czwartek, 25 grudnia 2014

DIALOGI OKOŁOŚWIĄTECZNE

-"Mamo, a ten Mikołaj to na pewno wszystko widzi?
- Wszystko
- Nawet przez dach jak jestem w domu??? Eeee, nie widzi przecież
- Ale słyszy
- To ja będę mówiła bardzo cicho"

***

Po dzikiej awanturze o bajkę tupta do mnie mały, zaryczany złośnik, przytula się i zagaja:

"Mamoooo, ale nie powiesz Mikołajowi, że się brzydko zachowywałam? Proszęęę... To będzie nasza wielka tajemnica, dobrze!???"

poniedziałek, 15 grudnia 2014

SAMOKRYTYKA

Robimy z Blanką łańcuch na choinkę - wycinamy z brokatowego, fioletowego papieru serduszka, większe, mniejsze. A właściwie to ja wycinam, Blanka próbuje, ale po chwili rzuca zniechęcona i papier, i nożyczki. Rysuję jej na drugiej stronie arkusza serduszko i zachęcam, żeby spróbowała wycinać po liniach, tłumaczę, że tak jej bedzie łatwiej. Wysuwa koniuszek języka, tnie nożyczkami papier, usiłuje trzymać się linii, serducho jednak wychodzi jej mocno kańciaste. Rzuca je na kanapę rozzłoszczona, rozżalona i zła. Próbuję ją pocieszyć:

- Blanuś, ładne, naprawdę widzę, że się starałaś, fajnie ci wyszło!

Młoda patrzy na mnie, na wycięte własnoręcznie serduszko, znów na mne jak na wariata i mówi:

Wygląda jak szafka...

wtorek, 9 grudnia 2014

PRZYTUL...

Po mojej kilkudniowej nieobecności w domu, Blanka przez cały weekend chodziła za mną krok w krok i co chwilę prosiła: "Przytul". Obejmowałam, ściskałam, tuliłam kilkaset razy; w niedzielę, kiedy zbierałam się na spacer z Travisem, a ona po raz kolejny poprosiła mnie o przytulenie, zapytałam ją w końcu:

- "Co Ty się tak ciągle do mnie przytulasz?

Na co moja rezolutna córka odparła:

- "Żebyś miała dobry humor w pracy!"
"Ale ja nie idę do pracy, wychodzę tylko na chwilę z psem"

Nie zbiło jej to z tropu, pomyślała chwilę i powiedziała:

- "Żebyś miała dobry humor.... na dworzu!"

niedziela, 7 grudnia 2014

WCZORAJ

Blanka nadal nienawidzi mycia włosów. Płacze, marudzi, ale kłaków nie pozwala podciąć nawet o milimetr, bo ona chce mieć takie długie jak Roszpunka... I tu pojawia się konflikt interesów, bo bez mycia raz w tygodniu jej fryzura przypomina bardziej końcówkę od mopa. Dziś nadszedł ten straszny dzień, kiedy naprawdę, ale to naprawdę musiałam złożyć mojej córce propozycję nie do odrzucenia:

Blaneczko, dziś myjemy łepetynę!

Na co Młoda odparła:

- "Wczoraj mamo, wczoraj, proszę!'

sobota, 6 grudnia 2014

PRZYCZYNA I SKUTEK

W poniedziałek, w drodze z przedszkola, Młoda zrobiła ojcu z tylnej części ciała przysłowiową jesień średniowiecza. Najpierw się pokłóciła z Amelką, z którą nie chciała iść za rękę, więc obie się popłakały, jedna uciekała, druga ją goniła. Kiedy w końcu się uspokoiły, cała ekipa wstąpiła na chwilę do drogerii po drobne zakupy higieniczne, weszła Amelka z mamą i z Blanką, a Mężyk został na moment przed sklepem, bo przypinał do barierki rower i psa. Kiedy Luby przekroczył próg, dotarły do niego dżwięki kolejnej afery - Blanka się wściekła i popłakała, bo chciała różową, musującą kulkę do kąpieli, a tę zdążyła już wziąć Amelka, a drugiej nie było, nie pomogło przekonywanie, że żółta też jest fajna, obie się darły i wyrywały sobie tą jedną, jedyną. Prawie jak siostry..
Na takie dictum Lubemu podskoczyło ciśnienie, postanowił interweniować w trybie pilnym i jak pomyślał, tak zrobił - wziął dziecko pod pachę i wyniósł z rossmana, nie zważając na wrzaski, krzyki, kopanie i lejące się łzy. W takim stanie dotransportował Blankę do najbliższego skrzyżowania, gdzie dziecko postanowiło mu powiedzieć, co myśli o całej sytuacji i wygarnęło tatusiowi, oczywiście na cały głos, lejąc przy tym łzy na potęgę:

-"Puść mnie, Ty gnoju! (a mówiłam tyle razy Andrzejowi, żeby nie zwracał się w ten sposób do psa)
Chcę do mamy! Gdzie moja mama??? Kocham tylko mamęęęę!!! Nie lubię Cię! Puuuuszczaj! Chcę do mojej mamusi!!!!"

