wtorek, 27 stycznia 2015

DIALOGI Z TROLLEM

-"Mamo, co to jest?" - pyta Młoda, pokazując palcem na stojący na stoliku słoik z solą.
- "Sól
- A dasz mi cukier?
- Nie dam
- A dlaczego?
- Bo będziesz go jadła palcem!
- Nie będę!" - zarzeka się gorliwie Troll, po czym z uśmiechem dodaje, bardzo z siebie zadowolona:
- "Będę go jadła łyżeczką!" 

*********
Młoda dostała na deser borówki, swój ukochany przysmak; położyła na talerzyku pudełeczko, ten z kolei zostawiła na kanapie. Ja jadłam mandarynki, więc machinalnie pestki wydłubane z nich położyłam obok pudełka. Młoda zakręciła się po mieszkaniu, przypomniała sobie o owocach, podeszła, spojrzała, wbiła we mnie oskarżycielsko wzrok i pyta, pokazując na pestki:

- "Kto to tu położył???
- Ja... - przyznałam się od razu
- "A pytałaś się, czy można??? - Młoda ciągnęła dalej temat, bardzo ostrym tonem.
 Moim tonem... 
- "Nieee" - odparłam i zaczęłam się śmiać, bo Blanka obsztorcowała mnie i to porządnie:
- "Nie wolno tego na talerzyku tak zostawiać! Trzeba od razu wyrzucać do kosza! Słyszałaś?"
I tupnęła nogą na zakończenie.  
Nie pozostało mi nic, jak przeprosić za śmiecenie... 

**********

"Mamoooooo, mogę jedną baję?" - marudzi chory Troll
"Możesz, ale tylko jedną!"
"Dobrze!" - wykrzykuje entuzjastycznie Blanka i leci włączyć telewizor. Akurat trwaa jakaś bajka. Gdy się kończy, słyszę:
"Ale to była połowa..."
Dobra. Oglądamy całą. Skończyła się. 
"Ale ta była krótka...Mamoooo, ona była bardzo krótka, mogę jeszcze jedną?"

Wersja z babcią:
"Babciu, ale ta była krótka, mogę jeszcze jedną? Nie powiemy nic mamie, to będzie nasza tajemnica!"
- "Blanka, nie wolno kłamać!"
- "Ale to nie kłamstwo, to tajemnica" :-) 



niedziela, 25 stycznia 2015

PIESKIE ŻYCIE Z TRZYLATKĄ

Travis cierpliwy jest. Nawet bardzo. Jego micha z wodą zawsze stoi w łazience, bo pijąc, chlapie niemiłosiernie i rozlewa dookoła. Dlatego kiedy psiur ustawia się w pozycji strategicznej pod jedynymi drzwiami w naszym domu, już wiemy, że chce mu się pić; czasem, kiedy bardzo go suszy, drapie łapą w drzwi i spogląda na nas znacząco. A czasami po porostu wchodzi do środka i kładzie się obok pustej miski i czeka cierpliwie, aż się zorientujemy i nalejemy - albo wymienimy, albowiem woda musi być świeża, taka sprzed kilku godzin absolutnie nie nadaje się już do picia. Co nie ma żadnego wpływu na fakt, że na spacerach pies potrafi się napić z najbardziej błotnistej kałuży i wtedy nie robi mu żadnej różnicy, czy woda jest czysta, ba!- nie robi mu nawet żadnej różnicy fakt, czy jest rzadka ,czy w miarę gęsta, byle była mokra... Ale mniejsza o to.

 W domu jest wybredny, prawdziwy francuski piesek. 
Kilka dni temu zauważyłam, że pies koczuje w łazience, co nieodmiennie znaczy jedno - chce mu się pić. Przerwałam więc zabawę z Blanką, mówiąc głośno:

- "Zaczekaj chwilę, muszę Travisowi dać wody!"
Na co Blanka, cierpiąca aktualnie na zaawansowaną fazę samodzielności, aż podskoczyła na kanapie i zanim zdążyłam się odezwać, już leciała do łazienki, krzycząc:
- "Ja mu naleję!"

