czwartek, 28 sierpnia 2014

SZANTAŻ

Zbliża się pora obiadowa. Blanka głodna i marudna, żebrze o bajkę. Pyta, czy może włączyć laptopa, kiedy odmawiam, zagaja o telewizor, kiedy słyszy kolejną odmowę, wścieka się, rzuca się w sypialni na łóżko i ostentacyjnie kopie w przesuwane drzwi. Zostawiam ją w spokoju, wychodząc z założenia, że nie ma co dolewać oliwy do buzującego już ognia. Po kilku minutach, kiedy już się wysapała trochę, przychodzi do mnie, zła i obrażona, tupie nogą i oznajmia:

- "Jak mi nie włączysz bajki, to nie będę Ci w ogóle pomagała! W niczym!!!"

Mówię ze smutną miną, z wysiłkiem tłumiąc śmiech:

- "Trudno..."

I myślę sobie - ona ma trzy lata czy trzynaście???

środa, 27 sierpnia 2014

PARKOUR

Blanka nie potrafi się poruszać po linii prostej. Przemieszczenie się z punktu A do punktu B w jej wykonaniu to czysty parkour. Wchodzi na każdy murek, potem z niego zeskakuje, włazi na każdy schodek tylko po to, by zaraz z niego zejść, najlepiej tyłem, spaceruje po krawężnikach niczym po linie, skacze po płytach chodnikowych, tak by nie nadepnąć na pęknięcia i łączenia, nie ominie żadnego podestu, podjazdu dla wózków, żadnej barierki do przypinania rowerów - ona nie może przejść obok, ona musi, po prostu musi przejść pod nią. Przelecieć biegiem najlepiej...

Dziś, po godzinie takiego eksplorowania miasta, nieco już udręczona, kiedy Blanka postanowiła zeskoczyć w ceglanego podestu w największą kałużę, zapytałam zniecierpliwona:

- "Blanka, czy ty naprawdę musisz łazić po tych wszystkich murkach i schodkach?
-Muszę!
- Ale dlaczego?
- Bo chcę!"

Logika trzylatki

wtorek, 26 sierpnia 2014

GADKI

Od niedzieli jest u nas babcia Blanki. Młoda z przejęcia długo nie mogła zasnąć, mojemu mężowi udało się ją uśpić dopiero parę minut przed dwudziestą drugą. Upewniwszy się, że Troll padł, otulił dziecko kołdrą i poszedł do sypialni pomóc mojej mamie rozłożyć sofę. Gdy zakładali czystą pościel, za ich plecami niespodziewanie padło uprzejme pytanie:

- "Pomócz wam?"

***

Blanka wróciła z baletu, weszła do mieszkania, rozgląda się i mówi:

- "Ale ładnie wyodkurzałaś mamo!"

***
Blanka bawi się spryskiwaczem z płynem do mycia szyb, psika na szafki. W końcu zwraca butelkę w kierunku swojej twarzy; babcia uprzedza ją, żeby uważała, bo jak sobie psiknie w oko to nic nie będzie widziała, będzie ją bolało i trzeba będzie jechać do lekarza. Blanka myśli chwilę, w końcu rezolutnie stwierdza:

- "Ale jak sobie zapsikam jedno, to drugie będzie dobre i będę widziała!"

niedziela, 24 sierpnia 2014

PANI ZOSIA

Drobniutka, filigranowa wręcz, siwowłosa, niebieskooka. Pani Zosia. Sprzątała u nas w firmie prawie dziesięć lat. Przychodziła o piątej, miała swoje klucze do restauracji, wchodziła, zamykała się od środka, włączała sobie muzykę i w ciągu trzech godzin doprowadzała podłogi do stanu takiego, że można było z nich jeść. Kiedy przychodziłam do pracy, ona zwykle kończyła porządki, robiłam jej kawę, zamieniałyśmy kilka zdań. Mówiliśmy do niej i o niej "ciocia". Nasza kochana ciocia Zosia była cudownym człowiekiem, dobrym, cierpliwym, pogodnym, niekonfliktowym, niesamowicie solidnym. Pani Zosia była niezawodna, nigdy się nie spóźniała, choć dojeżdżała do pracy ponad godzinę, z drugiego końca miasta. Nigdy nie nawaliła, jeśli chciała wziąć wolne lub urlop, dzwoniła z kilkunastodniowym wyprzedzeniem i jeszcze przypominała mi kilka razy, żeby sobie zapisała, że w danym dniu jej nie będzie.