Zaistniałą sytuacją zainteresowało się kilknaście osób, śpiesząc Mężykowi z dobrą radą, z propozycjami błyskawicznej adopcji (ponoć rozważał), w tym patrol Straży Miejskiej, który najprawdopodobniej  podejrzewał porwanie...

Lubemu udało się jakoś dotransportować Gwiazdę do domu, gdzie stanowczo jej zapowiedział, że nie będzie już wychodziła z przedszkola razem z Amelką, a kiedy Młoda upomniała się o musującą kulkę, usłyszała:

- "A do kąpieli to ja Ci obiorę kartofla!
-Tato, ale kartofel nie zrobi różowej wody...
- Ale też będzie okrągły..."

Posłuchałam tych ich dialogów przez telefon, wysłuchałam relacji z całego zajścia, uśmiałam się, choć domyślałam się, że Lubemu, jako bohaterowi całego zajścia, wcale do śmiechu nie było i zapomniałam o całej historii. 

We wtorek i środę Blanka musiała zostać w przedszkolu dłużej niż Amelka, odebrałam ją o szesnastej trzydzieści, po pracy, a w środę Andrzej dopiero koło siedemnastej, powiedzmy - z przyczyn losowych. Kiedy w czwartek rano zaprowadzał ją do przybytku edukacyjnego, dziecko przez pół drogi milczało, najwyraźniej nad czymś rozmyślając. Jak się okazało, pieczołowicie roztrząsało w swojej małej głowie ostatnie zajście, powiązało fakty, skojarzyło przyczynę ze skutkiem, wyciągnęło wnioski i pokorniezagaiło do ojca:

- "Tatoooo... a przyjedziesz dziś po mnie wcześniej jak tata Amelki? Ja już się nie będę zachowywała tak brzydko jako ostatnio...."

piątek, 28 listopada 2014

SAMODZIELNOŚĆ

Blanka wyłazi z wanny. Mokra cała, przekłada długą, chudą nogę przez krawędź, próbuje palcami wymacać stołek, a ja próbuję jej pomóc, bo boję się, że się poślizgnie - a łazienka mała, ciasna, łatwo się uderzyć o szafkę. Młoda rzuca mi piorunujące spojrzenie i niemal krzyczy na mnie:

- "Sama! Ja się sama wyjmę mamo!"

poniedziałek, 24 listopada 2014

NIE ZGADZAM SIĘ!

Przed wyjściem do przedszkola Blanka zawsze ogląda bajkę i je pierwsze śniadanie - zwykle serek, jogurt lub naleśnika. Ja w tym czasie szykuję się do pracy i pakuję jej rzeczy na zmianę. Chwila cennego spokoju, kiedy mogę umyć włosy i umalować się, niestety pociągnęła za sobą przykre konsekwencje - Młoda zaczęła żądać bajki przy każdym posiłku. A kiedy odmawiałam włączenia, ona odmawiała jedzenia.

Tak więc czasem puszczaliśmy bajkę dla świętego spokoju, bo po ostatniej biegunce rotawirusowej Blanka mocno schudła, waży ledwie piętnaście kilogramów - wygląda jak patyczak a apetytu nie ma prawie wcale. Niestety, jedzenie przy kreskówkach trwa całe wieki, bo Młoda się tak potrafiła zagapić, że zapomina o posiłku. Powiedzieliśmy więc - koniec, najpierw jedzenie, potem oglądanie. Przedstawiliśmy Młodej nowe warunki spożywania posiłków obowiązujące od dziś - na co Blanka rzuciła się do telewizora iście rejtanowskim gestem, zasłoniła go swoją mizerną postacią, krzyżując ręce na piersi i robiąc srogą minę, oznajmiła nam strasznym tonem:

- NIE ZGADZAM SIĘ Z WAMI!!!

