niedziela, 24 sierpnia 2014

PANI ZOSIA

Drobniutka, filigranowa wręcz, siwowłosa, niebieskooka. Pani Zosia. Sprzątała u nas w firmie prawie dziesięć lat. Przychodziła o piątej, miała swoje klucze do restauracji, wchodziła, zamykała się od środka, włączała sobie muzykę i w ciągu trzech godzin doprowadzała podłogi do stanu takiego, że można było z nich jeść. Kiedy przychodziłam do pracy, ona zwykle kończyła porządki, robiłam jej kawę, zamieniałyśmy kilka zdań. Mówiliśmy do niej i o niej "ciocia". Nasza kochana ciocia Zosia była cudownym człowiekiem, dobrym, cierpliwym, pogodnym, niekonfliktowym, niesamowicie solidnym. Pani Zosia była niezawodna, nigdy się nie spóźniała, choć dojeżdżała do pracy ponad godzinę, z drugiego końca miasta. Nigdy nie nawaliła, jeśli chciała wziąć wolne lub urlop, dzwoniła z kilkunastodniowym wyprzedzeniem i jeszcze przypominała mi kilka razy, żeby sobie zapisała, że w danym dniu jej nie będzie.

Więc kiedy w czwartek nie przyszła do pracy, było wiadomo, że coś się musiało stać. Niemożliwe, żeby Pani Zosia nie przyszła posprzątać. Była naszym człowiekiem z żelaza, ona przychodziła ZAWSZE. Agnieszka zadzwoniła do kadr, ustaliła adres zamieszkania, pojechała. Mieszkała na parterze, okno było otwarte. Niemożliwe. Pani Zosia nie zostawiłaby niezamkniętego okna. NIGDY. Kierowniczka zadzwoniła po straż pożarną. 

Jeszcze zdążyła wyjść o świcie z psem na spacer. Jeszcze zdążyła zrobić sobie kawę, zapalić papierosa. Nie zdążyła jej wypić. Zmarła nagle. Bez powodu, przyczyny, celu i sensu. Była i już jej nie ma. Na blacie w kuchni została szklanka zimnej, czarnej polewki. 

Gdy Aga mi o tym opowiadała, pomyślałam - jesteśmy tylko epizodem w życiu naszych rzeczy. 

Kupiłyśmy wielki bukiet białych róż, pojechałyśmy na pogrzeb. W błyszczącej nowością i polerowanym granitem kaplicy, w drewnianej łódeczce trumny jak w łupinie orzecha, leżała ciocia Zosia. Obok na niskiej ławeczce jedyna wnuczka, córka łyżwiarka, o której zawsze z dumą opowiadała, syn i siostra, siwo - czarna kserokopia cioci. Zbici, posklejani z sobą, stuleni jak grupka nastroszonych, zapłakanych ptaków. 

Za marmurowym ołtarzem ksiądz w fioletowym ornacie haftowanym złotą nicią, pomiędzy piramidami żywych kwiatów, a rzeźbionym krzyżem, gromkim głosem głosił apologię ubóstwa. Grzmiał o skromności, potrzebie poświęcania się w imię miłości, nawoływał, upominał, przywoływał. Symboliczną, bitą i udręczoną żonę alkoholika niosącą swój krzyż zderzył ze złą kobietą, co to nie dba o dzieci, nie gotuje i nie sprząta (i chodzi do pracy, dodałam sobie w myślach). Powołał na przykład całkiem realną matkę pięciorga maluchów, która spotkał gdzieś na rekolekcjach, cichą, skromną i szczęśliwą, z uśmiechem na ustach poświęcającą się dla dzieci. Nie znalazło się w jego kazaniu miejsce dla żadnego udręczonego, poświęcającego się w imię miłości, mężczyzny. O nie, nie, nie. Były same kobiety.

 Ooooo, pardon, nie wszystkie, nie zlazło się też nim miejsce dla jednej z nich. Dla cioci Zosi. Zabrakło garści ciepłych banałów, których tak bardzo potrzebują pozostali. Tych kilku minut i kilku słów - że była cudownym człowiekiem, dobrym, cierpliwym, pogodnym człowiekiem. Bo była. Czyjąś babcią, siostrą, mamą, pracownikiem, czyjąś "ciocią". 

Zabrakło miejsca w kazaniu, co się dziwić, skoro w pamięci księdza zabrakło nawet informacji, czy żegna ją czy jego. 
Brak.

Jeden wielki brak.
Brak w nadmiarze
Brak miejsca w pustce.
 
O ironio losu!
Kiedyś, gdy rozmawiałam z Panią Zosią na temat kondycji Kościoła w Polsce, podsumowała ją krótko:
 "A tam z tymi księdzami, pierdolą głupoty tylko, aż żal słuchać"

Żal 

Dobranoc ciociu Zosiu! Śpij spokojnie...

 

8 komentarzy:

  1. Piękne pożegnanie
    Podobałoby się Cioci Zosi
    Niech śpi w spokoju

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do ksiezy, ciocia Zosia miala swieta racje... szkoda sluchac.
    Wazne, ze Wy pamietacie i bedziecie pamietac.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przynajmniej u Ciebie tych kilka słów padło, szkoda, że jej rodzina ich nie usłyszała...
    Szkoda Cioci Zosi.
    Znając ten ceremoniał dałam księdzu na pogrzebie mojego Taty kartkę z paroma słowami o Nim.
    Przeczytał, ale miał poważną wadę wymowy, już nie pamiętam, czy się jąkał czy coś innego śmiesznego takiego w odbioze .... nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać...
    Ale przynajmniej przeczytał z kartki.
    Zdjęcia nie mogłam na trumnie postawić, bo "tak się u nas nie robi"

    OdpowiedzUsuń
  4. ksiądz to tylko inny urzędnik, a Twój przekaz to najpiękniejsze podziękowanie i pożegnanie.
    cz

    OdpowiedzUsuń
  5. Naprawdę wspaniałe epitafium, tak sobie pomyślałam czytając, że chciałabym aby ktoś kiedyś o mnie równie ciepłe słowa pośmiertnie napisał...

    OdpowiedzUsuń
  6. pięknie napisane pożegnanie ...aaniaa

    OdpowiedzUsuń