Więc kiedy w czwartek nie przyszła do pracy, było wiadomo, że coś się musiało stać. Niemożliwe, żeby Pani Zosia nie przyszła posprzątać. Była naszym człowiekiem z żelaza, ona przychodziła ZAWSZE. Agnieszka zadzwoniła do kadr, ustaliła adres zamieszkania, pojechała. Mieszkała na parterze, okno było otwarte. Niemożliwe. Pani Zosia nie zostawiłaby niezamkniętego okna. NIGDY. Kierowniczka zadzwoniła po straż pożarną. 

Jeszcze zdążyła wyjść o świcie z psem na spacer. Jeszcze zdążyła zrobić sobie kawę, zapalić papierosa. Nie zdążyła jej wypić. Zmarła nagle. Bez powodu, przyczyny, celu i sensu. Była i już jej nie ma. Na blacie w kuchni została szklanka zimnej, czarnej polewki. 

Gdy Aga mi o tym opowiadała, pomyślałam - jesteśmy tylko epizodem w życiu naszych rzeczy. 

Kupiłyśmy wielki bukiet białych róż, pojechałyśmy na pogrzeb. W błyszczącej nowością i polerowanym granitem kaplicy, w drewnianej łódeczce trumny jak w łupinie orzecha, leżała ciocia Zosia. Obok na niskiej ławeczce jedyna wnuczka, córka łyżwiarka, o której zawsze z dumą opowiadała, syn i siostra, siwo - czarna kserokopia cioci. Zbici, posklejani z sobą, stuleni jak grupka nastroszonych, zapłakanych ptaków. 

Za marmurowym ołtarzem ksiądz w fioletowym ornacie haftowanym złotą nicią, pomiędzy piramidami żywych kwiatów, a rzeźbionym krzyżem, gromkim głosem głosił apologię ubóstwa. Grzmiał o skromności, potrzebie poświęcania się w imię miłości, nawoływał, upominał, przywoływał. Symboliczną, bitą i udręczoną żonę alkoholika niosącą swój krzyż zderzył ze złą kobietą, co to nie dba o dzieci, nie gotuje i nie sprząta (i chodzi do pracy, dodałam sobie w myślach). Powołał na przykład całkiem realną matkę pięciorga maluchów, która spotkał gdzieś na rekolekcjach, cichą, skromną i szczęśliwą, z uśmiechem na ustach poświęcającą się dla dzieci. Nie znalazło się w jego kazaniu miejsce dla żadnego udręczonego, poświęcającego się w imię miłości, mężczyzny. O nie, nie, nie. Były same kobiety.

 Ooooo, pardon, nie wszystkie, nie zlazło się też nim miejsce dla jednej z nich. Dla cioci Zosi. Zabrakło garści ciepłych banałów, których tak bardzo potrzebują pozostali. Tych kilku minut i kilku słów - że była cudownym człowiekiem, dobrym, cierpliwym, pogodnym człowiekiem. Bo była. Czyjąś babcią, siostrą, mamą, pracownikiem, czyjąś "ciocią". 

Zabrakło miejsca w kazaniu, co się dziwić, skoro w pamięci księdza zabrakło nawet informacji, czy żegna ją czy jego. 
Brak.

Jeden wielki brak.
Brak w nadmiarze
Brak miejsca w pustce.
 
O ironio losu!
Kiedyś, gdy rozmawiałam z Panią Zosią na temat kondycji Kościoła w Polsce, podsumowała ją krótko:
 "A tam z tymi księdzami, pierdolą głupoty tylko, aż żal słuchać"

Żal 

Dobranoc ciociu Zosiu! Śpij spokojnie...

 

piątek, 22 sierpnia 2014

OBRAŻONY PACJENT

Blanka upuściła sobie butelkę z wodą na goła stopę. Płacze, trzymając się za nogę, tarza się po dywanie, oj jak boli, jak boli, mamoooo, jak boli paluszek! Nauczona doświadczeniem, obserwuję małą aktorkę dramatyczną, która zachowuje się, jakby jej groziło co najmniej trwałe kalectwo i najspokojniej jak potrafię pytam: 

- "Boli paluszek Blanuś, tak? Bardzo? A który?"
- "Teeeeennnn! Maaaaałyyy! Jaaaaak boooli!" - odpowiada Blanka, nadal rycząc
- "Co mogę zrobić, żeby przestał boleć kochanie?" - pytam spokojnie,wiedząc doskonale, jaką usłyszę odpowiedź.

