sobota, 10 stycznia 2015

LISTOPAD

Listopad. Prawie.
Jechaliśmy w milczeniu wcześnie rano, a i tak jak zawsze spóźnieni. Padało. Przez zaparowane szyby auta migały obrazki szarego, zalanego deszczem miasta. Na wpół zburzona kamienica za drewnianym rusztowaniem. Komin kotłowni w biało czerwone pasy. Na straganie zieleniaka rozdęte, spasione dynie tuż obok pogrzebowych wiązanek. Polskie Halloween. Ludzie wtuleni w kołnierze, zimny wiatr szarpiący wyłysiałymi gałęziami drzew. Travis wtykał nos w szparę uchylonej szyby. Nie odzywałam się do nikogo,  myśląc cała drogę - niech będzie tak, jak ma być. Niech po prostu będzie tak, jak ma być. 

Listopad. Pierwszy.
Leje. Pod różowym parasolem przeskakujemy przez kałuże. Mała marudzi i popłakuje, bo musi zostać w aucie z tatą, dzieci nie wpuszczają na OIOM. Na portierni szpitala jakiś facet rzuca kurwami, bo szatniarka nie pozwala mu wejść w płaszczu na oddział. Drugie piętro. Teść po operacji, rak, stomia, nie do końca kojarzy, kto przyjechał go odwiedzić. Trzymam go za pergaminową dłoń. Ne wiem, co powiedzieć, szybko wychodzę, Andrzej zawozi mnie z Blanką na cmentarz, gdzie czeka mój brat z mamą. I tata. Już jedenaście lat. Sam wraca do ojca. Witam się ze swoim tak jak zwykle - "Cześć tato!", choć nie mam żadnej pewności, że słyszy. Blanka pyta, czy może usiąść dziadkowi na kolanach, gdy kiwam potakująco głową, mości się na skraju granitowej płyty. Nudzi się szybko, kręci, wierci, prosi, żebym wzięła ją na ręce - cierpliwie tłumaczę jej, że nie mogę. Deszcz pada coraz mocniej. Zbieramy się, rzucam jak zawsze: "Trzymaj się tato, gdziekolwiek jesteś...". Jeszcze obiad u mamy i wracamy do domu. W korkach, w ciągle lejącym deszczu. 

Listopad. Czwarty.
Rano dzwoni mama. Zmarł nasz sąsiad, dobry przyjaciel taty. Nagle. Wylew. Zawał. Pięćdziesiąt cztery lata. Sześcioro dzieci. 

Listopad. Siódmy
Pogrzeb. Morze kwiatów w kościele. Morze ludzi. Strażacy, chorągwie, pożegnania. Zimno. Nadal leje deszcz. Nad grobem dzieci wtulone w siebie i matkę, jak stado czarnych, przemokniętych ptaków. Dudnienie ziemi spadającej na trumnę. Uciekam. Wracamy z Łowicza ponad dwie godziny, jestem spóźniona, w końcu wysiadam w środku miasta, lecę biegiem do pracy, wpadam przemoknięta, smutna i głodna. 

Listopad. Ósmy.
Budzi mnie płacz Blanki. Andrzej próbuje ją uspokoić, zagadać, tłumaczy jej, ze jestem zmęczona, że późno wróciłam z pracy, że muszę jeszcze pospać, ale Mała nie daje się przekonać, zawodzi jednostajnie: "Do mamy, ja chcę do mamy, chcę z mamą, z maaaaamąąą!" Chwilę jeszcze leżę z głową pod poduszką, ale i tak słyszę jej płacz. W końcu poddaję się. Ze zmęczenia i niewyspania trzęsą mi się ręce, potwornie boli mnie głową, chwilę zastanawiam się, zanim wyłuskam dwa ibupromy z opakowania, ale czuję, że nie dam rady, nie wytrzymam, zaraz odpadnie mi czoło, biorę. Przytulam Blankę, cichnie od razu, uśmiecha się i jak gdyby nigdy nic rzuca: "Pobawisz się ze mną?". "Pewnie, że tak!" - odpowiadam i myślę sobie, że nie, jeszcze nie dziś, nie chcę wiedzieć, przecież to się i tak nie może udać, jeszcze jeden dzień nie chcę wiedzieć. 

Listopad. Dziewiąty. 
Szósta rano. Budzi mnie chrzęst styropianowych kulek; Travis pracowicie udeptuje pufę "fatty", którą już jakiś czas temu zaanektował na swoje legowisko. W końcu zapada w nią z głębokim, psim westchnieniem. Blanka śpi jak zwykle na wierzchu, wykopana spod kołdry. Nogi ma lodowate. Przykrywam. Natychmiast wygrzebuje się z powrotem. Wiem, że już nie zasnę. Trudno. No to trudno. Ze ściśniętym żołądkiem idę do toalety, po drodze wyciagam z szafy pudełko z testem. Instrukcja, parę kropli, czekanie. W sumie wiem na co. Jestem dziwnie spokojna i smutna. Patrzę w końcu na test i wyrywa mi się:

"O kurwa, ja pierdolę..."