Wiem doskonale, że nie ma co z nią dyskutować, ani proponować pomocy, więc postanowiłam poczekać na rozwój zdarzeń. Minęła dosłownie chwila, a rozległ się brzdęk metalowej miski upadającej na gres, zaraz po nim - dziecięcy płacz, a pies wyprysł z łazienki jak oparzony i z prędkością dźwięku ewakuował się do sypialni. Poleciałam, żeby zobaczyć co się dzieje, utuliłam płaczące dziecko, tłumacząc mu, że nic się nie stało, że zaraz pościeramy wodę i nalejemy nowej - a ona, łkając opowiadała mi, że potknęła się o psie łapy i miska upadła, i się przestraszyła, i pies uciekł, i już nie chce pić... 

Uspokoiłam Blankę, wspólnie nalałyśmy świeżej wody do miski, Młoda postawiła ją na podłodze i poszłyśmy zawołać Travisa. Ten jednak odmówił dalszej współpracy z młodzieżą... Tak naprawdę to dmówił jakiejkolwiek współpracy. Na nasz widok wskoczył na łóżka i wtulił się w śpiącego pana, dosłownie jak zbity pies. Kiedy próbowałyśmy go przekonać, trochę prośbą, trochę groźbą, merdnął uprzejmie ogonem, ale nawet nie drgnął, a jego mina mówiła: "Uprzejmie dziękuję, nie skorzystam, już mi się nie chce pić". 

 Kiedy próbowałam złapać go za obrożę, żeby zaprowadzić go do łazienki, niczym nagle rażony prądem zerwał się i imponującym susem przeskoczył przez Andrzeja; jednym skokiem zwiał z łóżka i schował się za kwiatkiem w kącie pokoju, nadal merdając ogonem, jakby powtarzał: "Ależ naprawdę nie chce mi się już pić, bardzo dziękuję!".
 Kiedy próbowałam wyciągnąć go z kąta, wykonał manewr odwrotny i znów ewakuował się do Andrzeja na łóżko.

Zaczęłam się śmiać, ale zrozumiałam wszystko dopiero, kiedy usiadłam obok niego na kocu, żeby go uspokoić i pogłaskać. Kiedy przeciągnęłam ręką po jego głowie i grzbiecie, zrozumiałam, jakie były przyczyny jego nagłej utraty pragnienia...

Pies był cały mokry. 
Blanka spuściła mu pełną miskę wody prosto na łeb. 

sobota, 24 stycznia 2015

STARSZA SIOSTRA

Blanka dość szybko została poinformowana, że będzie miała rodzeństwo - ze względu na fakt, iż uparcie domagała się brania na ręce, a kiedy odmawiałam i tłumaczyłam, że nie mogę, pytała o przyczynę odmowy. Powiedziałam jej więc, że mam w brzuchu malutkie dziecko, że zostanie starszą siostrą i muszę o siebie dbać, więc nie mogę nosić ciężkich rzeczy. Wieść tę przyjęła bardzo spokojnie, jak na dziewczynkę, która baaaardzo długo twierdziła, że nie chce mieć żadnego rodzeństwa, bo ona ma już psa Travisa i kocha go najbardziej na świecie. Poproszona o zachowanie dyskrecji nie wytrzymała jednak za długo i dosłownie w ciągu kilku dni, poinformowałam o tym fakcie swoją najlepszą przyjaciółkę z przedszkola, Amelkę, jej mamę, swoją nianię i opiekunkę z przedszkola - oczywiście wszystkim powiedziała w bardzo wielkiej tajemnicy... Potem temat ucichł, raz, gdy wychodziłyśmy z garażu i znów prosiła mnie o wzięcie na ręce, a ja odmówiłam, przypomniała sobie:

- "Aha, nie możesz mnie brać na rączki, bo masz dzidziusia w brzuszku?"
- Dokładnie tak
- Żeby nie wyleciał?"

Potwierdziłam, podobnie jak wtedy, gdy podczas spaceru nagle podniosła głowę i zapytała:
- "Mogę go pogłaskać?"
- Kogo?
- No tego dzidziusia..."
 - po czym nie czekając na pozwolenie, pogładziła mój brzuch przez kurtkę...

