czwartek, 26 lutego 2015

FOCH

Robimy pizzę. Wyjmuję spod zlewu kosz, żeby zgarnąć do niego łupiny po cebuli; Blanka natychmiast namierza w narożnej szafce coś fascynującego, niemal włazi do niej cała, bo w środku kryją się kolorowe, balkonowe doniczki, jakiś wiklinowy koszyk, szeleszczące reklamówki. Wystaje jej tylko tylna część ciała, grzebie zawzięcie, gdy ja próbuję ją wywabić na zewnątrz:

- Blanka wyłaź!
Brak odzewu
- Blanka, wylaź z tej szafki!
Brak reakcji
W końcu huknęłam:

- Blanka, ty wstrętny trollu, wyłaź w końcu z tej szafki, już!!!
Spod zlewu wyjrzała zachmurzona, nieco nadęta buzia i pouczyła mnie bardzo serio:
- Nie możesz w ten sposób do mnie mówić... !
Zreflektowałam się, przyjęłam słuszną uwagę i skorygowałam swoja wypowiedź:
- Masz rację, przepraszam, już się poprawiam: - Blaneczko, kochanie, wyjdź już z tej szafki pod zlewem!"

Blanka z wyraźnie widocznym fochem zdążyła się już oddalić do pokoju, udało mi się jednak usłyszeć, jak przez ramię rzuca do mnie:

- Teraz to już za późno!!!

poniedziałek, 16 lutego 2015

PORZĄDNA HERBATA


Blanka pije przede wszystkim wodę - sama o nią prosi, de facto nie zna smaku napojów gazowanych, wody z bąbelkami też nie chce. Czasem poprosi o sok lub herbatę, ale bardzo, bardzo rzadko. Wczoraj się jej przypomniało - podczas jedzenia kolacji, ni z tego, ni z owego zagaiła, pokazując na mój kubek:
Mamo, dasz mi herbatki?

Dałam, ale od razu uprzedziłam, że nie smakuje tak jak taty ( bo nie sypię do kubka czterech łyżeczek cukru i nie dodaję do niej cytryny) a prawdę mówiąc - w ogóle nie jest słodka. Skrzywiła się, ale wypiła. Ale kiedy tylko Mężyk stanął w drzwiach razem z psem, natychmiast uderzyła do niego z prośbą, jak się okazało, fundamentalną:

Tato, zrobisz mi PORZĄDNEJ herbaty?

piątek, 13 lutego 2015

POPSUTY HUMOR JAKO KONSEKWENCJA

Wiele razy tłumaczyliśmy Blance, żeby nie zostawiała żadnych zabawek na podłodze, bo Travis ciągle niestety ma szczenięcy zwyczaj gryzienia przedmiotów - zwłaszcza, gdy jest niezadowolony. No mści się sierściuch i tyle. Wyjdę z domu, nie zabiorę go, choć patrzy błagalnym wzrokiem - mam jak w banku, że po powrocie znajdę coś ze śladami psich zębów, o ile nieopatrznie zostawię cokolwiek w zasięgu jego mordy. 

Dziś śpieszyłyśmy się do przedszkola, bo Blanka miała problem z dobudzeniem się rano i niestety, pies, który zwykle szedł z nami odprowadzić Młodzież, musiał zostać w domu, bo my z kolei musiałyśmy podjechać te trzy przystanki tramwajem. Została też na dywanie korona Blanki, plastikowa, srebrna, którą tuż przed wyjściem wyjęła z szafki i nieopatrznie położyła na podłodze. I baaaaardzo niezadowolony labrador.  Nie zwróciłam na to uwagi, niestety - po swoim powrocie znalazłam tylko zmiażdżone, pogryzione kawałki dziecięcej biżuterii i tradycyjnie - bardzo skruszonego psa z miną: "Naprawdę nie chciałem, tak mi jakoś w zęby wpadło, ale wiesz, nie zabrałaś mnie..."  

