piątek, 28 listopada 2014

SAMODZIELNOŚĆ

Blanka wyłazi z wanny. Mokra cała, przekłada długą, chudą nogę przez krawędź, próbuje palcami wymacać stołek, a ja próbuję jej pomóc, bo boję się, że się poślizgnie - a łazienka mała, ciasna, łatwo się uderzyć o szafkę. Młoda rzuca mi piorunujące spojrzenie i niemal krzyczy na mnie:

- "Sama! Ja się sama wyjmę mamo!"

poniedziałek, 24 listopada 2014

NIE ZGADZAM SIĘ!

Przed wyjściem do przedszkola Blanka zawsze ogląda bajkę i je pierwsze śniadanie - zwykle serek, jogurt lub naleśnika. Ja w tym czasie szykuję się do pracy i pakuję jej rzeczy na zmianę. Chwila cennego spokoju, kiedy mogę umyć włosy i umalować się, niestety pociągnęła za sobą przykre konsekwencje - Młoda zaczęła żądać bajki przy każdym posiłku. A kiedy odmawiałam włączenia, ona odmawiała jedzenia.

Tak więc czasem puszczaliśmy bajkę dla świętego spokoju, bo po ostatniej biegunce rotawirusowej Blanka mocno schudła, waży ledwie piętnaście kilogramów - wygląda jak patyczak a apetytu nie ma prawie wcale. Niestety, jedzenie przy kreskówkach trwa całe wieki, bo Młoda się tak potrafiła zagapić, że zapomina o posiłku. Powiedzieliśmy więc - koniec, najpierw jedzenie, potem oglądanie. Przedstawiliśmy Młodej nowe warunki spożywania posiłków obowiązujące od dziś - na co Blanka rzuciła się do telewizora iście rejtanowskim gestem, zasłoniła go swoją mizerną postacią, krzyżując ręce na piersi i robiąc srogą minę, oznajmiła nam strasznym tonem:

- NIE ZGADZAM SIĘ Z WAMI!!!

piątek, 21 listopada 2014

OKRUCH

Wychodzę do pracy, jak zwykle lekko spóźniona, Blanka układa z babcią puzzle, daję jej buziaka, tarmoszę Travisa za uchem, wrzucam do torby rękawiczki, klucze, otwieram drzwi na korytarz, gdy kątem oka zauważam małą postać w przedpokoju. Zawracam, przykucam, pytam:

- "Co tam Blanuś?"
- "Przytuuuuul mamo"

Zagarniam w ramiona drobinkę i mocno ściskam. Gdy puszczam, macha mi i mówi:

- "Dobrego dzienia mamo!"

czwartek, 20 listopada 2014

REFLEKSJE Z PERSPEKTYWY CZASU



Siedzimy z Blanką w domu. Rysujemy, budujemy z klocków, oglądamy bajki, tańczymy. Mała wybiera piosenki, stuka paluszkiem w jasny ekran laptopa, zostawiając ślad palca i woła
„Ta mama, ta!”. 

Tak często cię spotykam
Przechodzisz obok mnie
Lecz rzadko patrzysz w moją stronę
Nie mogę cię zatrzymać
Rozpływasz się jak sen

Chciało mi się spać. Tkwiłam w kompletnie pustej, cichej, zamkniętej już restauracji. Był środek nocy, schodziłam po schodach, kierując się do wyjścia, gdy zadzwonił. Dłuższą chwilę trzymałam w ręku telefon, patrzyłam na migający ekran, zastanawiając się, czy odebrać. Przystanęłam przy rozsypującym się ze starości wiklinowym fotelu, jakiś kelner zostawił go na półpiętrze, w połowie drogi między górą i dołem, spod siedziska wystawał metalowy wspornik, kopnęłam go, żeby wbić, popatrzyłam jeszcze raz na telefon i usiadłam. Sfatygowane siedzisko zaskrzypiało. Paznokciem zaczęłam zdrapywać z rozłażącego się, plecionego podłokietnika łuszczącą się, granatową farbę. Ostra łuska wbiła mi się pod paznokieć. Wyciszyłam telefon. Położyłam go sobie na kolanach. Wibrował, mruczał i mrugał. Oderwałam z poręczy loczek zwiniętej w sprężynę wikliny, rzuciłam na podłogę.  Popsuty neon nad wejściem brzęczał i migał nieregularnie, czerwony napis „wrong” to gasł, to zapalał się. Siedziałam w zupełnej ciszy, w czerwonawej poświacie, w fotelu, w pustej restauracji, w końcu, po kilkunastu minutach odebrałam. Przyłożyłam telefon do ucha, choć nie miałam mu już nic do powiedzenia poza tym, że to koniec. Ale to już zrobiłam kilka tygodni wcześniej. W telefonie czekała ta piosenka. Zacisnęłam dłoń…

Nie słyszysz nawet, kiedy wołam cię
Ze stu snów ten jeden chcę naprawdę przeżyć

Ze stu twarzy twoją chcę naprawdę mieć

Nasze rendez vous, tylko w wyobraźni
Rendez vous moich snów

„Lubisz ją mama? Podoba Ci się?”

