które lada moment zamienią się w liście:

Mamoooo, te pączki wyglądają jak nietoperze!!!
- ?????
- Noooo, są takie POOWIJANE.

***
Wracamy tramwajem, późne popołudnie, Młoda obserwuje wszystko dookoła  bardzo uważnie i oczywiście - komentuje. Stosunkowo głośno. Przy drzwiach stoi kilkunastoletni chłopak w glanach, skórzanej kurtce; ma bardzo długie, gęste włosy sięgające niemal do pasa. Młoda przygląda im się z zachwytem, po czym na głos wypala:

-  Mamoooo, jakie on ma długie włosy!!!!
- No ma...
- Jak Roszpunka!!!!

piątek, 13 marca 2015

POGODA

Zimno. Leje, mrzy, zacina, pada. Tkwimy cały dzień w domu w synergicznym splocie - pokasłująca, marudna Blanka ze stanem podgorączkowym i ja ze swoim blisko 22-tygodniowym brzuchem, niskociśnieniowiec, pozbawiony swojej ukochanej kawy. A, przepraszam, razem z nami równie znudzony, śpiący cały dzień pies. 

A tak już było ładnie - Młoda przechodziła prawie trzy tygodnie do przedszkola, ja zdążyłam złapać nieco oddechu i trochę odpocząć, zaczynało mocniej świecić słońce, pachnieć wiosną. Aż się chciało chcieć. 
A tu znów kibel. Zjazd po równi pochyłej. Nawet na spacerze nie byłyśmy, wyszłyśmy tylko na moment, wieczorem, wyrzucić śmieci i wysikać psa, któremu już oczy podeszły na żółto. Blanka opatulona, tylko na moment wysunęła nos spod kaptura, w sumie tylko po to, żeby mnie, bardzo tafnie zapytać:

Mamo, czy ta pogoda jest złośliwa?

Noooooo cóż....

sobota, 7 marca 2015

GENY

Sobotnie przedpołudnie. Szukamy pomysłu na drugą część dnia, w końcu zasięgamy opinii Latorośli:
Blanka, co chcesz robić po południu?
Troll radośnie i bez chwili zastanowienia odpowiada:
Poleżeć!

Geny. Nie powiem, czyje.