piątek, 21 listopada 2014

OKRUCH

Wychodzę do pracy, jak zwykle lekko spóźniona, Blanka układa z babcią puzzle, daję jej buziaka, tarmoszę Travisa za uchem, wrzucam do torby rękawiczki, klucze, otwieram drzwi na korytarz, gdy kątem oka zauważam małą postać w przedpokoju. Zawracam, przykucam, pytam:

- "Co tam Blanuś?"
- "Przytuuuuul mamo"

Zagarniam w ramiona drobinkę i mocno ściskam. Gdy puszczam, macha mi i mówi:

- "Dobrego dzienia mamo!"

czwartek, 20 listopada 2014

REFLEKSJE Z PERSPEKTYWY CZASU



Siedzimy z Blanką w domu. Rysujemy, budujemy z klocków, oglądamy bajki, tańczymy. Mała wybiera piosenki, stuka paluszkiem w jasny ekran laptopa, zostawiając ślad palca i woła
„Ta mama, ta!”. 

Tak często cię spotykam
Przechodzisz obok mnie
Lecz rzadko patrzysz w moją stronę
Nie mogę cię zatrzymać
Rozpływasz się jak sen

Chciało mi się spać. Tkwiłam w kompletnie pustej, cichej, zamkniętej już restauracji. Był środek nocy, schodziłam po schodach, kierując się do wyjścia, gdy zadzwonił. Dłuższą chwilę trzymałam w ręku telefon, patrzyłam na migający ekran, zastanawiając się, czy odebrać. Przystanęłam przy rozsypującym się ze starości wiklinowym fotelu, jakiś kelner zostawił go na półpiętrze, w połowie drogi między górą i dołem, spod siedziska wystawał metalowy wspornik, kopnęłam go, żeby wbić, popatrzyłam jeszcze raz na telefon i usiadłam. Sfatygowane siedzisko zaskrzypiało. Paznokciem zaczęłam zdrapywać z rozłażącego się, plecionego podłokietnika łuszczącą się, granatową farbę. Ostra łuska wbiła mi się pod paznokieć. Wyciszyłam telefon. Położyłam go sobie na kolanach. Wibrował, mruczał i mrugał. Oderwałam z poręczy loczek zwiniętej w sprężynę wikliny, rzuciłam na podłogę.  Popsuty neon nad wejściem brzęczał i migał nieregularnie, czerwony napis „wrong” to gasł, to zapalał się. Siedziałam w zupełnej ciszy, w czerwonawej poświacie, w fotelu, w pustej restauracji, w końcu, po kilkunastu minutach odebrałam. Przyłożyłam telefon do ucha, choć nie miałam mu już nic do powiedzenia poza tym, że to koniec. Ale to już zrobiłam kilka tygodni wcześniej. W telefonie czekała ta piosenka. Zacisnęłam dłoń…

Nie słyszysz nawet, kiedy wołam cię
Ze stu snów ten jeden chcę naprawdę przeżyć

Ze stu twarzy twoją chcę naprawdę mieć

Nasze rendez vous, tylko w wyobraźni
Rendez vous moich snów

„Lubisz ją mama? Podoba Ci się?”

Usiadłam na kanapie przed wielkim lustrem. Potem wstałam, obróciłam się dookoła własnej osi. Biała suknia z trenem, prosta, ale jednak z trenem. Chciałam go obciąć. Ale został. Siła magii i dziewczęcych marzeń. Zatańczyłam w tej sukni walca angielskiego, a potem, przez większość wieczoru włóczyłam za sobą ten tren jak chromą, kulawą, zbędą kończynę. Podszywałam, podpinałam, a i tak odpadał i zostawał z tyłu. Impreza trwała, a ja próbowałam naprawić na zapleczu to, co się popruło  - szyłam grubą, śliską taftę czarną, poplataną nitką. Pomagało, ale na krótko . W końcu rzuciłam to w diabły, przewiesiłam przez ramię tren jak zdechłego łabędzia i poszłam się bawić. Ta biała suknia, ten walc angielski, którego nie umieliśmy zatańczyć, równie pokaleczony jak ta nieszczęsna suknia, staje mi czasem przed oczami, gdy słyszę tę piosenkę. Sama się w to ubrałam, w tę białą, ciasną, niewygodną suknię z marzeń szytych nie na miarę, powszechnych i banalnych, w niewygodne buty na wysokim obcasie; pozwoliłam sobie namalować inną twarz, wybrałam jakiegoś banalnego walca angielskiego zamiast tej piosenki