Usiadłam na kanapie przed wielkim lustrem. Potem wstałam, obróciłam się dookoła własnej osi. Biała suknia z trenem, prosta, ale jednak z trenem. Chciałam go obciąć. Ale został. Siła magii i dziewczęcych marzeń. Zatańczyłam w tej sukni walca angielskiego, a potem, przez większość wieczoru włóczyłam za sobą ten tren jak chromą, kulawą, zbędą kończynę. Podszywałam, podpinałam, a i tak odpadał i zostawał z tyłu. Impreza trwała, a ja próbowałam naprawić na zapleczu to, co się popruło  - szyłam grubą, śliską taftę czarną, poplataną nitką. Pomagało, ale na krótko . W końcu rzuciłam to w diabły, przewiesiłam przez ramię tren jak zdechłego łabędzia i poszłam się bawić. Ta biała suknia, ten walc angielski, którego nie umieliśmy zatańczyć, równie pokaleczony jak ta nieszczęsna suknia, staje mi czasem przed oczami, gdy słyszę tę piosenkę. Sama się w to ubrałam, w tę białą, ciasną, niewygodną suknię z marzeń szytych nie na miarę, powszechnych i banalnych, w niewygodne buty na wysokim obcasie; pozwoliłam sobie namalować inną twarz, wybrałam jakiegoś banalnego walca angielskiego zamiast tej piosenki

 Pojawiasz się na chwilę
 Wzrokiem doganiam cię
 Lecz zaraz znikasz, nawet nie wiem gdzie
 Czy kiedyś cię odnajdę
 Czy powiem to, co chcę
 Czy zawsze będę żył marzeniem

Najgorszy w życiu jest brak jakichkolwiek gwarancji. Nigdy de facto nie wiadomo, czy wybierasz dobrze, czy źle  - nieważne, czy decydujesz się na suknie, czy wybierasz piosenkę. Najtrudniejsze jest pogodzenie się z tym – z ryzykiem, jakie niesie ze sobą każda decyzja. Nie da się go uniknąć, konsekwencji też nie, choć nie da się ich także do końca przewidzieć. Straszne. Trudne.  Życie jest trudne, a co gorsza, w miarę upływu czasu konsekwentnie zawęża się, zapętla i zacienia. A może to kwestia świadomości, że nigdy nie można być niczego pewnym. Nawet tego, czego się chce. Tego jestem pewna, choć pewność tak naprawdę jest tylko chwilowym złudzeniem, podobnie jak miłość. Jak bardzo się zmieniła przez te wszystkie lata. Co z niej zostało trwałego? Dziecko, kredyt, pies i świadomość, że wszystko jest procesem, wszystko jest płynne i nietrwałe, nie ma nic gwarantowanego, panta rei, nie da się definitywnie zrobić obiadu, paznokci, włosów i  zbudować związku. Wszystko codziennie trzeba budować od nowa. Wszystko się zmienia. Wszyscy się zmieniają. Niestety i na szczęście. To się nigdy nie kończy, to ciągle trwa. Złudzenie stałości  w  ciągłym ruchu. Zawsze, nigdy, przysięgam, miłość, wierność i uczciwość. Słowa. Tylko słowa. Życie jest gdzie indziej. Nie w słowach. W codzienności. W banale. W tu i teraz, gdzie pewność jest zawsze niepewna, niepewność pewna. Życie potrafi zaskoczyć bardziej niż ludzie. Nie jest to, ani dobre, ani złe; raczej normalne i powszechne, choć trudno to zaakceptować - że nie da się wszystkiego przewidzieć, wszystkiego kontrolować, że nie można ufać nikomu. Nawet sobie, to wie każdy, kto choć raz stał przyparty do framugi drzwi na nogach z waty, z rozchylonymi ustami nad speszoną twarzą, z przyśpieszonym oddechem, z myślą, że nie możesz, z myślą - ale chcesz... zawieszony w mikrosekundzie decyzji, za która jest już tylko skondensowana, słodka, gęsta, lepka, miękka wata. Wybory. Kwestia wyborów. Dobre, złe, złe dobre, czarne, białe, białe czarne, szare...

Nasze rendez vous, tylko w wyobraźni
Rendez vous moich snów

 Pocieszające jest jednak to, że w życiu mimo pozoru długości to, co się zaczyna, zaraz się kończy, albo zamienia we własne przeciwieństwo, a żadna ostateczność nie jest ostateczna. Nigdy nie wiadomo, czy to, co się dzieje, będzie dla nas w ostatecznym rozrachunku dobre czy złe, złe czy dobre...

niedziela, 2 listopada 2014

ZASADY GRY

Rzucamy sobie z Blanką piłką, ona łapie, ale zanim ciśnie do mnie, zastanawia się chwilę, patrzy ma mnie i ze śmiechem oznajmia:

Kto upuści na podłogę, ten jest zgniły kartofel!!!

Po czym rzuca z całej siły. I baw się z taką człowieku....