poniedziałek, 28 grudnia 2015

TYTUŁEM WSTĘPU

Przychodzi do mnie Blanka, wlazi na kanapę,  przytulna się i mówi: 

"Bardzo Cię kocham mamo!"

Jakie to słodkie, mysle sobie.
Mówię jej, że też ja bardzo kocham. 

A ona spogląda mi głęboko w oczy, uśmiecha się uroczo i pyta: 

"Mogę jedną bajkę? "

A potem następuje mój dziki śmiech (zła, zła matka, nieładnie tak się śmiać z dziecka), foch, demonstracyjne wyjście do swojego pokoju, płacz, histeria i straszliwa obraza

Niedobra matka, oj niedobra ☺


sobota, 26 grudnia 2015

GALA TAŃCA

Tuż przed świętami Blanka brała udział w Przedszkolnej Gali Tańca. W swojej placówce edukacyjne mają zajęcia taneczne, w ramach których, razem z osobą prowadzącą warsztaty. przygotowały program do odtanczenia na "dużej scenie"

Młoda została wybrana do reprezentowania przedszkola, impreza miała miejsce lokalnym domu kultury i przybyły na nią - dosłownie - tłumy ludzi. 

Tuż przed występem mloda zdryfila.  
Dosłownie wpadła w histerię i to taka, że opiekujaca się nimi przedszkolaka odszukala mnie na widowni, żebym poszła z nią za kulisy i pomogła uspokoić roztrzesionego trolla. 

Miałam jej ochotę powiedzieć, ze to kiepski pomysł i miałam rację, bo kiedy Blanka mnie zobaczyła,  rozkleila się na dobre. Płakała, broda jej się trzesla,  powtarzala, że się boi dużej sceny,  ze się bardzo boi, nie mogła się opanować. Moje przytulania nie pomagało. Ryk, łzy, nerwy, no dramat. A jej grupa występowała jako pierwsza, na dodatek Młoda miała wyjść na scenę w pierwszej parze. 
Wysłałam Andrzejowi smsa, ze Młoda wpadła w histerię i płacze, że się boi. W odpowiedzi dostałam wiadomość o treści: 

"To wracajcie. Niech się nie stresuje"

Stałam tam i byłam zła na Andrzeja, choć w sumie dokładnie takiej reakcji po nim się spodziewałam. Pod pewnymi względami bardzo się różnimy. Patrzyłam na zaplakana Blanke i paradoksalnie myślałam o rzeczach banalnych - o tym, że generalnie życie jest trudne. I mocno stresujące. Czasem także życie takiego małego człowieka. Myślałam też o tym, że niestety, ale niezależnie od wieku, trzeba ponosić konsekwencje swoich decyzji. I nawet czterolatki nie można przed nimi chronić, bo to nie pierwsza i nie ostatnia trudna sytuacja, przed jaką w życiu stanie. I będzie musiała sobie poradzić.
Teraz i w przyszłości.

Chciała zatańczyć. Nikt jej nie zmuszał do udziału w tym pokazie. Na dodatek było za późno na rezygnację - miała partnera z którym tańczyla,  dzieciaki miały określony układ, po prostu musiała się wziąć w garść i wyjść na scenę. Rozumiałam, że się boi, ale jednocześnie widziałam, że moja obecność jej nie pomaga.

Ona musiała sama pokonać swój strach. Przytulilam. Powiedziałam, ze w nią wierzę i ze na pewno się uda. I że niestety, ale musi wyjść i zatańczyć. I poszłam, zostawiając ja z innymi dzieciakami i paniami przedszkolankami, taka roztrzesiona i pociągająca nosem.

Ale podglądałam zza drzwi. Przestała płakać. Uspokoiła się trochę.  Wyszła, z przerażeniem w oczach, z trzesaca się brodą, ale wyszła i zatanczyla. Piękne, bez błędów, choć także bez uśmiechu.

Ten pojawił się dopiero gdy występ dobiegł końca, rozległy się oklaski. gdy Mikołaj wręczył wszystkim uczestnikom pokazu paczki i gdy opadły emocje.

Tłumaczyłam jej potem, ze jeszcze wiele razy w życiu będzie się bać i ze to zupełnie normalne, że nie chodzi o to, żeby się nie czuć strachu, tylko o to, żeby robić różne rzeczy mimo niego.

Nie wiem, ile z tego zrozumiała. Jedna z pierwszych, trudniejszych życiowych lekcji za nią.
Jeszcze dużo przed nią.
Najważniejsze że wróciła do domu dumna z siebie.
A ja z niej.






niedziela, 20 grudnia 2015

CHOROBSKO

Tymol chory. Jeszcze w piątek było wszystko w porządku, kilka razy zakaszlal, ale myślałam, że zakrztusil się ślina, bo kolejne zęby chyba nadchodzą i buzi leje mu się jak z kranu. 
W nocy już kaszel na całego, gorączka 38,7, lekka biegunka. Obudził się zachrypniety, zakatarzony, ale jak to Tymek - ciągle uśmiechnięty. 
I znów szukanie pediatry na szybko (dlaczego, no do %#$*!!!#$&#*!!, dlaczego moje dzieci zawsze chorują w weekend lub tuz przed ??? A w święta to już obowiązkowo )
Zapalenie gardła. Mamy przez dwa trzy dni dawać ibum,  inhalowac i obserwować-  prawdopodobnie to infekcja wirusowa. Jeśli się po tym czasie nie poprawi lub pogorszy - podać antybiotyk. 
Dziś w nocy Tymol miał już 39,7, co absolutnie nie zmacilo jego wielkiej radości w związku z nocną kąpielą, bo kąpać się lubi i to bardzo. A potem sobie leżał i gruchal tym swoim ochrypialym głosem od drugiej do piątej, zagadywal do mnie i lapal mnie za nos. 
Taki Tymek. 
W związku z faktem, ze nie satysfakcjonuje mnie stwierdzenie "prawdopodobnie wirusowa", idziemy jutro na pobranie krwi, żeby określić crp i dowiedzieć się, czy dawać antybiotyk.  

No, to tyle jeśli chodzi o zbliżające się Boże Narodzenie, mój mąż podsumował to krótko i dowcipnie,  choć żart był z gatunku tych czarnych:

"Ooo, święta idą, najwyższy czas zarezerwować łóżko w szpialu"

środa, 16 grudnia 2015

O DERMATOLOGU

Po blisko miesiącu zmagań ze zmianami skórnymi u Tymola, kiedy buzia robiła się raz lepsza, raz gorsza, pomimo stosowania emolientow, diety i kremów do skóry atopowej, wybraliśmy się do dermatologa. Generalnie się pogarszało:  zaczynaliśmy od żółtych, grubych i tłustych łusek na głowie i w brwiach, oraz bardzo silnej ciemieniuchy, na którą nic nie pomagało. Po odstawieniu tak zwanej "krowy", stan skóry się poprawił,  choć poliki były czerwone i szorstkie, a skóra na lydkach i przedramionach sucha i z krostkami. Ale była "w miarę ".

Z końcem czwartego miesiąca, gdzieś w okolicach ząbkowania, kiedy Tymol trochę goraczkowal, stan skóry zaczął się gwałtownie pogarszać. Po dwóch tygodniach zmiany były dosłownie wszędzie, mały nie miał kawałka zdrowej skóry: brzuch,  całe plecy w pierścieniowatych liszajach, na nogach gruba, pękające skóra i saczące się rany, które biedak jeszcze porozdrapywał do krwi. Musiałam mu bandazowac łydki, bo pajac kleił mu się do ran na nogach. A on je sobie jeszcze  porozcierał - noga o nogę. 

Policzki to była jedna wielka rana pozbawiona naskórka - cieknące się pęcherze, do których kleiło się wszystko. Co trochę podeschly,  to Tymek je rozdrapał,  a jak pilnowłlam go, żeby nie drapal, to tarł buzia o pieluchę i efekt był taki sam.

Płakać mi się chciało,  gdy na niego patrzyłam. A on i tak się śmiał, mniej, ale śmiał. Tylko spać nie mógł biedak, co zasnął, to się budził. 

Wybraliśmy się więc do dermatologa - ponoć bardzo dobrego, polecanego,  czekaliśmy na wizytę blisko dwa tygodnie. W końcu pojechaliśmy - byliśmy umówieni na 20.30 Na wejście do gabinetu czekaliśmy blisko godzinę. Opóźnienie.

Już wtedy miałam ochotę wyjść i może w końcu nauczę się ufać swojemu instynktowi  
Zostaliśmy przyjęci. Szybka diagnoza, która znałam - AZS w ostrej fazie, maść z gentamycyną i hydrokortyzolem, druga, witaminowa pielegnacyjna. Plus okłady z roztworu kwasu bornego i lek antyhistaminowy - ketotifen. Zrobić morfologie i oznaczyć poziom przeciwciał IgE. Już wtedy zaczęłam się zastanawiać po co - będzie wysoki, wiadomo, więc jaki sens jest go kłuć?

No i najlepsze zalecenie - odstawić Tymka od piersi i przejść  na mleko dla alergików, nutramigen lub bebilon pepti. Tłumaczę ze dziecko jest tylko na tak zwanym cycku, że nie pije z butelki, a tymi mlekami pluje dalej niż widzi, że nie chciałabym rezygnować z tego karmienia, bo mam w domu  drugie dziecko w wieku przedszkolnym i boję się chorób, które przynosi.  Odstawić. Na razie na tydzień, a  potem się "zobaczy". Czyli - jak będzie lepiej, to zostajemy przy mleku z puszeczki, a wyższość mleka naturalnego i przeciwciał, które dziecko z nim otrzymuje zostało podsumowane krótko: "Najwyżej będzie częściej chorował".
I nie ważne, że dziecko nie chce tego sztucznego świństwa pić.
To ściągać swoje mleko i mieszać z tym z puszki, żeby się przyzwyczaił. Odstawić i już, zabrać cyckauz dnia na dzień dziecko, którego jedynym pożywieniem jest mleko matki.

Musiałam mieć zdegustowana minę, bo Pan doktor palnal mi wykład o tym, jak to Tymek będzie w coraz gorszym stanie, spytał czy ulewa - no ulewa, jak się opije jak bąk, czy miewa biegunkowe kupy - miewa, ale tłumaczę mu, ze to musi być związane z tym, co jem, bo są dni, kiedy kupy są raz dziennie, albo raz na dwa, trzy dni, piękne w kolorze i konsystencji (o ile można tak powiedzieć o kupie).

Pytam o dietę "bezpieczna", jak ją ułożyć żeby nic co nie uczulalo. Mówię, że według moich obserwacji jest uczulony na owoce drobnopestkowe, bo po podaniu nurofenu podczas ząbkowania, wysypało go całego. Podobnie jak wtedy, gdy zjadłam winogron. Pytam jak wykluczyć z diety produkty, które powodują u niego alergie..
W zamian dostaje informacje o tym, to nic nie da, bo Tymka uczulaja białka mojego mleka i w sumie mogę go karmić, to mówj wybór, ale to mu zaszkodzi, będzie coraz gorzej - dojdzie do zgładzenia kosmkow jelitowych, zaczną się krwawe biegunki, dziecko będzie niedożywione. Słysząc to uśmiechnęłam się lekko, jako matka, której dziecko w wieku pięciu miesięcy waży blisko dziewięć kilogramów i naprawdę nie wygląda na zabiedzone.

Niemniej - odstawić, bo - tu został wytoczony argument najcięższy - bez tego zmiany się nie wygoja. Spytalam, czy przejście na mleko mleko modyfikowane da nam gwarancję poprawy - no on się jeszcze nie spotkał z przypadkiem, żeby nie było.

Dostaliśmy w końcu recepty na mleko neocate, ponoć najlepsze w smaku, zalecenia i wyszliśmy - ja z mocno mieszanymi uczuciami, Tymol popłakujący, bo głodny i senny.