- "Naklej mi plaaaaasteeereeek" - ryczy ciągle, ale jakby ciszej. 
Taaak, plasterek jest dobry na wszystko. Podobne właściwości lecznicze posiada czekoladka. 

Ruszam więc do sypialni, gdzie w białym pudełku na komodzie trzymamy medykamenty. Goni mnie zaskakująco trzeźwe pytanie mojej córki:
- "A masz z Hello Kitty?"

Upssss, wypadła z roli, orientuje się błyskawicznie i równie szybko rzuca się ponownie na kanapę z jękiem. Zaklejam biedny paluszek plasterkiem, całuję, Blanka cichnie, ogląda opatrunek, kombinuje chwilę i znów zaczyna tarzać się po kanapie:
- "Ajjjjj, jak boli, drugi też boli, oj jak boli!!! Drugi plasterek, chcę drugi plasterek!!!!"

Na takie dictum, do dyskusji wkracza Andrzej, do tej pory w milczeniu obserwujący całe zajście:

- "Drugi boli? Naprawdę? Blanka, jak to takie rozwojowe, to ubieraj się, jedziemy na pogotowie!"

Zaczynamy się śmiać. 

Dziecko milknie. Myśli. Deliberuje. Rozważa, czy warto ryzykować. Zastanawia się, jaką strategię obrać. Zdecydowała. Odwraca się od nas demonstracyjnie, wykrzywia buzię, zaplata rączki na piersiach, fuka coś do siebie pod nosem. Aha. Czyli opcja foch.
Tak czasem bywa.

Obrażeń brak, a pacjent cały obrażony.

środa, 20 sierpnia 2014

CAŁA BLANKA WE FRAGMENCIE

Piątkowe, wczesne popołudnie. Ciepło, słonecznie, wietrznie. Snujemy się całą czwórką po opustoszałym mieście, szukając pomysłu i miejsca na obiad. W końcu, jak zawsze, idziemy tam, gdzie zawsze. Travis rozkłada się pod stołem na zimnej, granitowej kostce jak gruby dywan i zapada w sen. Nad głowami kołysze się nam jasna, beżowa markiza, przy stoliku obok rodzice z dwójką dzieci czekają na swoje zamówienie. Czterolatka i dwulatek, tak na oko, po prostu siedzą i czekają. 

A  u nas?
Fotel jest taki głęboki, że Blanka wpada niemal cała, trzeba ją ratować, bo tylko nogi jej wystają, stopy próbują wspinać się po ścianie, bo fotel zapada się, usiłuje połknąć małą dziewczynkę, która aż piszczy z przerażenia. Wyciągam biedne dziecko z paszczy wiklinowego potwora, sadzam prosto i tłumaczę, że nie może krzyczeć, nawet jeśli zjada ją krzesło, bo jesteśmy w restauracji i takie zachowanie przeszkadza innym ludziom. Kiwa głową, że rozumie; dzieci obok właśnie dostały naleśniki i zaczęły jeść, my otrzymaliśmy wodę i sztućce, które to... natychmiast, ale to natychmiast muszą się w niej wykąpać. Jest tak gorąco, biedny zmęczony widelec rozbiera się błyskawicznie z serwetki, daje nurka do szklanki, za jego przykładem idzie nóż, razem pluskają się przez moment zaledwie, bo ta woda, ona jest taka ziiiimna! Wyskakują więc z krzykiem, biegną po ręcznik, nóż zawija widelec, widelce próbuje osuszyć nóż, oooo, jaki piękny bukiet sztućców, co się dzieje, co się dzieje, jakiś konflikt, one nie chcą być jednak razem w bukiecie, szamoczą się na stoliku, próbują wyswobodzić i przypadkiem potrącając szklankę, oj!!!! Powódź, uwaga, powódź, ratuj się kto może, uciekajcie sztucće, mamo, tato róbcie tamę z serwetek, bo nas zalejeeeee oa one się potopiąąąąą!!! 