Mijały tygodnie, a Blanka ni z tego, ni z owego uznała, że to będzie dziewczynka i zaczęła wybierać dla niej imiona. Najpierw miała mieć na imię Amelia, tak jak jej przyjaciółka z przedszkola, potem - Lenka (po lekturze książeczki "Królewna Lenka"), a na końcu - Nadia. Nie mam pojęcia, skąd wytrzepała to imię, ale wszystkim rozpowiadała, że będzie miała siostrę Nadię, deklarując jednocześnie, że ona ją wszystkiego nauczy... Trochę mnie martwiła ta obietnica, bo doskonale wiem, co już umie Blanka, ale sytuacja zaczęła się nieco zmieniać po usg genetycznym, na którym lekarz - ten sam, który wyprorokował nam w dwunastym tygodniu, że Blanka będzie dziewczynką, powiedział, że ona obstawia syna. 

Próbowałam delikatnie o tym poinformować Blankę, ale kiedy usłyszała, że to chyba będzie chłopiec, zrobiła tak żałosną minę, że dałam spokój, zostawiłam jej jeszcze cień nadziei, którą tak wyraźnie można było wyczuć w pytaniu: "Mamooo.... a może to jednak będzie dziewczynka?". Mój mąż nie był tak otrzaskany z tematem i kiedy wprost powiedział Malej, że będzie miała brata, Młoda się popłakała i to porządnie. Tak więc na wszelki wypadek tematu już nie poruszaliśmy, ale ostatnia wizyta i usg nie pozostawiło już zbyt wielu wątpliwości - nasz dziecko jaja sobie robi. Dosłownie. I nie tylko. Słowem - będzie chłopcem.

 Jedno się tylko nie zmieniło - Blanka w lipcu zostanie starszą siostrą.

czwartek, 15 stycznia 2015

DRUGIE

Myślę sobie jeszcze czasem, że to się nie miało prawa udać. Nasze pierwsze in vitro - totalna klapa. Drugie też zapowiadało się średnio. Z szesnastu pobranych komórek zapłodniło się dwanaście, do piątej doby dotrwała połowa. Jeszcze dzień przed transferem dyskutowałam uparcie z Panią embriolog, że chcę koniecznie zabrać trzy zarodki, a ona mi tłumaczyła, że jak będą dobre blastocysty, to podadzą mi tylko dwie i nie ma mowy o trzech, bo wiąże się to ze zbyt dużym ryzykiem ciąży mnogiej. W dniu transferu okazało się, że w jest tylko jedna bardzo dobra blastocysta (w piątej dobie wszystkie powinny już osiągnąć takie stadium) - to prawdopodobnie była moja córka. Miałam podane trzy zarodki, najlepiej rokujące. Ciąża okazała się być pojedyncza. 

Pamiętam jak wychodziłam podłamana z kliniki, bo z wypisem dostaliśmy informację, że pozostałych zarodków nie zamrożono, bo nie rokowały - mieliśmy czekać na informację do dnia następnego, bo wyglądało na to, że po prostu zatrzymają się w rozwoju. 

A jednak - piętnastego sierpnia dostałam wiadomość od pani embriolog, że zamroziła dwie blastocysty 4AA w szóstej dobie - nieco słabsze, ale ciągle z dużym potencjałem na ciążę. 

Kilka razy przymierzaliśmy się do zabrania naszych "eskimosów" - ale to była jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie miałam do podjęcia. Z różnych przyczyn. Przymierzałam się i wycofywałam. Bałam się. Bałam się tej ostatecznej decyzji, bo doskonale wiedziałam, że nie podejdziemy do kolejnej procedury, jeśli criotransfer się nie uda. Bałam się, że Blanka zostanie jedynaczką, a ja już nie będę mogla z tym nic zrobić, bo po prostu nie będzie szans na zmianę tego stanu rzeczy. Zresztą chyba decyzja o drugim dziecku nigdy nie jest łatwa, nigdy nie ma na nie dobrego czasu. W końcu stwierdziłam, że nie ma co dłużej czekać. Trudno. Będzie jak będzie. Chciałam już mieć to za sobą. I wiedzieć. Nie liczyłam na powodzenie. Tak naprawdę to byłam niemal pewna, że się nie uda. 
Dopiero kiedy tuż przed transferem pani embriolog powiedziała, że zarodki są naprawdę bardzo ładne i pół żartem zapytała, czy na pewno chcę zabrać dwa, zaczęłam myśleć- "A może?" Ale nie chciałam się łudzić. Nic nie wskazywało na to, że jestem w ciąży. A jestem. Cud.