Po powrocie do domu przekopałam wszystkie dostępne strony i informacje na temat AZS i nigdzie nie znalazłam informacji, żeby alergika odstawić od piersi - wręcz przeciwnie, wszędzie zalecano karmienie naturalne jako najlepsze dla takiego malca. Owszem, pojawiły się pojedyncze informacje, że czasem odstawia się na tydzień, żeby zobaczyć jak organizm zaeaguje, ale potem do niego wraca. Znalazłam też informację, że AZS - gdy dziecko jest karmione piersią - związane jest z alergią pokarmową ( w sensie, że dziecko uczula to, co zjada matka, podbijając objawy AZS) w.... uwaga! - 0,5 - 2 % przypadków.  
Dokopałam się do informacji, jak skomponować bezpieczną dietę - zacząć od pięciu produktów ( indyk, królik, ryż, brokuły, oliwa z oliwek) na 5-10 dni, żeby z organizmu zeszły alergeny i stopniowo dodawać do jadłospisu po jednym produkcie tygodniowo. Obserwować reakcje - uczula - wywalać. Nie uczula - można jeść.
I tak zrobiłam - od soboty jem ryż i gotowanego indyka. Tydzień da się wytrzymać. Ma to też swoje dobre strony, bo błyskawicznie spadła mi też waga, do poziomu, z jakiego startowałam, gdy zaszłam w ciążę z Tymkiem. Zaczeliśmy smarować Tymola w sobotę maściami i dosłownie już w niedzielę było lepiej, zmiany, te mniejsze - zniknęły lub zbadły.

Mleka neocate nie kupiliśmy, bo okazało się... że nie ma takiego mleka. To znaczy jest - neocate jest dostępne w imporcie docelowym ( czyli podanie do NFZ o refundację w chorobach przewlekłych itd). Zaś na polskim rynku dostepne są neocate lcp i neocate advance. My mieliśmy na recepcie tylko "neocate". Ze zniżką 30 %.
Nie ma takiej zniżki. Mleko to można kupić na ryczałt ( symboliczne 3,2 zł za puszkę 400 ml) - o ile ma się na nie receptę ( dobrze wystawioną) lub w trochę mniej symbolicznej cenie ... 186 zł za puszkę, o ile się nie ma recepty ( dobrze wystawionej).
Słowem - lekarz nie miał pojęcia, co przepisuje.
Kupiliśmy za to ketotifen. Przejrzałam skład i się ... wkurzyłam, mówiąc delikatnie, albowiem stało w nim jak byk - esencja truskawkowa. W sobotę nie dałam, ale Tymol nadal drapał się strasznie, a ja pomyślałam, że może jednak lekarz wie co robi, że przecież mówiłam mu, że Tymol jest uczulony na owoce drobnopestkowe, że podejrzewam, że stan skóry pogorszył się po podaniu nurofenu o smaku truskawkowym..

No i podałam. Dwie dawki.
Matka idiotka.
W poniedziałek Tymek był od nowa zasypany krostami, miał je nawet na powiekach. Na policzkach znów rany. Nie mogłam uwierzyć. Nie wiedziałam, o co chodzi. Podałam jeszcze jedną dawkę. Rano już były pęcherzyki na całej buzi i na szyi, gdzie nigdy nie miał zamian, ale gdzie... ściekł mu syropek, który wypluł. Pomyślałam, że to niemożliwe, żeby uczulił go indyk i ryż. Popatrzyłam na biedaka i odkryłam, że ja już ten rodzaj wysypki u niego widziałam...

Wkurwiłam się. Ubłagałam w aptece, żeby mi dali zamiennik bez dodatków smakowych; nie uśmiechało mi się płacenie za kolejną wizytę u innego dermatologa, tylko po to, żeby dostać receptę na inny lek antyhistaminowy. Dostałam zyrtec w kroplach. Ketotifen pizgnęłam do kosza.


Po jednym dniu zmiany na buzi zaczęły się goić. Te, które nie goiły się od miesiąca.  Zasychać i goić. Tymel lepiej śpi - to znaczy budzi się trzy razy ( a nie kilkanaście) na żarcie i odłożony do łóżeczka kontynuuje spanie. Znów się śmieje i gaduli.

A ja jestem na siebie zła.

Po raz kolejny przekonałam się, że należy ufać sobie, swoim przeczuciom i swojej intuicji, nie bagatelizować swoich podejrzeń i obaw, nawet jeśli z drugiej strony stoi tak zwany "autorytet".

Matka czasem dla swojego dziecka jest najlepszym diagnostą - ona zna je najlepiej.
I tego będę się trzymać. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

PIĄTY MIESIĄC

Pieciomiesieczny Tymek ma dwa zęby,  waży 8,7 kilograma i nosi ubranka rozmiarze 74. Ma także pelnoobjawowe, ostre AZS. Co razem z zabkowaniem sprawiło,  że nie przespalismy ostatnio, ani on, ani ja, więcej niż dwie godziny jednym ciągiem 
Młody budził się przez ten miesiąc co noc po kilka razy. Nie płakał, nie marudzil, po prostu nie mógł spać. Były noce, gdy zasypial o 21, spał godzinę, budził się, czuwał do 24, znów zasypial, budził się o drugiej, jadł i czuwał do piątej... A ja razem z nim. 

Biedak. Świąd skóry tak mu się dał we znaki, ze porozdrapywal sobie nóżki i policzki do krwi. Teraz jest trochę lepiej, smaruję go mascia ze sterydem i antybiotykiem - nie było wyjścia, zmiany były już dosłownie wszędzie, w tym takie sączace się i nadkazone.

Mimo wszystko Tymek nadal pozostaje dzieckiem szalenie pogodnym. Do tej pory mam przed oczami, jak leży u dermatologa w gabinecie na białym, papierowym podkladzie i wygląda po prostu strasznie - jakby go ktoś potraktował gruboziarnistym papierem ściernym, albo tarka. Cały czerwony, w rankach,  liszajach i zadrapaniach. Jest dwudziesta druga, powinien już dawno spać, jest głodny i zmęczony i mimo to co robi ? Śmieje się cała mordka do lekarza, łapie go za palce i próbuje je sobie wsadzić do buzi.

Pcha do niej wszystko, co uda mu się złapać. Zabawki, pieluchy, kocyk, nasze palce i gryzie zawzięcie swoimi dwoma zębami.  Może zostać konduktorem, kasownik już ma - słowem dolne jedynki. 

Do ulubionych rozrywek Tymola należy także łapanie nas za włosy... i targanie, i szarpanie z całych sił. A jak się cieszy wtedy, a jak się zasmiewa w głos ! Kiedy słyszę żałosne "Mamooo, ratuj! !!" to już wiem, że znów się Blanka nieopatrznie nachylila nad bratem a ten capnal ja za wlosy i trzeba lecieć, wyplatywac mu je spomiędzy zaciągniętych paluszków. 

Łapie wszystko.  Wyjme z łóżeczka, patrzę - wlecze za sobą kocyk. Próbuje wyjąć z fotelika - ciągnie za sobą karuzele, która jest, nota bene, jego ulubiona zabawka. Położony na brzuchu, sięga do zabawek, zresztą sam się na niego sprawnie przekreca, kilka razy też tak mocno odpychal się ramionami od podłoża,  ze becnal z powrotem na plecy, bardzo zdziwiony takim obrotem sprawy.

Podtrzymywany pod paszkami utrzymuje dłuższą chwilę ciężar ciała na sztywnych,  wyprostowanych nóżkach.  Ładnie siedzi z podparciem, to jego ulubiona pozycja.  

Już nie zasypia mi w nosidle.  Za dużo jest ciekawych rzeczy dookoła, wszystko go interesuje, a najbardziej siostra i pies, wodzi za nimi oczami, śmieje się do nich, wykręca, prawie wypadajac z fotelika, żeby zobaczyc, gdzie idą i co robią.   

Od pewnego czasu jest baaardzo zainteresowany tym, co jemy, do tego stopnia, ze próbuje zabrać mi kanapkę czy łyżkę i wpakować sobie do buzi.

Pięknie je z łyżeczki. Dostaje na razie tylko sinlac - baaardzo  był zdziwiony, kiedy w jego buzi pojawiło się coś innego niż moje mleko. Początkowo wszytko jeszcze odruchowo wypluwal, więc odczekalam tydzień i ponowilam podejście. Po dwóch dniach zalapal, ze trzeba otworzyć paszcze, żeby dostać jedzenie, teraz polyka szybko, to co mu wetkne i znów otwiera dziub i tak siedzi i czeka ... 

Niejadkiem to on nie będzie  .. 

 Śpi fatalnie. Budzi go wszystko. Najlepiej drzemie mu się na matce tak więc zostałam materacem. .. W nocy żąda żarcia co dwie godziny, a od piątej już tylko wpada w krótkie drzemki. Wstaje między 6 a 7, w dzień śpi mało i krótko, chyba ze na mnie. Pierwsza drzemka, zwykle polgodzinna wypada ok dziewiątej, druga, najdłuższa (w sensie, ze godzinna) około trzynastej i ostatnia - koło siedemnastej, zwykle w wózku i na spacerze Tak, wlocze się z dzieckiem po nocy bo inaczej nie chce za cholerę zasnąć. 

A, i włos mu się rzucił na głowie - delikatny,  gęsty i ... jasny, jak u siostry. 
Tak więc fryzura z która się urodził, zwana roboczo "trzy włosy, cztery rzędy" powoli przechodzi do lamusa.

Jest bardzo podobny do swojego ojca, fizycznie i mentalnie - ot, taki spokojny, uśmiechnięty koleś z szarymi oczami.

niedziela, 6 grudnia 2015

ZLOT

Tymek od czwartej spał ze mną w łóżku, albowiem w środku nocy zebrało mu się na monologi, a mi nie chciało się wisieć na barierce łóżeczka,  udając ze slucham. Zabrałam więc malca z sobą, zawinelam w koc, docisnelam kołdra i tak unieruchomiony Kajman w końcu zasnął, choć kłócil się ze mną i dyskutowal dobra godzinę. 

  Tuż przed siódmą obudził go pies, cieszący się na widok pana wracajacego z nocnej zmiany. Andrzej zabrał go na krótki spacer, głównie po to, żeby spacyfikowac szalejace z radości bydlę, a kiedy wrócił, psiur  natychmiast wskoczył i uwalil się na kocu w nogach łóżka.  Oparlam sobie bose stopy o jego gęste,  ciepłe futro. 

Po chwili przyleciala do nas Blanka, rozczochrana, pachnąca snem. Wtulila się we mnie i zaczęła szczebiotac i zagadywac do gaworzacego Tymka.  

Z drugiej strony na łóżko wlazł Andrzej, Czochral psa, ja mizialam Blanke po włosach, Młoda gilgotala zasmiewajacego się brata, Travis lizal mnie po stopie szorstkim, ciepłym jezorem.  

Zlot poranny. 

niedziela, 29 listopada 2015

JAK TATA POSZEDŁ UŚPIĆ CÓRKĘ

Zęby umyte, Tymek ucałowany, Travis wyglaskany - Blanka może iść spać. Znikają więc z tatą w dziecinnym pokoju, ja zostaje w drugim, gdzie usypiam Tymola. 
Słyszę, jak Andrzej jej czyta, potem gaśnie lampka i zapada cisza. 

Po dziesięciu minutach z pokoju wyłazi Blanka i prosi:

"Mamo, daj mi wody..."
Nieco zirytowana pytam:
"A tata nie może ci dać ?"

I co słyszę ? 

"Nie może. Bo śpi "

piątek, 27 listopada 2015

AZS

 Tymol ma AZS. Prawdopodobnie odziedziczył je po moim bracie, który swego czasu miał bardzo silną alergię na mleko krowie i jajka. Blanka też była na te produkty uczelnia, ale szybko wyrosła i nie miało to tak ciężkiej postaci jak u Tymola.  

Młody nigdy nie miał idealnej cery, od zawsze miał skórę z kaszka,  z krostkami, jej stan poprawił się po odstawieniu "krowy" pod wszelkimi postaciami. Słowem - odkąd nie jem mleka, serów i wołowiny - skóra zmieniła swój wygląd na lepszy. Zniknęły żółte, łuszczace się zmiany, ale drobna, czerwona wysypka właściwie cały czas była na policzkach, w okolicach łokci i na lydkach.  