Wycieram stół, tłumacząc po raz kolejny, że nie można krzyczeć, nawet jeśli grozi nam powódź, bo jesteśmy w restauracji i takie zachowanie przeszkadza innym ludziom. Dzieci obok po prostu jedzą. A po naszym stoliku już biegnie oszalała ze szczęścia solniczka, biegnie się wykąpać, goni ją równie ucieszona pieprzniczka, będzie ślizgawka, woda zamieniła się w lód, będą tańce, swawole, hulanki; biorą się w objęcia i już skaczą po całym stole, tańczą i wiwatują...  Nagle się zmęczyły, szklane buteleczki wracają grzecznie na drewnianą podstawkę, to jest do garderoby, będą przymierzać bransoletki, noooo, teraz to dopiero mogą iść na bal, wystrojone, znów biegną na parkiet, wirują, szaleją. Dołączają do nich nóż z widelcem, czule objęci, suną po blacie stolika, przedstawiają się sobie, Zdzisiek i Stasiek, miło mi, mi także, a teraz obrót, uwaga piruet...
Nieszczęście, nieszczęście!!!!! Ratunku, w parkiecie dziura, Zdzisiek spadł w przepaść, zsunął się w niebyt pomiędzy dwiema deseczkami! Śpieszy mu na ratunek solniczka, kanciasta i mało zwinna, spada więc i się tłucze, na szczęście obrażenia nie są zbyt duże, ale solniczka  Stefania musi udać się do lekarza. Boi się bardzo, więc przytula ją kartka ze standu i tak idą razem na badanie. Idą przez las, bardzo gęsty las, a w nim tyle wilków i wyją, o jak wyją... 

Ja już nic nie mówię. Obserwują ten wyimaginowany świat i śmiecham się tylko, Andrzej chowa twarz w dłoniach i zaczyna spazmatycznie się śmiać. Dzieci obok kończą jedzenie. Blanka na moment przestaje snuć swoje opowieści, wychyla się ze świata wymyślonych postaci biegających po naszym stoliku, zerka na ojca, trącego dłońmi zaczerwienioną od zduszonego śmiechu twarz i pyta:

- "Czo tam? Czoś Ci w oczko wpadło tato?"

czwartek, 14 sierpnia 2014

O LITEROWANIU

Kolorujemy. Blanka odwraca stronę, patrzy na tytułową, przesuwa palcem po literach i duka:

- "M....A...L...O... Mamo, jaka to litera?"
- W
- A... A ta litera?
- N
- K... I...
 L...A...L...K...I. Malowanki lalki!"

Patrzę na nią i brak mi słów.
Tak, trafiła akurat na litery, które zna, co nie zmienia faktu, że opadła mi szczęka. 
Bardzo nisko.

piątek, 8 sierpnia 2014

LATO W MIEŚCIE

Lato upływa nam na szwendaniu się po mieście. Urlop mamy zaplanowany dopiero na przełomie września i października, więc przez cały lipiec i sierpień,szukamy sobie z Młodą atrakcji miejskich. Z racji, że w sezonie letnim Bunbun właściwie nie działa (tylko jedne zajęcia w tygodniu, 2 godziny), musiałyśmy znaleźć jakąś alternatywę. Blanka więc, razem ze swoją przyjaciółką Amelką trafiła na wakacyjne zajęcia baletowe dla maluchów. Robi foczki, kręci piruety, chodzi na palcach i jest najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, kiedy jej mówię, że jedziemy "na balety". 

Generalnie wstaje rano i od razu pyta, czy dziś gdzieś pójdziemy? Zwykle odpowiedź jest twierdząca i jedziemy albo na basen, albo po prostu na spacer lub szukamy sobie innych atrakcji, np. poznajemy nasze miasto. Tydzień temu byłyśmy z Amelką i jej mamą na wystawie tropikalnych motyli, które okazały się baaaardzo straszne, zwłaszcza gdy zaczęły dziewczynom latać tuż nad głowami. Wybrałyśmy się też do Muzeum Kinematografii, z pewnymi obawami zresztą, zastanawiając się czy laski nie są za małe na takie atrakcje. Pobyt tam rozwiał wszelkie moje wątpliwości - nie są. Radości, piskom i zachwytom nie było końca. Fotoplastykon obleciały kilka razy, gabloty z lalkami z filmów animowanych powitały z takim entuzjazmem, że ciężko było je przekonać do obejrzenia innych atrakcji. Sam zabytkowy pałac też zrobił na nich wrażenie - w końcu po takich schodach chodziły prawdziwe księżniczki (nooo prawie...). W przyszłym tygodniu wybieramy się na warsztaty ceramiki.