 Pojawiasz się na chwilę
 Wzrokiem doganiam cię
 Lecz zaraz znikasz, nawet nie wiem gdzie
 Czy kiedyś cię odnajdę
 Czy powiem to, co chcę
 Czy zawsze będę żył marzeniem

Najgorszy w życiu jest brak jakichkolwiek gwarancji. Nigdy de facto nie wiadomo, czy wybierasz dobrze, czy źle  - nieważne, czy decydujesz się na suknie, czy wybierasz piosenkę. Najtrudniejsze jest pogodzenie się z tym – z ryzykiem, jakie niesie ze sobą każda decyzja. Nie da się go uniknąć, konsekwencji też nie, choć nie da się ich także do końca przewidzieć. Straszne. Trudne.  Życie jest trudne, a co gorsza, w miarę upływu czasu konsekwentnie zawęża się, zapętla i zacienia. A może to kwestia świadomości, że nigdy nie można być niczego pewnym. Nawet tego, czego się chce. Tego jestem pewna, choć pewność tak naprawdę jest tylko chwilowym złudzeniem, podobnie jak miłość. Jak bardzo się zmieniła przez te wszystkie lata. Co z niej zostało trwałego? Dziecko, kredyt, pies i świadomość, że wszystko jest procesem, wszystko jest płynne i nietrwałe, nie ma nic gwarantowanego, panta rei, nie da się definitywnie zrobić obiadu, paznokci, włosów i  zbudować związku. Wszystko codziennie trzeba budować od nowa. Wszystko się zmienia. Wszyscy się zmieniają. Niestety i na szczęście. To się nigdy nie kończy, to ciągle trwa. Złudzenie stałości  w  ciągłym ruchu. Zawsze, nigdy, przysięgam, miłość, wierność i uczciwość. Słowa. Tylko słowa. Życie jest gdzie indziej. Nie w słowach. W codzienności. W banale. W tu i teraz, gdzie pewność jest zawsze niepewna, niepewność pewna. Życie potrafi zaskoczyć bardziej niż ludzie. Nie jest to, ani dobre, ani złe; raczej normalne i powszechne, choć trudno to zaakceptować - że nie da się wszystkiego przewidzieć, wszystkiego kontrolować, że nie można ufać nikomu. Nawet sobie, to wie każdy, kto choć raz stał przyparty do framugi drzwi na nogach z waty, z rozchylonymi ustami nad speszoną twarzą, z przyśpieszonym oddechem, z myślą, że nie możesz, z myślą - ale chcesz... zawieszony w mikrosekundzie decyzji, za która jest już tylko skondensowana, słodka, gęsta, lepka, miękka wata. Wybory. Kwestia wyborów. Dobre, złe, złe dobre, czarne, białe, białe czarne, szare...

Nasze rendez vous, tylko w wyobraźni
Rendez vous moich snów

 Pocieszające jest jednak to, że w życiu mimo pozoru długości to, co się zaczyna, zaraz się kończy, albo zamienia we własne przeciwieństwo, a żadna ostateczność nie jest ostateczna. Nigdy nie wiadomo, czy to, co się dzieje, będzie dla nas w ostatecznym rozrachunku dobre czy złe, złe czy dobre...

niedziela, 2 listopada 2014

ZASADY GRY

Rzucamy sobie z Blanką piłką, ona łapie, ale zanim ciśnie do mnie, zastanawia się chwilę, patrzy ma mnie i ze śmiechem oznajmia:

Kto upuści na podłogę, ten jest zgniły kartofel!!!

Po czym rzuca z całej siły. I baw się z taką człowieku....

czwartek, 30 października 2014

DYSZKA

Wychodzimy na wieczorny spacer z psem, Travis kręci się już pod drzwiami, Młoda ubrana czeka w przedpokoju, ze swoją różową torebeczką, którą wykopała rano z wielkiego worka z zabawkami, a ja szukam kluczy. Znajduję, wrzucam do torby, sprawdzam, czy zabrałam portfel, bo musimy zrobić po drodze małe zakupy, gdy podchodzi do mnie Blanka, podstawiając jednocześnie mi pod nos swoją torebusię - szeroko otwartą, żeby było widać, że nic tam nie ma i zagaja ni z tego, ni z owego:

"Mama, dasz jakąś dyszkę?"