Niestety, kilkanaście dni temu coś dramatycznie zaostrzylo stan. Drobne krostki pojawiły się niemal na całej skórze Tymcia,  w najgorszych skupiskach zamieniając się w czerwone, okrągłe liszaje.  Na policzkach wyszły pęcherzyki z płynem surowiczym, który zaczął się sączyć. Doszło swędzenie - Tymek buzię i nogi rozdrapal do krwi, musieliśmy mu bandazowac łydki, bo gdy nie miał się jak podrapac, to tarł jedną nogą o drugą. Biedny maluch właściwie nie spał, budził się co godzinę, płakał, potem czuwał dwie, a nawet jak w końcu zasnął ze zmeczenia, to budził się kilka razy - po kwadransie, po kilku minutach.

Pomogły kompiele w emolientach,  dermokosmetyki, ale stan skóry daleki jest od ideału. Dziś znów go wysypalo, a ja jestem bliska załamania nerwowego - jem dosłownie piec produktów w kółko i nie mam pojęcia, co go uczula. 
Aktualnie podejrzewam winogrono i śladowe ilości truskawek, które zjadłam razem z granola.  

Mam nadzieję, że nie uczula go psia sierść bo wyć mi się chce na mysl, ze musielibyśmy oddać psiura. Pociesza mnie fakt, że nie wygląda to na alergię kontaktową, tylko właśnie na pokarmowa.

Mówiłam o tym Andrzejowi,  o swoich objawach, o on, jak to on, zareagował zgodnie ze swoim, czasem dziwnie rozumianym , poczuciem humoru, pytając mnie:

"To co, mówisz,  że Travisek się pierwszy wyprowadzi do Jozefowa? Jeszcze przed nami?"

Popatrzyłam na niego jak na barana, bo oboje wiemy,  że nasz dom jest ciągle na etapie projektu, więc niby gdzie miałby się wyprowadzić pies ?

Widząc moja minę, Andrzej dodał: 

"No chyba brzozy nie wyrwie. .."


środa, 25 listopada 2015

DAWCA ( FIZELINY)


Dziś w przedszkolu był Dzień Misia - dzieciaki zostały poproszone o zabranie z sobą ulubionego pluszaka. Więc wczoraj wieczorem u Blanki w pokoju miał miejsce casting - selekcja była bardzo ostra. Misie siedziały karnie na łóżku, prezentowały się każdy z jak najlepszej strony i bardzo ładnie prosiły ( moim głosem ) o zabranie na imrezę do przedszkola. Blanka wybierała, odrzucała kandydatury, dawała szanse, aż w końcu podjęła decyzję. Wybrany został Nieśmiałek - mały, biały miś ze smutną minką. 

Po krótkim namyśle jednak Młoda zmieniła zdanie. Doszła do wniosku, że weźmie jednak tego największego - większego od niej ( tego, którego swego czasu połowicznie wypatroszyłam, bo potrzebowałam fizeliny do wypchania moich "uszytków", więc jest generalnie nieco sflaczały i zblazowany ).

Mina mi trochę zrzedła, już miałam wizję, jak tacham do przedszkola Tymka w nosidełku i półtorametrowego pluszaka pod pachą. Próbowałam więc wypersfadować Blance tę decyzję, sugerując, że pierwsza się liczy, a korekty nie są brane pod uwagę. 

Andrzej nie brał udziału w całej dyskusji, ale bardzo ciekawy wyniku, zapytał mnie wieczorem, na czym stanęło:

"To jak w końcu, dawca też idzie?"

UWAGA! OBSCENICZNE ZDJECIE! ☺


wtorek, 24 listopada 2015

LENIWIEC

Śpieszyłyśmy się rano, byłam sama, musiałam nakarmić Tymka, ubrać go, zrobić Blance śniadanie i naszykować całą ferajnę do wyjścia na dwór - tak, żeby zdążyć do przedszkola na 8.30. Trochę kiepsko nam szło, więc wychodząc nie zabrałyśmy Tavisa, miałam nadzieję, że uda nam się podjechać tramwajem. Przyjął to z godnością, wrócił na swoją pufę i z westchnieniem - zaległ.

Jakiś czas temu zaadaptował sobie na legowisko worek "fatty", taki wypełniony styropianem: udeptuje go pracowicie kilka razy dziennie, moszcząc sobie legowisko. Nawet mi to na rękę, bo sztuczny skaj łatwo się czyści i nie chłonie psiego zapachu jak tradycyjne, płucienne legowisko. Jedynie co mnie wnerwia, chrzęszczenie styropianu w nocy, budzi mnie, ale w sumie mnie budzi wszystko... 

Travis, mimo, że ma już prawie dziewięć lat, nadal sypia jak szczeniak - na grzbiecie, z łapami w górze. Kocham ten widok. 

Kiedy odprowadziłam Blankę do przedszkola i wróciłam do domu z Tymolem, zastałam psa właśnie w tej pozycji. Niby nic dziwnego, ale na łopatki rozłożyło mnie to, że leżąc na plecach... 
pomerdał mi ogonem. 

środa, 18 listopada 2015

LOGIKA

Kończymy oglądać bajkę na dobranoc. Po niej, na ekranie, w krótkim filmiku, dwa czerwono - biało - niebieskie "pastusie" zachęcają dzieci do mycia zębów. Stworki wyglądają dosłownie jak wyciśnięta z tubki pasta, tylko mają ręce, nogi i twarze. Machaja szczoteczkami w swoich buziach śpiewają, gadają.
Blanka przygląda się im, choć wiele razy już widziała ten spot i nagle pyta:

"Mamo, dlaczego właściwie pasty myją zęby ?"

No właśnie, dlaczego? 

ZĘBAS

Od kilku tygodni Tymol slinil się na potęgę,  pchał wszystko do buzi, głównie własne ręce, jakby chciał sprawdzić,  czy jest sobie w stanie sięgnąć do żołądka. 

W tym tygodniu problemy ze snem zaś doszły do apogeum - położony do łóżeczka budził się po kilkunastu minutach z krzykiem i płaczem, nie mógł zasnąć,  tulilam,  odkladalam a on znów się budził po kwadransie, znów mógł zasnąć, a jak zasnął, to znów się kręcił, wiercil i budził. W poniedziałek nie spał od 23 do 1 i od 4 do 6. Wczoraj od 21 do 1 i od 4 do 6. Śpi mi tylko na rekach, wtulony we mnie. Myślałam, że dokucza mu swedzaca skóra, Ale wczoraj znalazłam przypadkiem winowajce, a raczej winowajczynie. 

Prawa dolna jedynka. Ostra jak szpileczka. Tymol ma zęba ☺    

Dobrze, że namierzylam, bo pewnie dostalabym ataku paniki, po odkryciu wczoraj, ze ma także gorączkę bez żadnych innych objawów 


niedziela, 15 listopada 2015

LIMONKA

Oglądamy z Blanka książkę z owocami, powtarzamy nazwy, praktycznie bezbłędnie rozpoznaje nawet tak trudne jak mango i papaja, myli rzodkiewke z pietruszką, a przy zielonej "cytrynie" zastanawia się dłuższą chwilę, w końcu pyta: 
"Melinka?" 


piątek, 13 listopada 2015

CZTERY MIESIĄCE

Czteromiesięczny Tymek waży... dużo. Między 7,5 a 8 kg według domowej wagi. Ile dokładnie, dowiem się za tydzień na szczepieniu. Nadal jest dzieckiem uśmiechniętym od ucha do ucha, ale nie żarcie nie jest już jego życiowym priorytetem. Owszem, zjeść lubi, ale na ten moment, duuuużo bardziej interesuje go to, co się dzieje dookoła. A więc.... noście mnie, kochani rodzice! Noście, noście, noście mnie! Słowem - Tymol odkrył mobilność. Przede wszystkim własną, polegającą na przekręcaniu się na brzuch i obserwowaniu otaczającego go świata z uniesionym łepkiem. Już mu nawet ręka pod bęcem nie zostaje: dziś położyłam go na chwilę na przewijaku, pewna, że się nie ruszy, bo zaookrąglone, wyższe brzegi skutecznie uniemożliwią mu manewrowanie i się zdziwiłam, jak wyszłam z łazienki. Albowiem znalazłam Tymka w pozycji na brzuchu, z głową w górze oczywiście. 

W łożeczku kręci się jak wskazówka zegarka, znajduję go rano leżącego po skosie, w poprzek, lub z nogami na poduszce. Podobnie jak jego siostra jest dzieckiem bardzo ruchliwym, wierci się, tarza, kopie w przewijak, macha nogami, targa za zabawki tak, że pałąk maty trzeszczy, a ten w foteliku - aż się ugina. 

Już jakiś czas temu Tymek odkrył, że jego ręce są jego właścią i można z nich zrobić użytek - pięknie trzyma zabawki, łapie osobę, która się nad nim pochyli za nos, za uszy, ciągnie Blankę za włosy. Mniej pięknie rozdrapuje sobie buzię, a i do nóg próbuje sięgać, biedak mały. Paznokcie obcinam mu co dwa dni, tuż przy samej skórze, ale to nie pomaga, zawsze się gdzieś draśnie i płacze potem, ach jak płacze Tymek, gdy go coś zaboli. Żałośnie i głośno. Natychmiast trzeba ratować, przytulać i najlepiej brać na rączki. Wycwanił się, krzywi się, kiedy go odkładam, a nawet - popłakuje. Najlepiej mu na tatowym kolanie, gdzie sobie siedzi, podtrzymywany ręką i jest to jego ulubiona pozycja. Półleżeć na moich kolanach już nie chce, za mało widać, ciągnie więc łepetynę do przodu, usiłując usiąść, a kiedy dam mu palce - podciąga się i siada. Oj chciałby, już chciałby, widać bardzo, posadzony z podparciem siedzi zadowolony, ale nie praktykujemy tego często, przyjdzie czas i na to. Choć Tymek uparcie próbuje wyprzedzić sam siebie, kiedy leży na brzuchu, unosi tyłek do góry i boksuje nogami, złości się, denerwuje, jakby umiał, to by ruszył :-) Na razie po przeczołganiu się małego odcinka dopada go frustracja i Tymol zaczyna płakać... w końcu to jednak mało skuteczny sposób przemieszczania się.

Interesuje go wszystko, a najbardziej Blanka i pies. To z nią zaśmiewa się w głos, to na widok Travisa japa mu się cieszy, zwłaszcza kiedy pies kundel po domu. Aż mu się ręce do niego wyciągają. 

Nadal jest dzieckiem pogodnym i uśmiechniętym, płacze gdy jest głodny, gdy chce mu się spać i gdy się nudzi. Za to gada. Ooooo, jak on gada. To dziecko właściwie nigdy nie jest cicho. Mamrze coś pod nosem, gaduli, grucha, gaworzy, guga, gaga, coś mu tam ciągle w tym gardle wibruje, warczy, bulgocze. Najgorsze jest to, że on oczekuje odpowiedzi. Serio. Budzi się na przykład o piątej rano i zaczyna nadawać.

Najpierw spokojnie, cichutko grucha sobie, plując smoczkiem, którym próbuję go zatkać. Właśnie, próbuję, bo gdy tylko gad poczuje gumę w pysku, to zaciska go w mało elegancką linijkę i nie ma szans, żeby mu cokolwiek tam włożyć. No dziecko bezsmoczkowe i już. Nie to nie, myślę sobie, odwracając się na drugi bok i próbując zignorować jego gadulenie.