Przecież to niemożliwe. 
To się nie mogło udać. 
Mrożone zarodki z szóstej doby.

A mimo to na teście dwie kreski. 
Efekt halloweenowego criotransferu.  

Łapię się na dwóch myślach. Przez głowę przelatuje mi to, co powiedziała mi moja koleżanka Agnieszka - że każda ciąża jest zupełnie inna. Nooooo, myślę sobie, zaczynając już od reakcji na nią... Druga - że nasze dzieci lubią zimno. I jedno i drugie.
Bardzo.




42 komentarze:

  1. Gratuluję :) i dużo zdrówka życzę

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie,wielkie gratulacje!!!
    Pozdrawiam serdecznie - stała "podczytywaczka" Pani bloga - schola

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniała wiadomość! Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  4. To świetna wiadomość :) Gratulacje! Już nie mogę się doczekać dialogów Blanki z rodzeństwem :) Pozdrawiam ciepło i zimno (kto co lubi :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Nowy rok, nowe wspaniałe wiadomości ! Gratulacje i powodzenia. Wierna czytelniczka Kama

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniale! Niech wszystko się ułoży:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Całym sercem jestem z Wami��. Gratulacje od wiernej czytelniczki.

    OdpowiedzUsuń
  8. :-* Przy dwójce Travis nie będzie miał już dokąd uciekać:-) Trzymam kciuki za szczęśliwy lot i lądowanie!

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratuluję

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Wielkie, wielkie gratulacje!!!!!!Wszystkiego, wszystkiego naj, naj, najlepszego


    OdpowiedzUsuń
  11. gratulacje..... niech maluszek zdrowo rosnie :)
    leptir

    http://leptir-visanna7.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  12. GRATULUJEMY I TRZYMAMY ZA WAS KCIUKI !!!!!! :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Gratulacje :) aż nie wiem co jeszcze mogłabym napisać :)
    agad

    OdpowiedzUsuń
  14. ale nowina! gratulacje!
    Blanka starszą siostrą :)

    ściskam delikatnie
    chwilka13

    OdpowiedzUsuń
  15. Gratulacje....cieplutkie uściski dla Mamusi :) i Blanki
    pozdrawiam edycja 322

    OdpowiedzUsuń
  16. Gratulacje!:) stała czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
  17. i ja dołączam się do życzeń :) gratulacje i dużo zdrowia aaniaa

    OdpowiedzUsuń
  18. Gratulacje!! Kolejna stała czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
  19. gratulacje! :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Trudno się nie uśmiechnąć na takie wieści;))

    OdpowiedzUsuń
  21. I ja rowniez serdecznie gratuluje:-) Marta

    OdpowiedzUsuń
  22. Ha! To stworzonko będzie miało fantastycznie - cudowną rodzinę i wspaniałego psiura. Już ono wiedziało, to maleństwo, że trzeba się postarać, żeby w tę rodzinkę się wżenić ;) I się postarało! Gratulacje dla maleństwa, że dało radę no i dla Ciebie - że dałaś radę :)))
    Trzymam kciukory ;)
    avionetka

    OdpowiedzUsuń
  23. Brytusiu kochana... Wielkie, serdeczne gratulacje!
    To niesamowite jak czlowiek przywiazuje sie do wirtualnych znajomych. Jestem z Toba juz tak dlugo, pamietam posty o Waszych staraniach o Blanke... Poplakalam sie ze wzruszenia...
    Sciskam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  24. Kochana Brytusiu :))) Radość moja jest wielka razem z Wami!!!
    Całuję i ściskam!
    Oj lubią zimno te Wasze dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Super!! Gratuluję! ;-))) I ściskam mocno - Pozytyw_ka

    OdpowiedzUsuń
  26. no prosze :)) gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Wszyscy gratulują, a ja odczuwam pewien niepokój. Po raz czwarty przeczytałam post o "rande vouz", potem ten, znowu tamten i mam mętlik. Mam jednak nadzieję że u Was wszystko w porządku :)
    Jestem z Wami już killa dobrych lat, baaardzo Was lubię (jeśli mogę tak powiedzieć biorąc pod uwagę że się nie znamy) i życzę Wam jak najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Post o "rande vouz" dotyczył okresu sprzed kilku lat, kiedy jeszcze nie byliśmy małżeństwem. A końcówka jest jak najbardziej aktualna - jakoś ostatnio dotarło do mnie, że nie ma czegoś takiego jak świadome decyzje, bo człowiek nigdy nie jest w stanie przewidzieć wszystkich potencjalnych konsekwencji. To wszystko to suma losu, wyborów, przypadków. Życie. I de facto naprawdę nigdy nie wiadomo, czy to, co się dzieje teraz i wydaje nam się dobre/złe - czy w przyszłości będzie takie samo...

      Usuń
  28. Wspaniały zwrot akcji :) I jak tu nie wierzyć w cuda? Gratuluję

    OdpowiedzUsuń
  29. Dziękujemy za wszystkie gratulacje :-)

    OdpowiedzUsuń