Byliśmy w tamtym tygodniu na usg genetycznym - dziecko jest zdrowe, nie ma na ten moment żadnych wskazań do dalszej diagnostyki, choć mój wiek teoretycznie kwalifikuje mnie do takich badań. Jednak w naszym przypadku zadziałała  "cudowna maszyna czasu", jak to określił lekarz - criotransfer zarodków zamrożonych cztery lata temu sprawił, że nasz dziecko jest ode mnie genetycznie "młodsze". Widziałam na usg jak się kręci, wierci, macha rękami, wkłada je do buzi. Patrzyłam i nie wierzyłam. Nadal czuję jakby to wszystko działo się gdzieś poza mną. Nie dociera to do mnie. Podobnie jak fakt, że prawdopodobnie zostaniemy rodzicami chłopca...

W związku z powyższym zastanawiam się intensywnie nad nabyciem suczki - labradorki w celu zachowania równowagi damsko - męskiej w rodzinie...


sobota, 10 stycznia 2015

LISTOPAD

Listopad. Prawie.
Jechaliśmy w milczeniu wcześnie rano, a i tak jak zawsze spóźnieni. Padało. Przez zaparowane szyby auta migały obrazki szarego, zalanego deszczem miasta. Na wpół zburzona kamienica za drewnianym rusztowaniem. Komin kotłowni w biało czerwone pasy. Na straganie zieleniaka rozdęte, spasione dynie tuż obok pogrzebowych wiązanek. Polskie Halloween. Ludzie wtuleni w kołnierze, zimny wiatr szarpiący wyłysiałymi gałęziami drzew. Travis wtykał nos w szparę uchylonej szyby. Nie odzywałam się do nikogo,  myśląc cała drogę - niech będzie tak, jak ma być. Niech po prostu będzie tak, jak ma być. 

Listopad. Pierwszy.
Leje. Pod różowym parasolem przeskakujemy przez kałuże. Mała marudzi i popłakuje, bo musi zostać w aucie z tatą, dzieci nie wpuszczają na OIOM. Na portierni szpitala jakiś facet rzuca kurwami, bo szatniarka nie pozwala mu wejść w płaszczu na oddział. Drugie piętro. Teść po operacji, rak, stomia, nie do końca kojarzy, kto przyjechał go odwiedzić. Trzymam go za pergaminową dłoń. Ne wiem, co powiedzieć, szybko wychodzę, Andrzej zawozi mnie z Blanką na cmentarz, gdzie czeka mój brat z mamą. I tata. Już jedenaście lat. Sam wraca do ojca. Witam się ze swoim tak jak zwykle - "Cześć tato!", choć nie mam żadnej pewności, że słyszy. Blanka pyta, czy może usiąść dziadkowi na kolanach, gdy kiwam potakująco głową, mości się na skraju granitowej płyty. Nudzi się szybko, kręci, wierci, prosi, żebym wzięła ją na ręce - cierpliwie tłumaczę jej, że nie mogę. Deszcz pada coraz mocniej. Zbieramy się, rzucam jak zawsze: "Trzymaj się tato, gdziekolwiek jesteś...". Jeszcze obiad u mamy i wracamy do domu. W korkach, w ciągle lejącym deszczu. 

Listopad. Czwarty.
Rano dzwoni mama. Zmarł nasz sąsiad, dobry przyjaciel taty. Nagle. Wylew. Zawał. Pięćdziesiąt cztery lata. Sześcioro dzieci. 

Listopad. Siódmy
Pogrzeb. Morze kwiatów w kościele. Morze ludzi. Strażacy, chorągwie, pożegnania. Zimno. Nadal leje deszcz. Nad grobem dzieci wtulone w siebie i matkę, jak stado czarnych, przemokniętych ptaków. Dudnienie ziemi spadającej na trumnę. Uciekam. Wracamy z Łowicza ponad dwie godziny, jestem spóźniona, w końcu wysiadam w środku miasta, lecę biegiem do pracy, wpadam przemoknięta, smutna i głodna. 