A on trąbi coraz głośniej. Coraz intensywniej. Gaduli, grucha, zagaduje, podnosząc ton, a kiedy nadal nie odpowadam, wyraźnie się irytuje i jego gaworzenie przechodzi w nerwowe pokrzykiwanie, coś jak miauczenie mocno wkurzonego kota. 
Odezwę się - uśmiecha się i zmienia natychmiast ton rozmowy. 
Dobrze, że nie rozumie, co do niego mówię o tej piątej nad ranem.
Nic ładnego. Ale staram się nie bluznić :-)

Generalnie nocami mówię mu dużo brzydkich rzeczy. Albowiem Tymek budzi się co dwie godziny, z zegarkiem w ręku. Idzie spać o dwudziestej, by już o dwudziestej drugiej zacząć kręcić się, popłakiwać, marudzić. Nie jest głodny, sprawdzałam, karmię go o pierwszej i  piątej i to mu spokojnie wystarcza. Ale wstać muszę, przytulić, pokołysać, żeby zasnął i spał dalej. I tak o 24, 2, 4, 5, 6 - im bliżej świtu, tym częściej się budzi. Koszmarne są te noce, może ze dwa razy udało mu się przespać całą, to jest - z dwiema pobudkami, tak o 1 i o 5 właśnie, byłam bliska wnioskowania, by ogłosić te dni świętem narodowym. Przy czym nawet jak juz zaśnie, to potrafi się obudzić po pół godzinie znów...
Ślini się na potęgę, pcha wszystko do gęby, więc zastanawiam się... czyżby zębiska?

W dzień ma trzy drzemki, każda trwa godzinę, zwykle niecałą. Wstaje o 6.30, czasem pół godziny wcześniej, czasem pół godziny później, zasypia 9-10, potem 12-13, 16-17. Na tą ostatnio najtrudniej go zagonić, więc zwykle pakuję go w wózek i tak krążymy po nocy pod blokiem.

Nadal walczymy ze skazą, nie jem już niczego, co jest kupione, tylko te rzeczy, które sama zrobię i wiem na pewno, że nie ma tam jajek ani mleka. Plus owoce. A i tak na nogach i na policzkach skóra przypomina dosłownie - skorupę. I ciągle pojawiają się nowe miejsca ze zmianami. Ciągle mam nadzieję, że minie jak u Blanki. Oby.
Poza tym, Tymek jest okrąglutkim, uśmiechniętym od ucha do ucha kolesiem :-)

czwartek, 12 listopada 2015

11 LISTOPADA WG BLANKI

"- Mamo, a wiesz, że dziś jest dzień podległości ?
- Aha (czekam, co dalej powie)
- Bo była wojna i zabory !
- Aha 
- I na Polskę napadly Rosja, Prusy i Australia! " 

Wychowanie patriotyczne w toku. Musimy popracować nad szczegółami. 

wtorek, 10 listopada 2015

MGŁAWICE

Budzę Blanke do przedszkola, jest kilka minut po siódmej. Idę do niej z Tymolem, który dzień zaczął dobrą godzinę wcześniej. Młoda siada na łóżku, ściska brata i pyta mnie, a właściwie informuje:


"Mamo, a wiesz, że ryby żyją w 
mglawicach? "

Teraz już wiem☺

niedziela, 8 listopada 2015

DIALOGI Z TROLEM - O CUKIERKACH, SKORUPIE ŻÓŁWIA, PIECIOLATKACH W SZKOLE I POSLUCHU


Blanka wraca ze spaceru z tata. Od zaprzyjaźnionej Pani w sklepie dostała cukierka, cieszy się i pyta, czy może zjeść... Pozwalam, jednak po rozwinięciu z papierka okazuje się, ze landrynek jest cytrynowy. Blanka ciucka go chwilę i mówi do mnie: 

"Mamooo, on jest cytrynowy... nie lubię takich, niedobry jest. Chcesz ?" 

Wyjmuje z buzi obsliniony cukierek i podtyka mi pod nos. Odmawiam, więc próbuje mnie zachęcić, uśmiechając się szelmowsko:

"Weź mamo, pyszny jest, mówię ci !"

Dzieci to jednak mają krótką pamięć...

***

Idziemy na imprezę urodzinową do synka mojej koleżanki. W szatni spotykamy moja druga kumpele z córką w wieku Blanki, także zaproszona do sali zabaw. Julka widząc Blanke, zarządza krótko: 
"Blanka, idziemy! "
I dziewczyny znikają, bo chwili widzę jak skaczą na trampolinie. Julka, choć fizycznie diametralnie odmienna od Blanki (drobniutka brunetka o ciemnych oczach), podobnie jak moja córka,  ma tak zwany "charakterek" Nie mija kwadrans, a przychodzi do mnie nieco zdziwiona Blanka i skarży mi się, mocno zdegustowana:

"Mamooo,  a Julka to się każe słuchać !!"

Myślę sobie - noooo nareszcie córko, w końcu Ty kogoś masz słuchać, a nie wszyscy Ciebie,  zadziwiające. ..

***

Blanka zna wszystkie litery. Nie czyta jeszcze, nie uczę jej, choć namolnie domaga się i truje mi, żebym ja nauczyła. I czytać , i pisać najlepiej. Gryzmoli sobie coś na kartkach i każe mi referowac, co napisała. Wychodzę z założenia, ze ma czas. Dodaje i odejmuje, sama się nauczyła, na palcach.  

 Poszła w przedszkolu do starszej grupy niż powinna, aktualnie przerabia program przygotowania przedszkolnego z pięciolatkami,  a powinna być w czterolatkach. Ostatnio przełożyłam mnie na łopatki, opowiadajac o przedszkolu: 

"Mamo, jak Pani czyta polecenie, co mamy zrobić i tłumaczy dzieciom, to zanim skończy, to ja mam już zrobione !"

Pani twierdzi, że Blanka spokojnie może iść do szkoły w wieku pięciu lat ...

***

Tymol ma skaze białkowa. Uczula go mleko i jajka, choć te drugie w mniejszym stopniu. Pilnuje diety jak mogę, ale buzie ciągle ma podrażniona, rozdrapuje ja biedak ciągle. Szukam więc uparcie winowajcy w jedzeniu, gdzieś musi być jakiś utajniony dodatek mleka, w czyms, co jem, podejrzewam pieczywo, choć jem tylko razowe i to chyba mało prawdopodobne. Ale uczulaja go nawet śladowe ilości, tłumaczyłam to dziś Andrzejowi - namawiał mnie, żebym choć spróbowała nowych lodów, które przyniósł z lodziarni (o smaku sera gorgonzola, mowilam: 

"Andrzej nie mogę, widzisz, co się dzieje, buzie ma znów czerwona a na nogach to już dramat, istna skorupa" 

Na takie dictum do rozmowy włączyła się Blanka - gumowe ucho, rzucając tonem fachowca: 

"Nooo,  jak u żółwia !"

piątek, 6 listopada 2015

ZMIENIŁAM SIĘ

Wychodzimy po zakupy. Blanka od trzech tygodni w domu, z zapaleniem płuc, na kolejnym antybiotyku. Andrzej w pracy. Jeść coś trzeba. Więc idziemy. Niedaleko, do spożywczego i do zaprzyjaźnionego kiosku po gazetę, w końcu środa, czas na "Politykę". 

Idę objuczona jak wielbłąd. Tymek w nosidle, na ramieniu torba z zakupami, w jednej ręce łapka Blanki, w drugiej psia smycz. Przechodzimy obok zatłoczonego przystanku tramwajowego. Siedzi na nim, na  składanym krzesełku, starszy Pan. Wchodzimy do sklepiku z prasa, razem z psiurem; zwykle podczas zakupów czeka pod sklepem, ale tam sprzedawczynie bardzo go lubią, zawsze same go wołają na porcję "głasków". 

Kiedy wychodzimy z gazetą, drogę nagle zastępuje nam ów starszy Pan, tak, że nie mogę przejść i zaczyna się na mnie drzeć. Ot tak, bez powodu, zaczyna na mnie wrzeszczeć:

"Czy Pani sobie zdaje sprawę, że dziecko do lat sześciu w ogóle nie powinno mieć żadnych kontaktów z psem??? !!! To śmiertelne niebezpieczeństwo! Ja wiem, bo pracowałem w zakładach mięsnych! Śmiertelne!Co Pani robi tym dzieciom?"

Jestem tak zaskoczona, że staję jak wryta i nie bardzo nawet słyszę, co on mówi dalej.  Patrzę przez chwilę jak zahipnotyzowana na ślinę pryskającą mu z ust, na mięsiste, sinawe wargi, na starte, rzadkie zęby i nagle odzyskuję i mowę, i głos. 

Uprzejmie informuję Pana, że to moje życie, moje dzieci i mój pies. I proszę go, żeby się zajął swoim, o ile takie posiada, chociaż nie sądzę. 

Mijam go i idę dalej, jakaś Pani zaczepia mnie, pytając, o co chodziło temu staruchowi, kiedy wyjaśniam w kilku słowach, oburza się. Ja się śmieję, ale w środku telepie mnie coraz bardziej. Kiedy czekamy na zielone na przejściu dla pieszych, Blanka pyta mnie smutnym głosem, bo najwyrażniej nie rozumie:

"Mamo, czego ten Pan chciał od Travisa? Przecież Travis mu nic nie zrobił! On jest dobry! 
Ja go kocham... "

Tłumaczę jej, że czasem ludzie myślą i mówią głupie rzeczy, że nie należy ich słuchać. 
Ale też nie rozumiem. I czuję jak narasta we mnie złość. 

Jestem prosta. Kieruję się od wielu lat swoimi zasadami. Trzymam się ich konsewentnie i nie uważam się z tego powodu za lepszą, mądrzejszą, ani predystynowaną do szerzenia prawdy. Nie mówię nikomu, jak ma żyć. Nie zaglądam nikomu do łóżka i rodziny, której definicja jest dla mnie baaardzo szeroka. Jestem tolerancyjna. Nie przeszkadza mi ani Biedroń prezydent miasta, Anna Grodzka czy Goodson w sejmie, ani osoby homoseksualne w moim najbliższym otoczeniu, w pracy, wśród znajomych. Nie przeszkadzają mi cudze poglądy, mogę się najwyżej z nimi nie zgadzać. Nie obrażam nikogo. Świat jest olbrzymi, dla wszystkich starczy miejsca.

Nie uznaję, że wiem lepiej, bo nie wiem. Nie pouczam, nie moralizuję, nie ewangelizuję. Staram się nie krzywdzić, żyć dobrze, uczciwie i w zgodzie z własnym sumieniem, bez mamienia się wizją nagrody, czy w obawie przed karą. Po prostu.

I nie życzę sobie, po prostu sobie nie życzę sobie zaczepiania na ulicy i nie tylko, pouczania, mówienia mi, jak mam żyć, co robić, gdzie mieszkać, gdzie pracować, jak wychowywać dzieci itd.

Mówienia, co powinnam, co muszę, co należy.
Za stara już jestem na to.
Nagle dorosłam, choć nadal nie wiem, co bym chciała robić, jak już będę duża.

Ale wiem, że już na pewno dorosłam do bycia niemiłą.
Całe życie byłam miła.
Za miła.
Do czasu, aż odkryłam, że ludzie traktują nas tak, jak na to pozwalamy.

Na dzień dzisiejszy jedynie obecność dziecka była w stanie mnie powstrzymać przed wygłoszeniem pod adresem staruszka krótkiej riposty:

SPIERDALAJ.









poniedziałek, 2 listopada 2015

OD TRAVISA

Pierwszego tylko na moment jedziemy na cmentarz, tylko do mojego taty. Blanka z zapaleniem płuc, kaszlaca, na kolejnym antybiotyku nie nadaje się do wędrówek po cmentarzach. W sumie bez sensu jechać tyle kilometrów, w korkach, z dwójką dzieci, ale czuje taka potrzebę, więc jedziemy. Choć na moment. Zmierzcha, gdy docieramy na miejsce. W budce pod cmentarzem Blanka wybiera znicze dla dziadka Janka. Niebieskie. Biorę jeden dodatkowy dla zmarłego rok temu sąsiada.

Idziemy alejka. Jest ciepło i przytulnie. Zapalamy lampki. Mówię Blance, ze pierwsza jest od nas, druga od niej, a trzecia od Tymka. Młoda wyciąga także ostatnią z torby, ustawia na pomniku i oznajmia: 

"A czwarta od Traviska!"




piątek, 30 października 2015

HAPPY HALLOWEEN

Rok temu. Dokładnie 30 października w Halloween.
Początek Tymka, który bardzo chciał być.  I jest. Śpi w pokoju obok. Posapuje. Kręci się trochę. Namiętnie ciucka swój własny kciuk, gdy wypadnie mu smoczek; no dobra, nie oszukujmy się, on pluje znaczkiem dalej niż widzi,  żeby ssać własny palec.