W pierwszym odruchu miałam ochotę zniszczoną koronę wyrzucić, schować, a nawet odkupić, w końcu kosztowała całe sześć złotych, ale stwierdziłam, że... to nie jest dobry pomysł, bo lepiej będzie, jak Młoda poniesie przykre konsekwencje swojego zachowania. Położyłam szczątki zabawki na szafce pod telewizorem i po południu z lekkim niepokojem poszłam po Blankę do przedszkola. Gdy wróciłyśmy, wzrok Małej niemal od razu zlokalizował zniszczoną zabawkę. 

Zareagowała dokładnie tak, jak się spodziewałam - rozpłakała się rozpaczliwie, próbowała koronę poskładać z kawałków, a kiedy się nie udało - rozryczała się w głos. Straszliwie było mi jej żal. Łkała, zawodziła, że jej zniszczył, a to była jej ulubiona, a on jej pogryzł, a ona tak ją lubiła. Nie odzywałam się, choć serce mi się krajało. Poczekałam, aż się wypłacze, trochę uspokoi, przytuliłam i jeszcze raz wytłumaczyłam, że nie można zostawiać rzeczy na podłodze, bo Travis jest tylko psem i może je pogryźć.

 Poprosiłam ją, żeby o tym pamiętała, kiwnęła głową, ale znów się rozpłakała i taka usmarkana, rozżalona, oznajmiła mi:

- "On mi dziś popsuł mój dobry humor!" 
(Wyrodna matka zaczęła się śmiać. Ale bardzo dyskretnie :-))

czwartek, 12 lutego 2015

CZO?

Siedzi na kanapie. Ogląda bajkę, wklejona w ekran. Obok naszykowane w miseczce, pokrojone jabłko. Leży i czeka, przypominam więc:
- Blanka, jedz to jabłko!
Brak kontaktu. Abonent poza zasięgiem. 
- Blanka jedz jabłko!!!
- Czo?
A jednak coś słyszy.
- Jedz jabłko
- Czo??
- Jedz jabłko!
- Czo mamo???
- Jedz jabłko
- Czooo?
- JEEEEEDZ JAAAAABŁKO!!!
- Czooo?

I uśmiecha się delikatnie pod nosem. Oooo, zaraz zacznie się śmiać, ale dzielne walczy... Dopiero wtedy się zorientowałam, że ten Troll tylko udaje, że mnie nie słyszy. Tak wkrętka. Poczucie humoru po tatusiu :-) Wrrrr...
 

środa, 4 lutego 2015

DIALOGI Z TROLLEM CIĄG DALSZY

Siedzimy trzeci tydzień w domu. Po anginie - zapalenie ucha. A już miała iść w poniedziałek do przedszkola... Nie poszła. Z nudów chodzi po ścianach. I gada. Gada bez przerwy. Mądrzy się. Dyskutuje...  I tnie, wszystko, co popadnie. Wycina z zapałem Edwarda Nożycorękiego. Cała chata usiana jest skrawkami gazet, starych malowanek, kartonu i tego, co jej akurat wpadnie pod nożyczki. Wczoraj poprosiłam:

- "Blanka, proszę Cię, posprzątaj już te papiery, nie mogę na to patrzeć!"
A moje dziecko odpowiedziało mi, tnąc z zapałem na milimetrowe kawałeczki chusteczki higieniczne:
- "Mamo, nie zwracaj na to uwagi!"

 I gadaj tu z taką. Na dwór tylko na krótki spacer, bo ucho, żeby nie przeziębić bardziej, więc łazi po domu, odbija się od ścian i żebrze o bajki. Siedzimy pod kocem i oglądamy, w końcu mam dość, więc pytam:

- "Blanka, gdzie pilot?"
Na co Troll z uśmiechem rzuca:
- "Dobre pytanie!"
Oczywiście nie ruszając się nawet, żeby go poszukać. 

Ja też zakatarzona od blisko dwóch tygodni, więc próbuję wykorzystać jak mogę tę wymuszoną nieco symbiozę z dzieckiem i nie odrywając się od książki, proszę Młodą, która akurat bebeszy kosze ze swoimi zabawkami, odkrywając je na nowo:

- "Blanuś, podaj mi proszę chusteczkę do nosa"
I co słyszę?
- "A nie możesz sobie sama wziąć??"
Wrrrrrr...