Listopad. Ósmy.
Budzi mnie płacz Blanki. Andrzej próbuje ją uspokoić, zagadać, tłumaczy jej, ze jestem zmęczona, że późno wróciłam z pracy, że muszę jeszcze pospać, ale Mała nie daje się przekonać, zawodzi jednostajnie: "Do mamy, ja chcę do mamy, chcę z mamą, z maaaaamąąą!" Chwilę jeszcze leżę z głową pod poduszką, ale i tak słyszę jej płacz. W końcu poddaję się. Ze zmęczenia i niewyspania trzęsą mi się ręce, potwornie boli mnie głową, chwilę zastanawiam się, zanim wyłuskam dwa ibupromy z opakowania, ale czuję, że nie dam rady, nie wytrzymam, zaraz odpadnie mi czoło, biorę. Przytulam Blankę, cichnie od razu, uśmiecha się i jak gdyby nigdy nic rzuca: "Pobawisz się ze mną?". "Pewnie, że tak!" - odpowiadam i myślę sobie, że nie, jeszcze nie dziś, nie chcę wiedzieć, przecież to się i tak nie może udać, jeszcze jeden dzień nie chcę wiedzieć. 

Listopad. Dziewiąty. 
Szósta rano. Budzi mnie chrzęst styropianowych kulek; Travis pracowicie udeptuje pufę "fatty", którą już jakiś czas temu zaanektował na swoje legowisko. W końcu zapada w nią z głębokim, psim westchnieniem. Blanka śpi jak zwykle na wierzchu, wykopana spod kołdry. Nogi ma lodowate. Przykrywam. Natychmiast wygrzebuje się z powrotem. Wiem, że już nie zasnę. Trudno. No to trudno. Ze ściśniętym żołądkiem idę do toalety, po drodze wyciagam z szafy pudełko z testem. Instrukcja, parę kropli, czekanie. W sumie wiem na co. Jestem dziwnie spokojna i smutna. Patrzę w końcu na test i wyrywa mi się:

"O kurwa, ja pierdolę..."

Przecież to niemożliwe. 
To się nie mogło udać. 
Mrożone zarodki z szóstej doby.

A mimo to na teście dwie kreski. 
Efekt halloweenowego criotransferu.  

Łapię się na dwóch myślach. Przez głowę przelatuje mi to, co powiedziała mi moja koleżanka Agnieszka - że każda ciąża jest zupełnie inna. Nooooo, myślę sobie, zaczynając już od reakcji na nią... Druga - że nasze dzieci lubią zimno. I jedno i drugie.
Bardzo.




piątek, 2 stycznia 2015

TRUDNE ROZMOWY O PORANKU

Blanka gdy tylko wstanie, leci do dużego pokoju, gdzie zwykle na kanapie wyleguje się Travis - żeby go "pomójać" ( od "mój" - pies jest mój, więc go "mójam"). Głaszcze sierściucha, przytula się do niego, obejmuje go za szyję, szepcze czułości do ucha, a Białas odwdzięcza się jej lizaniem. Dziś dorwała go na podłodze w przejściu między kuchnią a pokojem, położyła się prawie na nim; nagle podniosła głowę i zapytała:

- "Mamo, ale Travis nie umarnie, prawda?"
Odruchowo odpowiedziałam:
- "Kiedyś umarnie Blanuś"
Spoważniała, popatrzyła na mnie i smutno zapytała:
- "Ale dlaczego???"

- "Bo wszyscy kiedyś umarną córeczko... - minkę miała tak smutną, że szybko dodałam z uśmiechem: 

....ale to jeszcze długo, długo długo!"

Ucieszyła się, pobiegła do pokoju oglądać bajkę, a ja zostałam z ta rozmową i z uśmiechem na twarzy. Przyklejonym. 
 

czwartek, 1 stycznia 2015

WYZNANIE NA NOWY ROK

Blanka zasypia. Prosi jeszcze szeptem - "Mamo, psytul". Wtula się we mnie na łyżeczkę. Jak co wieczór szepczę jej do ucha, wdrukowuję w jej małą głowę, powtarzam swoją miłosną mantrę:

"Bardzo Cię kocham Blanuś. Jesteś piękną, mądrą, dobrą i fajną dziewczynką"

Mała odwraca się do mnie i odpowiada:

- "Ja też Cię kocham mamo - tyle, tyle, tyle!"

Podnosi w półmroku ręce, otwiera i zaciska paluszki, żeby pokazać mi jak bardzo. Po chwili dodaje:

-"Kocham nas wszystkich - Ciebie, mnie, tatę i Tralkę!
Najbardziej na świecie!"