Grubiutka Bambarylka z tlusciutkimi nóżkami, którymi kopie zawzięcie w przewijak, które wystają z wózka, gdy w nim jedzie, bo Tymol podróżuje z nogami w górze. Bo tak.

Dziecko całe z uśmiechów. Odezwę się do niego - szczerzy się. Spojrze na niego - szczerzy się. Zagadam, polaskocze - szczerzy się. Tak po prostu. Wezmę na kolana, popodrzucam, popotrzasam chwilę, pobawie się chwilę - śmieje się w głos.  
Usliniony do pasa, ciągłe zadowolony, uchachany mały koleś. 

Miało go nie być. Nawet do głowy mi nie przyszlo, ze będę kiedyś miała dwoje dzieci. Po Blance wyszarpanej losowi nie wierzyłam, że znów się może udać. Odebrałam mrozaki, żeby mieć spokojne sumienie, żeby móc powiedzieć ze zrobiłam wszystko, tak jak czulam, ze powinnam zrobić. Bez szczególnego entuzjazmu i nadziei. Po latach odwlekania tej decyzji, lęku przed ponowną konfrontacja z losem, doszłam do wniosku, ze po prostu będzie jak ma być.
Zgodziłem się w sobie na to, co przyniesie los.

Podskornie czułam, ze kolejną ciąża i drugie dziecko wywroca moje życie do góry nogami. Dobre, spokojne, szczęśliwe, ustabilizowane życie. Wiedziałam, że będzie trudniej, o wiele trudniej, choć nawet jeszcze nie umiałam sobie tego wyobrazić. A jednak, kiedy myślałam, że znów pójdę do pracy, znów wrócę wieczorem do domu, do Andrzeja, Blanki i psa i tak będą mijały dni, tygodnie, miesiące i już nic się nie zmieni, czułam nieokreślony smutek.
A przecież byliśmy już kompletni,  a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Okazało się, że jednak nie do końca.
Zaskoczyło mnie to, nie mniej niż fakt, że będę miała synka.
Nawet jeśli mi czasem przez głowę przemknelo, ze być może kiedyś będę mieć drugie dziecko, bez przekonania i szczególnej wiary, to byłam niemal pewna, ze to będzie druga dziewczynka. Tak bardzo, że lekka ręka rozdalam wszystkie neutralne kolorystycznie ubranka, które miałam po Blance, zostawiając tylko, krótko mówiąc, walizkę różu. Nawet mój mąż,  zapytany przez lekarza podczas usg, co obstawia, odpowiedzial, ze drugą dziewczynkę. A ja leżałam na twardej kozetce i w jednej chwili do mnie dotarlo, ze ja już wiem, gdzieś głęboko, ze to będzie chlopiec.
Tymek
Tymek - synek.
Miał być Damianem, Tomkiem, Miłoszem. Dziś nie wyobrażam sobie, żeby nie był Tymkiem. Nie wyobrażam sobie,  żeby go nie było. Choć jeszcze czasem zapominam, że jest. Naprawdę. Kiedy śpi cichutko. Kiedy leży na kanapie i się rozgląda. Kiedy siedzi w foteliku tak po prostu zadowolony, ze jest.
Dobry duszek.
Mały kosmita, który wylądował w Halloween w moim brzuchu. Ten dzień już zawsze będzie dla mnie...
happy




środa, 28 października 2015

UCZEŃ

Wracałyśmy z pobrania krwi. Pojechałyśmy rowerem, bo było blisko i w miarę ciepło, zresztą co tu dużo gadać, przebijanie się autem przez centrum do przyjemności nie należy. Niemniej nasz wyjazd na dwóch kołach też po czasie uznałam na głupotę, bo Młoda, nie dość, że chora, to jeszcze zmarzła.

Kiedy odstawiałam rower do garażu, zaczęła piszczeć, że jej zimno w nogi. Zażartowałam więc, że uszyję jej takie grube spodnie, żeby nie marzła, najlepiej spodnie z koca. Obraziła się, więc zaczęłam jej tłumaczyć, że żartuję i że powinna też odpowiedzieć kpiną.  Skrzywiła się, popatrzyła na mnie i z tą swoją miną, ni z gruchy ni z pietruchy, oznajmiła:

- "Majtki sobie z koca uszyj..."

Nieodrodna córka swojego ojca :-)

piątek, 23 października 2015

DZIADEK JANEK I SZNUROWKI

Chora Blanka tłucze się po domu i szuka sobie zajecia. W końcu znajduje kolorowe sznureczki i wiąże je sobie na bucie jak sznurowki. Jedno oczko, drugie, przekłada pod spodem, owija, dociska i prezentuje - zobacz mamo! Bardzo sprawnie jej to idzie, chwalę ją i pytam, kto jej to pokazał, bo ja jej tego nie uczyłam. Blanka bez mrugnięcia okiem, najspokojniej w świecie odpowiada: 

"Dziadek Janek mnie nauczył "

Robi mi się dziwnie. Pytam więc jeszcze raz, czy może w przedszkolu było coś na temat wiązania butów, ale Blanka zaprzecza o spokojnie powtarza: 

"To dziadek Janek mi pokazał"

Nie indaguje dalej. Siedzę na kanapie, patrzę, jak Blanka sprawnie zawiazuje kolejne kokardy i nagle w głowie pojawia mi się głupia myśl, ze nie wszystko trzeba rozumieć, ze nawet jeśli, to co? To nic. 
To ... dziękuję tato. 

wtorek, 13 października 2015

BAMBARYŁKA

Trzymiesięczny Tymek jest okrąglutki i uśmiechnięty. Waży siedem kilogramów, mierzy 67 cm. Duży chłopak z niego, jest co nosić. A on sam nosi aktualnie rozmiar... 74, tak, ten z przedziału dla dzieci od sześciu miesięcy w górę. Ostatnio gdy mu zakładałam body, aż sprawdziłam na metce, czy przypadkiem nie wzięłam jakiegoś starego, z rozmiaru 0-3 miesiące. No nie, na metce jak byk stało 3-6 miesięcy; westchnęłam, dopchnęłam kolanem, mało zatrzaski nie strzeliły, jakoś się jeszcze zmieścił. Ale z trudem. 

Co się dziwić. Tymek nadal zajmuje się przede wszystkim jedzeniem. W dzień tankuje co godzinę, półtorej, no czasem w drodze wyjątku, co dwie. Na noce spuśćmy litościwie kurtynę milczenia...

Tak,tak, nadal żre co dwie godziny. Kładę go spać między dziewiętnastą a dwudziestą, a on się budzi już o dwudziestej trzeciej, bo jest... głodny. Czasem nie uda mi się nawet porządnie zasnąć, kiedy ten Pasibrzuch ogłasza pierwszą pobudkę. Po niej śpi do drugiej, a potem już jak w zegarku - druga, czwarta, piąta, szósta. Im bliżej poranka, tym częściej się budzi, więc zabieram go do naszego łóżka, albowiem ten mały koleś nadal sobie urządza nocne czuwania. Potrafi zjeść o drugiej i gadulić do czwartej, a gdy w końcu zaśnie, to budzi się o piątej, no bo zgłodniał, w końcu już trzy godziny nie jadł!

Ochhhh, jak mnie to irytuje, delikatnie mówiąc, a to co do niego mówię w nocy, nie nadaje się do powtórzenia. Oczywiście są to wyrazy miłości, szeroko rozumianej, choć wyrażanej przeze mnie w mało cenzuralny sposób...

A wszystko to chyba związane jest niestety ze spadkiem jakości mleka cyckiego. Był już moment, że Tymol miał dwie pobudki - o pierwszej i o piątej i było pięknie, ale... Pod koniec drugiego miesiąca życia okazało się, że Tymol, podobnie jak jego siostra, ma skazę białkową. Długo się łudziłam, że to może trądzik niemowlęcy, ale bez przesady, ile można sobie wmawiać, że niemowlę ma go na łokciach, uszach i łydkach... Do tego doszła straszliwa ciemieniucha i nie było rady - musiałam się pożegnać z krową pod wszelkimi postaciami. Po tygodniu obserwacji, kiedy to z buzi zeszła mu w końcu czerwona skorupa, ale wysypka i tak została, tylko w lżejszej formie, wykluczyłam z menu także jajka. Pomogło, skóra się goi, ale Młody ewidentnie przestał się najadać tym, co dostaje.

Jak mawiała moja babcia, brzydko może, ale zgodnie z prawdą, z gówna się twarogu nie ukręci, więc nie dziwię się jakoś bardzo, że z tych kilku dosłownie produktów, które mogę jeść, przestało powstawać mleko wysokoprocentowe. A Młody przegłodził się jeszcze porządnie przez moją grypę, kiedy to pokarmu było naprawdę malutko, oj malutko. Co mu sie dziwić, że walczy o swoje...

Dokarmić się nie da - kiedy wtykam mu smoczek od butelki do paszczy, patrzy na mnie jak na debila, z miną o treści - "Ale że co to jest, no bez jaj matka, co to za plastik?" i wypycha językiem, nawet nie próbuje pociągnąć, uparty jak muł wielbiciel natury...

 Albowiem Tymek je wtedy, kiedy chce. Nie tylko nie da się nakarmić butelką, ale i na tak zwanego " śpiocha". Próbowałam mu zaproponować posiłek last minute, tuż przed snem, oczywiście moim - taaaaa, łypnął okiem, mlasnął, zerknął i zasnął, jednoznacznie okazując, że nie jest zainteresowany, bo on przecież śpi. Teraz śpi i już. Co nie przeszkadzało mu obudzić się pół godziny później, kiedy ja spałam.... 

A sam Tymek śpi jak zając pod miedzą. Dłuższe drzemki - to jest dłuższe niż piętnaście minut, łapie tylko rano, kiedy Blanka jest w przedszkolu. Pod warunkiem, że: nie zadzwoni domofon, nie zapuka listonosz, nie zaszczeka pies, nie przejdzie karetka, nie włączy się alarm w aucie pod blokiem, nie zadzwoni mi telefon, a ojciec nie kichnie... No nie ma on snu po swoim tatusiu, nie ma, a szkoda, bo jego rodzica nie budzi nawet wystrzał armatni. Mnie wybudza wszystko i już wiemy, jak się geny rozłożyły w tej kwestii. 

Tymol jest dzieckiem pogodnym i spokojnym. Kiedy go karmię, muszę się pilnować, by na niego nie patrzeć i nie uśmiechnąć się do Waćpana, bo jeśli tylko złapie moje spojrzenie, puszcza cycka i ... uśmiecha się do mnie. No szczerzy się całym sobą i trudno go namówić do kontynuacji, a nie ukrywam, że w okolicach czwartej nad ranem zależy mi na czasie konsumpcji. Która trwa i trwa, i trwa, i trwa. Mój syn się nie spieszy, delektuje się, zje trochę, odpocznie, popodsypia - a kiedy go odłożę, to dochodzi do wniosku, że pora na wielką kupę, kończącą się nota bene, zwykle pod łopatkami. Więc trzeba wyciągać obsrańca, przewijać, przebierać, a wtedy to on już jest zwarty i gotowy do konwersacji, do uśmiechania się, do zagadywania matki, która nie wiedzieć czemu, warczy na niego jak pies... 