Niedorodna córka swojego ojca :-)

czwartek, 23 października 2014

JUTRO

Blanka chora. W poniedziałek była normalnie w przedszkolu, we wtorek poszła już niewyraźna, wieczorem zwymiotowała, rano doszły kolejne wymioty, gorączka i paskudny kaszel. Siedzimy więc od środy w domu, zapisałam nawet na dziś dziecko do lekarza, ale po jednym dniu totalnego osłabienia, kiedy moje dziecko nie chciało się bawić, biegać, nie chciało jeść nawet czekolady - Blanka się zreanimowała samodzielnie i bez większych środków doraźnych. Miała jeszcze rano lekką gorączkę, ale apetyt wrócił, przez cały dzień wściekała się jak to ona - udawała węża pełzającego po podłodze, grzebiącego indyka, urządzała wyścigi, słowem wariowała jak zdrowe dziecko. Został wodnisty gil i kaszel - efekt tego pierwszego. Więc zaczęłam się zastanawiać, czy wizyta lekarska będzie w ogóle konieczna, bo wygląda to na infekcję wirusową, z którą Młoda sobie radzi. Ale postanowiłam skonsultować temat z mężem, widzieliśmy się tylko przez moment, więc ciężko było podjąć jakąkolwiek decyzję na szybko, więc tuż przed moim wyjściem do pracy Luby zapytał mnie jeszcze raz:

- To co robimy? Mam z nią iść dziś, czy czekamy i pójdziemy jutro?

Zanim zdążyłam się odezwać, cienki, dziecięcy głosik kategorycznie zawyrokował:

- JUTRO!!!

środa, 15 października 2014

MUSIMY POGADAĆ

Po ostatniej rozmowie z opiekunką doszłam do wniosku, iże muszę poważnie porozmawiać z własnym dzieckiem, gdyż włos mi się zjeżył na głowie, kiedy niania powtórzyła mi, co opowiada moja córka. Kiedy wstałyśmy rano, więzłam Młodą na małe przesłuchanie, posadziłam na kanapie i niewinne zagaiłam:

- "Blaneczko, dlaczego powiedziałaś cioci, że Cie biję garnkiem?
- Bo mnie uderzyłaś "

- odparło rezolutnie moje dziecko, zgodnie z prawdą zresztą - dla wyjaśnienia - tak, faktycznie trąciłam ją ostatnio garnkiem, kiedy wkładałam go do szuflady, a ona pętała się po kuchni. Co nie zmienia faktu, że musiałam, po prostu musiałam wiedzieć:

- "Blaneczko, ale dlaczego powiedziałaś cioci, że ja Cię ZAWSZE biję garnkiem????"

Odpowiedziało mi dziecięce, zdziwione spojrzenie ("Ja??? Ja coś takiego powiedziałam mamo? Niemożliwe!") i dziki śmiech Mężyka. 

 
-

poniedziałek, 13 października 2014

KOŚĆ NIEZGODY

Blanka rozwalona na łóżku w pozie niedbałej, z rączką podłożoną pod głowę ogląda sobie bajki. Ojciec sprawdził czas projekcji i zawyrokował:

- "Blanka, dość już tych bajek,wyłączamy telewizor!"

Odpowiedzią było spojrzenie pełne wyrzutu i pełne ignorancji milczenie, poparłam więc swojego męża:

- "Blanka, słyszałaś co powiedział tata, koniec oglądania, zgadzam się z nim!"

Gwiazda odkleiła wzrok od ekranu, usiadła na łóżku, założyła ręce na piersiach i oznajmiła:

- "A ja się z Wami nie zgadzam!!!"

I gadaj tu z taką...

sobota, 11 października 2014

wtorek, 30 września 2014

PACYFISTKA

W grupie Blanki jest dziewczynka, która bije inne dzieci. Młoda już od pierwszych dni w przedszkolu opowiadała o niej - że Zuzia nie dostała kropki w nagrodę, bo kogoś uderzyła, że Zuzia siedziała na pufie, bo się pobiła z chłopakami, że Zuzia znów kogoś kopnęła. Aż w piątek wróciła i opowiada mi, że tym razem Zuzia uderzyła ją, więc zapytałam:

- "I co zrobiłaś?
- Powiedziałam: Nie wolno tak robić!
- A co ona na to?
- Że będzie tak robiła..." - powiedziała Blanka i zrobiła smutną minę. 