Cieszę się, że Młoda z olbrzymim entuzjazmem przyjmuje niemal każdą nowość, którą jej zaproponuję. Cieszę się, że udaje mi się w niej zaszczepić ciekawość świata i radość jego odkrywania. Cieszę się niesamowicie, kiedy trzylatka pyta:

"Mamo, kiedy znowu pójdziemy do muzieum???"

czwartek, 7 sierpnia 2014

MOJE DZIECKO MNIE STRASZY...

Blanka odmówiła wczoraj stanowczo powrotu ze spaceru. Oznajmiła nam po prostu, że ona nie idzie jeszcze do domu, bo nie ma nocki, zostaje i będzie sobie spacerować. Zgodziłam się więc i uprzejmie poinformowałam małą indywidualistkę, że skoro tak, to my wracamy, a ona niech wróci jak już się wybiega, o tu zaraz mieszkamy, niech zadzwoni domofonem, jak już się wyspaceruje - sytuacja miała miejsce tuż pod blokiem. Najpierw zamarkowała płacz, ale kiedy odkryła, że to nie pomaga i nieuchronnie się oddalamy, zostawiając ją samą podreptała za nami z obrażoną miną, zatrzymała się, znów ruszyła za nami, w końcu przystanęła i powiedziała:

- "Jak będzie jechała policia i zobaczy, że tu jest JAKIEŚ DZIECZKO SAMO... - słuchałam w lekkim szoku z uniesionymi brwiami - .... to mnie zabierze! ZOBACZYSZ!!!"

Moje trzyletnie dziecko straszy mnie policją. Pięknie. Ciekawe, co jeszcze zobaczę. A raczej usłyszę :-)

wtorek, 5 sierpnia 2014

PORANEK

Szósta trzydzieści.

Travis ogłosił wszem i wobec, że oto właśnie jego Pan, Pańciunio, Pańciusio najukochańszy przyjechał, już jest, wrócił, nareszcie, tam stoi, na dole, pod blokiem, czeka na niego, przyjechał do swojego pieska, pieseczka, piesusia, piesiunia najukochańszego, jest, ukochany, umiłowany!!!

Dramatycznym szeptem rzuciłam z sypialni:

"Travis, zamknij się ty bydlaku, cicho!"

Nie pomogło. 

Pańciusio, Pańciunio, już jest, jeszcze tylko zaprowadzi rower do garażu i już przyjdzie, przybędzie, wyjdzie na spacerek z piesusiem, ja już tu czekam, no pośpiesz się, czekam i tęsknię!

A miałam zamknąć drzwi na balkon i zasłonić rolety, ale żal mi się zrobiło pieska, który tak słodko sobie drzemał na świeżym powietrzu. A właściwie to spał jak zabity na balkonie...
Ożył o 6.30.

Wstałam z przerażającą myślą, że jak obudzi Blankę, to będę miała dwa wyjące stwory na głowie od samego rana. Uciszyłam kundla, trochę prośbą, trochę grożbą, dyskretnie otworzyłam mu drzwi. Poleciał na dół, kręcąc ogonem radosnego młynka. Wróciłam do łożka, ale niestety nie udało mi się już zasnąć. Kiedy Luby wszedł na górę z wywietrzonym psem i zdziwił się, że nie śpię, jakby k... pies posiadał umiejętność przenikania przez zamknięte drzwi, poskarżyłam mu się - że mnie obudziło to białe bydle, że w sumie to znów nie spałam prawie całą noc, bo Blanka kręciła się, popłakiwała, wołała mnie, wstawała na siku, prosiła o przytulenie i tak w kółko. Powiedziałam, załamana lekko:

- "Nie wyrabiam, jedno wyje, drugie gada przez sen, budzą mnie na zmianę, albo Blanka albo Travis!"

Co słysząc, mój dowcipny mąż, zapytał:


Travis też gada przez sen???"




piątek, 1 sierpnia 2014

PROGNOZA POGODY

Lato myje deszczem kamienice, chodniki, nabłyszcza jezdnie.  Letnie pranie. Pod blokiem nasiąknięty wodą dywan trawy gęstej jak futro.  Blanka stoi z nosem przyklejonym do szyby, patrzy na ścianę deszczu i nagle stawia diagnozę pogodzie:

- "Leje jak zebra"...
:-)