Nic nie pomaga. Ani zawijanie w kocyk, ani zatykanie smoczkiem - ja mu wciskam w zaciśniętą gębulę, a on, jak już mi się uda, pozbywa się gumiaka w ciągu kilku sekund i gaduli w najlepsze. Coraz głośniej, coraz bardziej poirytowany, że nikt mu nie odpowiada. Zatykam więc go znowu. Wywala smoka. I tak z pięćdziesiąt razy w ciągu godziny. Nad ranem wpada już tylko w krótkie drzemki; wstajemy między szóstą a siódmą, choć trudno to nazwać w moim przypadku wastawaniem - zwlekam się jako półżywe zombie, a on guga i gaga, zadowolony, jakby mu ktoś w kieszeń narobił. Nie przeszkadza mu mokra pielucha, nic mu nie przeszkadza, o ile jest najedzony. Wsadzam więc go rano w leżaczek, gdzie spokojnie spędza ponad godzinę, machając kończynami, tłukąc łapami w wiszące zabawki i obserwując karuzelkę z pozytywką. 
Jak dla mnie - rzecz z kategorii cudu, albowiem Blanka po trzech minutach spędzonych w tym samym leżaczku, zaczynała wić się jak piskorz, prężyć, wyginać, a gdy jej nie wyjęłam we wskazanym czasie - także drzeć się jak obdzierana ze skóry. A Tymol sobie siedzi. Patrzy, obserwuje i uśmiecha się - wystarczy się nad nim nachylić, wystarczy zagadać, a już się mała gębula rozjarza, już się Bambaryłka szczerzy od ucha do ucha. Cudne to jest, jaka fantastyczna odmiana po Blance, która większość moich wysiłków,w  najlepszym przypadku, witała marsową miną...

Są jednak momenty, kiedy Tymol domaga się towarzystwa, no bo ileż można czasu spędzać w samotności - szanuję to i lecę zapewniać rozrywkę, doceniając fakt, że przez większość czasu Tymon jest chłopcem bezproblemowym. Podrzucam na kolanie, a on się śmieje w głos, aż się zachłystuje, kładę sobie na brzuchu - a on zadziera głowę i grucha, i gada, i cieszy się jak głupi do sera. 

Powoli Tymol zaczyna się robić mobilny w ramach swoich skromnych możliwości, przekręca się z pleców na bok bez żadnego wysiłku; usiłuje iść dalej i przewrócić się na brzuch, ale jak na razie kończy wygięty w łuk, zły i rozdrażniony, grzebiąc rękami i nogami. Nad tymi pierwszymi panuje coraz lepiej - piąchę ładuje uparcie do buzi, a jak na wielbiciela natury przystało, zamiast smoczka namiętnie ssie swoje dłonie. Niestety, używa ich także do rozdrapywania zmian na skórze, tak więc wygląda jakby sypiał w jednym łóżku z kotem, którego nie mamy. 

A, i uwielbia jeździć autem. Wsadzony w fotelik siedzi sobie, kontempluje świat, który mijamy, nawet nie piśnie, nie zamarudzi,  tak sobie jedzie, aż w końcu spokojnie zasypia ( tu pozdrawiam moją serdeczną przyjaciółkę Yoannę, matkę Kacperka :-)))), absolutnie bez żadnych podtekstów :-) 

Update. 
Nie warto być złośliwym, wybacz Yoasiu... własnie mój syn obudził się na pierwszy posiłek. Cóż, nie można jak widać mieć wszystkiego, albo ma się dziecko, które sypia w aucie, albo w nocy...



niedziela, 11 października 2015

POETKA

Blanka siedzi Andrzejowi na barana, wysoko ponad płynąca rzeka ludzi, Tymek śpi sobie spokojnie wtulony we mnie w nosidle; przemieszczamy się powoli w polmroku rozświetlonego, wielobarwnego miasta. Blanka podnosi głowę i mówi: 
"Mamo, zobacz ile gwiazd !"
 Faktycznie, bezchmurne niebo całe migocze. 
Młoda opuszcza głowę, rozgląda się i dostrzega grupę dzieci z balonikami - każdy z nich ma w środku ledowe światełko; kiedy dzieciarnia potrzasa patykami, balony kolysza się, a światełka w środku podskakuja jak uwięzione świetliki. 

Blanka przygląda im się chwilę i nagle rzuca: 
"Mamo, a może to gwiazdy spadły z nieba, powpadaly do balonikow i tak świecą ? "

czwartek, 8 października 2015

SKOK NA GŁÓWKĘ

Blanka tak się ostatnio wyglupiala, tak wariowała wieczorem, tarzala po kanapie, że - pomimo licznych ostrzeżeń - zleciala z niej i to z hukiem. Do tylu i to centralnie na głowę, walnęła nią o podłogę aż zatrzeszczaly - panele i dziecięce kręgi szyjne.

Mi zrobiło się słabo, cała akcja trwała sekundy, Blanka fikala sobie koziołki do tylu i nagle jej się skończyło łóżko, czego nie przewidziała, ani ona, ani ja. Cud, ze sobie nie skręciła karku; skończyło się wielkim rykiem i moją reprymenda, no bo ileż można tłumaczyć i mowic, i prosić,  i ostrzegac... 

Mój mąż, który był świadkiem całej akcji, z wrodzoną ironią zaproponował Blance, zaraz po tym jak skończyła beczec: 

"'Brawo! Jutro musisz spróbować skoczyć na główkę ze stołu! "

sobota, 3 października 2015

DYPLOMATKA

Blanka ogląda bajki. Gdy otwierają się drzwi i staje w nich Andrzej, zaskakuje zgrabnym susem z kanapy, podbiega do telewizora i szybciutko wciska paluchem przycisk off. Jednocześnie, z rozbrajajacym uśmiechem, oznajmia ojcu:

"Właśnie miałam wyłączyć " :)

środa, 30 września 2015

KOŁA CZASU

Blanka uczy się jeździć na rowerze bez bocznych kółek. Andrzej prowadza ją, trzymając za kij przyczepiony pod siodelkiem. Młoda kręci pedalami i krzyczy, że już jedzie, prawie sama jedzie, choć ciężko jej jednak zachować równowagę. 
Andrzej biegnie za nią, asekuruje, żeby się nie przewróciła 

Jesteśmy u rodziców. Teść prosi Andrzeja, żeby pomógł mu wsiąść na rower, bo od operacji jeszcze nie jeździł, boi się, że się przewróci. Luby pomaga mu, robią kilka kółek po podwórku. Andrzej biegnie za nim, asekuruje, żeby się nie przewrócił 

Coraz szybciej kręcą się rowerowe koła i rowerkowe kółka. 
Koła czasu. 

poniedziałek, 28 września 2015

KOMPLEMENT

 Zrobiłam kolejne ciasto. Tym razem udane.  Z gruszkami - wyszło świetne, takie, jak powinno być - miękkie, puszyste, delikatne, lekko wilgotne. Blanka bardzo lubi moje wypieki, więc gdy tylko zorientowała się, że stojące na balkonie ciasto już wystygło, poprosiła o kawałek. Ukroiłam, zaserwowałam, Młodzież ugryzła i z wielkim entuzjazmem zakrzyknęła:

"Mamo, to ciasto jest pysznastyczne!!!"
:-)

piątek, 25 września 2015

MURZYNEK

Zachciało mi się ciasta. A dokładnie to naszła mnie ochota na słodycze, ale w związku z faktem, że Młody ma skazę białkową, niestety musiałam je zupełnie wykluczyć z diety, bo praktycznie wszystkie mają w swoim składzie mleko. Tak więc nie mogłam zjeść niczego gotowego, ale pozostało mi jeszcze pieczenie, więc zakręciłam na szybko biszkopt ze śliwkami, pomiędzy usypianiem Tymka, wstawianiem zmywarki, zaganianiem Blanki do spania i sprzątaniem. I to był błąd. Ustawiłam za wysoką temperaturę, więc ciasto nie wyrosło, potem ją zmniejszyłam, ale za bardzo - gdy chciałam je wyjąć, odkryłam, że jest surowe w środku - żeby je dopiec przestwiłam z kolei piekarnik na dwieście stopni...

Kiedy do niego zajrzałam dziesięć minut później, tylko westchęłam ciężko, wyjmując to, co miało być biszkoptem ze śliwkami.

Co  najgorsze, chwilę później wszedł do kuchni Andrzej, rzucił okiem na blat, na którym stało ciasto i bardziej oznajmił, niż zapytał:

"Ooooo? Upiekłaś murzynka?"

No.

czwartek, 24 września 2015

TEST

Zaczynam się zastanawiać, czy Tymol to na pewno mój syn.
 Darł mi się wczoraj cały dzień, nie chciał jeść, wykrzywial się na sam widok cycka, usilnie namawiany - pił kilka łykow i uderzał w płacz. Ki diabeł, zastanawiam się, równie wkurzona jak i on, dziecko mi podmienili czy co? 
Aż odkryłam przyczynę dziecięcego niezadowolenia, co niestety, spotegowalo moje niezadowolenie i to znacznie. 

Kawa. 
Matka się kawy napila rano.
No proszę ja Was, taka afera o jedną, malutką kawkę z jednej płaskiej łyżeczki. . Tyle darcia się, pyszczenia i awanturowania się, no wypraszam to sobie, to lekka przesada.
Qqqq
Jestem zdegustowana. Tymek też był. Chyba nawet bardziej niż ja, więc tym bardziej się zastanawiam, czy to na pewno mój syn...

Niemożliwe. Mój, a kawy nie lubi ?
No niemożliwe, a jednak.

Muszę się piwa napić, żeby sprawdzić, czy Andrzej jest na pewno jego ojcem... 


środa, 23 września 2015

NUDNA NIESPODZIANKA

Kiedy idę po Blanke do przedszkola, zabieram z sobą Tymka w nosidle i Travisa - kundla przypinam na smyczy do ogrodzenia i idę po Młodą. Psiur cierpliwie czeka, czasem dość długo, bo zwykle Blanka bawi się jeszcze chwilę na przedszkolnym placu zabaw i czasem ten moment przeciaga się nawet do godziny. 

Używam w takich sytuacjach psa jako wabika, rzucam Młodej: 
"Zobacz, kto na Ciebie czeka !"

A ona leci się z nim witać, wyłazi za bramę i zwykle już idziemy do domu.
Ostatnio, gdy ja odbieralam, poganialam ja, żeby się pospieszyla, bo głodny Tymek wiercil mi się i krecil; bałam się, że da koncert. Blanka zainytrygowana moim pośpiechem, zapytała:

"A czemu mam się pospieszyć, masz dla mnie jakąś niespodziankę ?"

Z braku laku rzuciłam więc z lekko fałszywym entuzjazmem:

"Mam! Travis na Ciebie czeka!"
Młoda skrzywila się i rzekła:

"Nudna ta niespodzianka, ten Travis, ciągle Travis i Travis. .."


sobota, 19 września 2015

KTO PIERWSZY?

Myjemy zęby, gasimy światło w łazience i kierujemy się w kierunku sypialni, aktualnie - pokoju dziecinnego. Blanka po drodze rzuca się całym ciężarem ciała na Travisa śpiącego na swojej pufie, wtula się w jego grube, gęste futro; pies posapuje cicho, cierpliwie znosi dziecięce pieszczoty. Ja też przy nim kucam, drapię go za uszami, czochram po wielkim łbie. Nagle Blanka ni to pyta, ni to oznajmia:

"- Mamo, Travis już jest stary?
- Ma osiem lat
- I kiedyś umarnie?
- Kiedyś umarnie
- My też umarniemy?
- Tak
- I pojdziemy do nieba?
- Taaak...

( tu zawahałam się nieco, ale nie bardzo miałam po ciężkim dniu siłę i ochotę na dywagacje o kwestiach dobro - zło, niebo - piekło i milion "dlaczego?")

- Ciekawe, czy będziemy mieszkać razem na jednej chmurze!?
- Pewnie tak, przecież jesteśmy rodziną!

- A kto pójdzie pierwszy? 

...

piątek, 18 września 2015

TĘSKNOTA ZA ZIMĄ

Travis do kilku dni trze tyłkiem o dywan. Siada na dupie, za przeproszeniem, i bez żenady ciągnie nią po wykładzinie. Dobrze, że jest czarna :-) 
Co nie zmienia faktu, że wnerwia mnie to straszliwie, więc już kilka razy prosiłam męża, żeby poszedł z psiurem do weterynarza, bo podejrzewałam, że Białasowi dokuczają robaki. 

Wczoraj, kiedy szłam po Blankę do przedszkola, Travis tarł już tyłkiem o wszystko - o chodnik, o mijane po drodze trawniki, szczytem było, gdy mi się zatrzymał na środku ulicy, w chwili, gdy kończyło nam się zielone światło i zaczął ciągnąć dupą po pasach.... 
Ku uciesze przechodniów oczywiście.

Wsiadłam więc dziś na Lubego, jak na łysą kobyłę i wywarczałam:

"Idź z nim w końcu do weterynarza, bo ona "saneczkuje" już na każdej powierzchni!"

A Andrzej uśmiechnął się tylko i rzucił:

"Może tęskni za zimą?"

Ale zebrał się i poszedł. 

wtorek, 15 września 2015

WASZA (NASZA) NADYNTOŚĆ

Dwumiesięczny Tymek ma brzuch okrągły jak beczułka, dwie brody, waży około sześć i pół kilograma i nosi ubranka w rozmiarze 68, dokładnie tak jak jego siostra, gdy miała... pół roku.

Młody jest wielki, ciężki i uwielbia jeść. Odkąd się nieco ogarnął z kolkami, dzięki podawanym przed każdym karmieniem kroplom, stał się całkiem fajnym kolesiem. W sumie płacze gdy: a) jest głodny, b) jest głodny, c) jest głodny, d) chce mu się spać lub się nudzi. Zresztą  - doprecyzujmy - Tymek, który ma ochotę coś zjeść, nie płacze. On ryczy. A przetrzymany nawet dziesięć minut, ryczy jak obdzierany ze skóry i nie daje się uspokoić. Ba, nie daje się nawet nakarmić, tak się wścieka! Zje trochę i wrzeszczy dalej, jakby zapomniał o przyczynie swojego płaczu, dopiero zatkanie smoczkiem, którego ciamka dłuższą chwilę z wyrażną irytacją, pomaga mu ogarnąć skołatane nerwy i kontynuować posiłek.

W ciągu dnia Młody je co godzinę, półtorej... Obudzi się, zeżre co jego, beknie, uleje i... zaczyna rozdawać uśmiechy. Oj tak, syty chłopczyk śmieje się od ucha do ucha. Uśmiecha się do mnie, do Blanki, do ojca, nawet Travis zostaje obdarzony kilkoma pięknymi uśmiechami. Nie trwa to jednak zbyt długo, góra pół godziny, bo szkrab szybko głodnieje i znów życzy sobie posiłku. A jak już dopchnie swój żołądek niemal kolanem, zapada w drzemkę. Zwykle piętnastominutową, czasem śpi dwadzieścia minut, góra pół godziny.

Potem wybudza się i jeśli w porę nie zareaguję - nie dam smoczka, nie otulę, nie pogłaszczę po nosie, wybudza się na dobre i marudzi. Aż do następnej drzemki, która następuje ... no właśnie. Następuje, albo i nie. W dzień Tymol nie wykazuje żadnej regularności. Czasem wstaje o siódmej i na pierwszą, dłuższą drzemkę zapada o...czternastej. O piętnastej wstaje i ciągnie do wieczora bez snu. Czasem budzi się o siódmej i o ósmej jest już gotowy do dalszego trollenia. Najczęściej jednak, niestety, łapie kilka krótkich drzemek, no bo przecież... musi jeść! Kto traciłby czas na spanie, skoro można do woli tankować...

Jego nieregularny tryb życia skutecznie utrudnia mi planowanie czegokolwiek, więc... nie planuję. Korzystam z nielicznych chwil, kiedy śpi - stałam się mistrzynią w robieniu obiadu w kwadrans i ogarnianiu chaty w dziesięć minut. W związku z faktem, że po południu Młody staje się marudny i zdarzają mu się jeszcze ciągle ataki kolki i strasznego ryku, około szesnastej pakuję go w wózek, zabieram Blankę, Travisa i jedziemy na spacer. Zwykle na któryś z pobliskich placów zabaw, gdzie Blanka błyskawicznie organizuje sobie towarzystwo do zabawy, Travis zalega przy ogrodzeniu i cierpliwie na nas czeka, a Tymol, po odbębnieniu swojej standardowej, maksymalnie półgodzinnej drzemki, kontempluje.

Dosłownie. Od blisko dwóch tygodni domaga się wyraźnie wyjęcia z wózka, biorę go więc na kolana, a ona tak półleży i sobie patrzy - na drzewa, na bawiące się dzieci, na niebo. Oczywiście dopóki nie zgłodnieje... Ogólnie jeżdżenie w wózku toleruje, pod warunkiem, że ma uchyloną budkę i cokolwiek widać. Leży sobie spokojnie i podziwia chmury. W domu też coraz częściej życzy sobie ... towarzystwa. Do dwóch rodzajów płaczu ("jeść" i "jestem zmęczony, chcę spać") dołączyło żałosne marudzenie - "nudzi mi się, weź mnie".

Więc bierzemy - na ręce, na kolana, do bujanego fotelika - wtedy Tymol natychmiast przestaje zawodzić, uśmiecha się całą swoją bezzębną gębulą i zaczyna... gadać. Zadowolony grucha jak gołąb, ach te jego wszystkie "auuuuu, aguuuu, oeeeeee, aiiiiii, ageeee, agiiii", wszystkie lokalne srajduny wymiękają, nawet te w gruchające w porze godowej. Gada tak sobie, grucha i trzeba mu odpowiadać, bo ignorowany zaczyna się irytować i popłakiwać. Słowem - rośnie kolejna gaduła w naszej rodzinie. 

A rośnie jak na drożdzach, choć dokładnie to na mleku cyckim. Dwumiesięczny Tymol pieknie i wysoko trzyma głowę, choć leżeć na brzuchu za bardzo nie lubi i szybko życzy sobie zmiany pozycji. Lubi za to podróżować w nosidełku, otulony miękkim materiałem zasypia w ciągu kilkunastu minut. 

Wieczorem niestety jest dużo gorzej. Mam wrażenie, że kapiel go pobudza, zamiast wyciszać. Pakujemy go do wiadra w okolicach dziewiętnastej, potem karmienie, a on, zamiast runąć w obięcia Morfeusza po ciężkim dniu, jeszcze szerzej otwiera ślepia i... gada sobie, kręci się, albo po prostu leży. I nie śpi.

Wtykam mu smoczek - pluje nim na odległość, roluję w kocyk jak larwę - wygrzebuje się z niego w kilka sekund i macha łapami, i gaduli. Pada gdzieś w okolicach dwudziestej pierwszej, czasem zasypia łaskawie po dwudziestej, jak dziś. By radośnie zażądać pierwszego nocnego posiłku o ... 24. Zdarzyło mu się też nawet o 23. Najpóźniej o 1, wnerwia mnie tym niesamowicie, bo pierwsze tankowanie nazywam "towarzyskim". Chrząka, stęka, miauczy, gaduli, więc wstaję, szykuję się do karmienia, a ten skubaniec pociągnie parę łyków i... śpi dalej. I nie da się go nakarmić, gdy Tymek chce spać, to żadna siła go nie zmusi do jedzenia, ot, napije się i spi dalej, a matka wstać musi...

I odwrotnie. Gdy Tymek chce jeść, to żadna siła go nie zmusi do spania... Drugi raz budzi się o trzeciej i tu już konsumuje pełny, treściwy posiłek, słowem - tankuje do oporu. I budzi się na dobre. A raczej na złe. Po tej pobudce potrafił mi czuwać dwie godziny - zatykałam smoczkiem, owijałam, prosiłam, namawiałam, przytulałam i klęłam jak szewc - nic nie pomagało, no nie spał i już. Oczy jak pięć złotych, ręce chodzące jak wiatraki, wił się w łóżeczku jak piskorz i narzekał, dopóki nie odkryłam, o co mu chodzi.

O matko idiotko, wystarczyło pomyśleć, bo o co mogło chodzić Tymkowi ? 

Oczywiście, o żarcie. 
Wyszłam na prostą, gdy odkryłam, że jeden cycek na posiłek o trzeciej to mało, zdecydowanie za mało, muszą być dwa!  A to, że ten mały koleś sobie przysypia przy pierwszym o niczym nie świadczy, na pewno nie o tym, że się najdał - ot, zdrzemnął się jak wujek Stasiek na weselu, z gębą w bigosie, co absolutnie nie znaczy, że mu ten talerz należało zabrać... Albowiem, kiedy zwijałam bufet i odkładałam przysypiającego Młodziana do wyra, on budził się i złościł... bo mu michę zabrali!!!. 

Odkrycie to obniżyło znacząco poziom mojej frustracji, choć nie poprawiło za wiele w naszych nocnych relacjach, bo karmienie o trzeciej, tak, żeby Wasza Nadyntość (a raczej nasza) napełnił swój brzuchol w stopniu go zadowalającym, trwa GODZINĘ. Z zegarkiem w ręku. 

Przy cycku przecież można sobie bowiem pomlaskać, possać, pociućkać, odpocząć, przerwać na dłuższą chwilę, spojrzeć matce głęboko w oczy z miłością i pouśmiechać się do niej przez dziesięć minut, będąc głuchym, na faktycznie, mało zachęcające, wywarczane " no jedz, tyyyyyyy mały..." A potem powtórzyć cały proceder od nowa, ponoć przy jedzeniu nie można się śpieszyć i ten mały koleś chyba o tym wie...

A potem jest już tylko gorzej. Nażarty Tymek zasypia o czwartej, by obudzić się o... piątej, w doskonałym nastroju, jeść nie chce, więc pacyfikacja za pomocą cycka nie wchodzi w grę - sprawdzałam. Leży sobie, Gad jeden i gada, żądając oczywiście, udziału osób trzecich w konwersacji. Na co bladym świtem, mizerną mam ochotę... Więc Tymol się irytuje, no bo jak to, on już wstał, zgaduje matkę, a ta nic, tylko mu jakąś gumę pcha do gęby - pluje więc smoczkiem, złości się, beczy, by w końcu, w okolicach godziny szóstej, jednak zasnąć. Tylko po to, żeby obudzić się ponownie o siódmej, ostatecznie i nieodwołalnie... 

"Zamiłowania" do spania do on nie ma po ojcu, choć wszyscy mówią, że jest do niego bardzo podobny - tylko włosów ma więcej :-)

No jest. W miarę prosty w obsłudze.
Najedzony i wyspany Tymek, z naciskiem na "najedzony", to zadowolony Tymek, zupełnie jak jego tata.

sobota, 12 września 2015

BOLAŁO

Andrzej i Młoda zbierają się na małą wycieczkę, spieszą się, bo ojciec odsypial po nocy i wstał dość późno. Blanka dopytuje, czy pojadą rowerem, jednocześnie jedząc biszkopty przygotowane na drogę i zakładając buty. Multizadaniowosc nie jest jej najmocniejszą stroną, więc kiedy ojciec mówi jej, że pojadą autem i  tłumaczy, dlaczego: 

"Zostawiłem rower w pracy, kolega mnie podwiozl do domu, bo lało "

lekko rozkojarzona Blanka rejestruje tylko końcówkę jego wypowiedzi i dopytuje:

"Bolało?  Ale co Cię tato bolało? 

czwartek, 10 września 2015

CO ZA KOLEŚ. ..

Trzecia w nocy. Budzi mnie charakterystyczne, dobrze już znane pochrzakiwanie. Zwlekam się z łóżka, ledwie widząc na oczy, wściekła, bo pierwsza pobudka była o dwunastej, a doskonale wiem, że następna będzie o piątej, o ile Gad w ogóle zaśnie, i idę po omacku do pokoju dzieciaków. Mielac w zębach przekleństwa zapalam lampkę, spoglądam do łóżeczka .... 

a tam leży sobie ten mały koleś pozbawiony szyi, za to dwiema brodami 

I śmieje się na mój widok 
Od ucha do ucha 
Całą swoją bezzebna gębą  

No jak tu się nie cieszyć, myślę sobie, w końcu ...
Mleko przyszło !!!  

Wzdycham ciężko i wszystko mi przechodzi , cała irytacja znika nagle i też się uśmiecham do tego małego kolesia. ..

sobota, 5 września 2015

WYBÓR

Zawsze wieczorem, po kąpieli, wskakujemy do łóżka Blanki i czytam jej to, co wybierze. Ostatnio wałkujemy "Ja i moja siostra Klara" - Młoda zna już prawie na pamięć wszystkie trzy książki z tej serii. Zazwyczaj czytam jej ja, czasem wyreczy mnie mąż, ale rzadko, bo Blanka najczęściej domaga się mojej obecności podczas zasypiania. Po czytaniu mają miejsce "szeptanki" - Młoda rzuca hasło - np. "O żyrafie z bardzo długą szyją", a ja na poczekaniu wymyślam bajkę na zadany temat, szeptem opowiadam jej stworzoną właśne historyjkę, a Blanka zasypia. 

Bardzo lubię ten nasz wieczorny rytuał, to czas kiedy możemy się na spokojnie poprzytulać, pogadać, pośmiać, porozmawiać o tym, co się zdarzyło w ciągu dnia. 
Przedwczoraj, kiedy znów Tymol ryczał i ryczał i znów nie mógł zasnąć, zaproponowałam nieśmiało, żeby może tata tym razem uśpił Kajmana, a ja jej poczytam jak zawsze. 

Blanka spojrzała tylko na swojego brata, który wcale nie zamierzał spać i głośno dawał to wszystkim do zrozumienia i oznajmiła:

"Nieeeee, ja idę z tatą!"

a po chwili dodała:

"A Ty z tym wyjcem"

I sobie poszła. No dzięki córeczko...

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

O TYM ZE BEZRUCH W PEWNYCH PRZYPADKACH JEST NIEMOŻLIWY ...

Po kąpieli Blanki, korzystając z tego, że wanna była pełna wody, poprosiłam Andrzeja, żeby wykąpał też psa. Travis podczas wizyty u teściów skorzystał z okazji i wlazł do stawu, więc, delikatnie mówiąc, zalatywał żabami... 

Travis jest dziwnym labradorem, lubi wodę, uwielbia się kąpać, ale niecierpi być mokry - po kąpieli dostaje przysłowiowego pierdolca - biega po całym mieszkaniu, wyciera się o dywan, generalnie po minucie takiej psiej szarży mokro jest wszędzie, nawet po wytarciu podłogi.  

Tak było i tym razem, prosiłam więc Blankę, która już w piżamie i na boso kursowala po mieszkaniu, żeby uważała.  Prosiłam kilkanaście razy, upominałam, bo moje dziecko ma miły zwyczaj poruszania się biegiem i do tego w podskokach. Na nic się to nie zdało, w pewnym momencie latający wszędzie za nami Troll poślizgnal się na wilgotnym gresie i klapnal boleśnie na tyłek. Nawet nie zaplakała widząc moją minę, na której wypisane było: "A nie mówiłam, żebyś nie biegała?" 

Wyprowadzilam ja do pokoju, rozmasowałam obolala rączkę i zanim poszłam po suchą piżame, przykazalam surowo: 

"Siedź tutaj i się nie ruszaj!"

Młoda postanowiła doprecyzować moje polecenie i kiedy szłam do pokoju, usłyszałam jak pyta:  

"A buzia też mam nie ruszać ? A oczami chociaż mogę ???"

czwartek, 27 sierpnia 2015

O RYCZKU I DYSKRECJI

Kiedy Tymek ryczy,  ryczy, ryczy, tak że mam ochotę wyskoczyć na papierosa, chociaż nie palę, i to najkrótszą dostępną drogą, prosto przez balkon, Blanka ogląda bajki. Dużo bajek. Gdy nie ogląda, to zwija się w kłębek, zakrywa uszy i też krzyczy 
"Nie wytrzymam tego, nie wytrzymam tego dłużej ". Ja też córeczko, mam ochotę jej powiedzieć, ja też.   

A ten beczy. Najedzony, ma sucho, krople na brzucho dostał, przytulony,  otulony, a beczy. Nie mam pojęcia, czego ode mnie chce; jeśli tego, żebym wyszła po gazetę i wróciła za piętnaście lat, to jest blisko 

Blanka też zaczyna beczec, chce na kolana, nie mam jak jej wziąć, przytula się na chwilę, ale Tymol tak ryczy, że ucieka, zwija się w kłębek na kanapie I zawodzi:
"Nie jestem ważna, nie jestem waznaaaaa "

Proponuję więc kolejna bajkę, cichnie powoli, zagapiona w ekran, odrywa się na chwilę w przerwie na reklamy i mówi: 

"Tata będzie zły, że tak dużo oglądam "
Obiecuję więc, ze nie powiem. 

Jak się jednak przekonuję następnego dnia, dyskrecja nie jest mocną stroną mojej córki, kiedy Andrzej zbiera się do pracy, Blanka przebiega do mnie i konspiracyjnym szeptem pyta, czy włączę jej jedną bajkę jak tata pójdzie. Kiwam głową, bo Młody trąbi tak, że nie jestem w stanie się odezwać. Na co bardzo uradowana Młoda leci do ojca, wręcza mi plecak z szelmowskim uśmiechem i oznajmia:

"Już idź do pracy tato, idź szybko, bo się spoznisz "

Jakby mogła, to by to za drzwi wypchnela. ..


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

O PTAKACH

Przychodzi rano Blanka do naszego łóżka i oznajmia:
"Mamo, wyspalam się jak... orzeł! "
(????)

Spacerujemy. A raczej przemieszczamy się deptakiem w mocno rozciągniętej kolumnie - Blanka leci gdzieś z przodu, kluczy jak pijany zając, skacze i gania gołębie, potem ja z wózkiem, kilka metrów za nami wlecze się łapa za łapa ziejacy Travis. Wołam na zmianę jedno i drugie, Młoda prosze, żeby zaczekala, psa poganiam, żeby przyspieszył i tak.w kółko. Ani jedno ani drugie nie słucha, pies lecie ledwie idzie, bo gorąco, Blanka z uporem maniaka ploszy srajduny. Proszę ją: 

"Blanka, daj im spokój, niech sobie chodzą, im też jest gorąco "

Na co moja rezolutna córka rzuca mi:
"Mamo, ale jak sobie polataja to będzie im chlodniej"

sobota, 15 sierpnia 2015

ŁAGIMOWKI

Blanka lubi się ze mną bawić w łamigłówki - najbardziej - tę językowe. Łazi za mną i żebrze "no powiedz mi jakieś trudne słowo " a kiedy rzucam hasło w stylu "dysocjacja,  aksjologiczny, partytura"- dzielnie i zwykle bezbłędnie powtarza. Ale czasem trafia na słowo,  które sprawia jej problem, jak wspomniane "łamigłówki" , które u nas są niezmienne "lagimowkami" czy słowo "lojalny", które niespodziewanie sprawiło jej duży problem 
Mówię do Blanki: 
"Powiedz lojalny
- jolalny
- Jeszcze raz: lojalny
- jolalny 
- nie, źle było, powiedz dobrze: lojalny
- Mamo, ale ja nie umiem, jestem przecież jeszcze dzieckiem!"

Argument nie do pobicia 

czwartek, 13 sierpnia 2015

MIESIĄC

Tymek dziś kończy miesiąc. Zaczyna się coraz uważniej rozglądać, wodzi oczami za pokazywaną zabawką, odwraca w jej kierunku głowę, którą trzyma coraz sztywniej. Ze szpitala został wypisany z waga 3860, równo dwa tygodnie później ważył już 4,40. Teraz ma ok 5 kg, ubranka rozmiar 56 powoli stają się przyciasne.  Albowiem Tymek lubi sobie zjeść, delikatnie mówiąc. A wprost - to dziecko żre - aż do wypęku, aż brzuch zrobi się idealnie okrągły, jak piłka; żre, aż mu się uleje. Po czym odpoczywa chwile, podsypia i... dochodzi do wniosku, że skoro ma jeszcze trochę wolnego miejsca, to warto je zapełnić. Dojada, przez moment leży sobie syty i zadowolony, następnie robi wielką kupę. .. i znów odkrywa, że ma wolne miejsce!  A że natura i Tymek nie lubią próżni, to co? Oczywiście, jemy! A raczej tankujemy pod korek I tak co trzy godziny, z zegarkiem w ręku.

Pomijając oczywiście drobne posiłki w międzyczasie uskuteczniane głównie po to, żeby się napić lub przytulić. Dopiero nażarty Tymek zaczyna się przymierzać do drzemki -  najlepiej śpi się oczywiście na matce, przy matce, obok matki - konfiguracja dowolna. Każda przedwczesna próba odlożenia dziecka, zanim twardo zaśnie, skazana jest z góry na niepowodzenie, natychmiast otwierają się małe ślepia i zaczynaja szukać mamy. Tylko po kąpieli Tymek zasypia sam, zmęczony całym dniem. Kąpać się lubi, mruczy zadowolony, no chyba ze jest rozespany albo głodny, a głodny Tymek to zły Tymek.

Wodujemy szkraba między 19 a 19.30, potem karmienie i spać Czasem zasypia pięć minut, czasem półtorej godziny, ale budzi się jak na komendę o 24, 3 i o 6 . I znów raz zje i zasypia, a raz się budzi i czuwa dwie, trzy godziny, albo awanturuje nie wiadomo o co. Po karmieniu o szóstej raz zasypia, a raz nie. Ale jest na tyle miły, ze obudzony nie drze się jak opętany tylko leży sobie, chrzaka, steka, chrumka, posapuje, musi się mocno niecierpliwic, żeby zacząć pokrzykiwać na matkę. 

No chyba, że jest bardzo głodny, a jak już wiadomo głodny Tymek to zły Tymek. Od kilku dni zaczyna redukować ilość nocnych tankowań, budzi się na żarcie o pierwszej, drugiej i o czwartej, piątej., Ale za to o siódmej już jest gotowy do rozpoczęcia nowego dnia. Zjada - a jakżeby inaczej i wojuje około trzech godzin. Niestety to jedyny czas w ciągu dnia, kiedy jest w miarę spokojny, na tyle, że mogę zrobić w ciągu kilku minut śniadanie sobie lub Blance. W okolicach dziesiątej trzydzieści pada na drzemkę i śpi... czasem trzy godziny, czasem pół godziny. Jak dziś. I jest to jego jedyna drzemka w ciągu dnia, niestety.

Przez piersze trzy tygodnie Tymcio jadł i spał po kilka godzin i tak na zmianę - pewnie po to, żebym mogła przekonać się, jak cudne może być takie spokojne macierzyństwo, którego nie dane mi było i nie będzie dane jednak doświadczyć. 

Po drzemce zaczyna się wolna amerykanka, a ja zaczynam liczyć godziny do wieczora, próbując jakoś dotrwać. Tymcio głównie płacze, każde kolejne karmienie nasila ryk. Tak, kolki, temat  przerobiony już z Blanką. Do wieczora Młody już nie zasypia, łapie krótkie drzemki, maksymalnie kilkunastominutowe, u mnie na rękach - odłożony - budzi się i zaczyna płakać. W okolicach 16, 17 pakuję go do wózka i idziemy na spacer, zaoparzeni w smoczek i resztki sił. I spacerujemy, a raczej poruszamy się w pulsacyjnie - trzy kroki - płacz - wcisnąć smoczek - dwa kroki - płacz - włożyć smoczek - pięć kroków - płacz - dać smoczek... I tak godzinę, nie dłużej, bo wieczorem płacz przechodzi w regularny ryk.

Tak straszny, że Blanka chowa się, zwija w kłębek, zakrywa uszy rękoma i też zaczyna płakać. A Tymol ryczy, czerwonosiny, wykrzywiony, szarpie się, drapie, ciągnie za pierś, krztusi, dławi - im bardziej nerwowo je, tym jest gorzej. Nie pomaga wielokrotne odbijanie, nie dają nic krople, ani masowanie brzucha. 

Po godzinie, czasem dwóch, trzech nieustannego płaczu, umęczony Tymol zasypia.
I tak dzień po dniu. 
Jak mawiała moja mądra ciocia - trzeba wytrzymać.