Trochę mi ciśnienie podskoczyło, rozmawiałam już na ten temat w przeszkolu, ale na wszelki wypadek postanowiłam nieco wyedukować swoją córkę i rozpoczęłam mało pedagogiczny instruktaż:

- "Blanka, jak Cię Zuzia jeszcze raz uderzy, to uprzedź ją, że jak jeszcze raz to zrobz, to też ją uderzysz
- Ale ciocia mówi, że nie wolno się bić...
- Bić nie wolno, ale bronić się można jak najbardziej i trzeba to robić, więc jeśli mimo to Cię jeszce raz Cię kopnie, to jej po prostu oddaj!"

Blanka popatrzyła na mnie swoimi wielkimi, zdumionymi oczyskami i zapytała bardzo zdziwiona:

- "Ale czo mam jej oddać mamo???"

czwartek, 25 września 2014

BRAK

Blanka budzi się w okolicach piątej na ranem, siada na swoim łóżku i przez sen zaczyna powtarzać, popłakując:
- "Gdzie moja mamunia, gdzie moja mamunia, gdzie mamunia...?"

Wyskakuję z łóżka jak podcięta batem, idę do niej, przytulam, głaszczę po lnianych włosach, przestaje zawodzić, powoli usypia a ja razem z nią.

***
Poranne rozstania w przedszkolu nadal są dla Blanki bardzo trudne, wychodzi zadowolona, twierdzi, że było fajnie, ale rano, kiedy zbliża się pora pożegnania - wtula się we mnie, popłakuje i mówi:
- "Jest mi smutno, bo Ciebie tu nie ma!"
Tłumaczę jej, że jest Amelka, są inne dzieci, jest ciocia Karolina; mówię w końcu, że przecież taty też tu nie ma, a ona pociągając nosem, odpowiada:

- "Ale Ciebie nie ma bardziej..."

niedziela, 21 września 2014

CYCUSZKI

Blanka czeka na kąpiel; zdjęła już wszystkie ubrania, stoi przy wannie a ja dolewam zimnej wody, bo Młoda stwierdziła, że ta, którą przygotowałam, jest za gorąca. Stoi goła, patrzy na swoją klatkę piersiową i nagle mówi:
 - "Mamo, ja mam takie małe cycuszki...

Łypię okiem, ona patrzy badawczo, więc potwierdzam:

- No masz... - zastanawiając się gorączkowo, jak potoczy się dalej ta rozmowa

- A jak będę duża, to mi urosną...?

- Ychyyy - mamroczę twierdząco, gdy Młoda dorzuca:

- .... takie duże jak tacie?"
 -....
- Mamo, dlaczego się śmiejesz???
 
KURTYNA

czwartek, 18 września 2014

MATERIALISTKA

Przychodzi dumny z siebieTroll do ojca i oznajmia:

- "Tato, byłam grzeczna w przedszkolu! I prawie nie płakałam!"

Ojciec postanawia docenić bohaterstwo jedynaczki, która aktualnie przechodzi kryzys przedszkolny, więc mówi:

-"Bardzo się cieszę, chodź, dostaniesz buziaka w nagrodę!"

Troll łypie okiem na rodzica, myśli chwilę, po czym rzuca tonem lekko roszczeniowym:

- "W nagrodę to ja chcę księżniczkę Lunę..."


wtorek, 16 września 2014

JAK CI MINĄŁ DZIEŃ?

Czekałyśmy z Blanką na paczkę z książkami dla niej. Dość długo, bo wysyłka się opóżniła, ale w końcu przyjechały, na adres firmowy. Już przez telefon uprzedziłam Trolla, ża tak, są, w końcu przywieźli, jak przyjadę z pracy to przywiozę.
Kiedy wróciłam, Blanka aż podskakiwała na kanapie, podekscytowana, z oczami wielkimi jak spodki, ucieszona jak mały psiak. Kicała i powtarzała jak mantrę:

"Masz czoś dla mnie mamo, masz? No masz mamo? Masz czoś dla mnie???"

Nawet się ze mną nie przywitała, więc nieco poirytowana, zwróciłam jej uwagę:

"Blanka, a gdzie buziak? A "Dzień dobry mamo, jak Ci minął dzień?""

Moje urocze dziecko pomiędzy jednym podskokiem, a drugim rzuciło z uśmiechem:

"Dobrze mamo!
A masz czoś dla mnie, no masz????

KROPKA NAD I

Wróciliśmy z cyrku - pod drodze skręciliśmy na lody, kupiliśmy po gałeczce - Blanka śmietankowe, ja bakaliowe, tata - śliwkowe. Zjadł pierwszy, więc poszedł odprowadzić rowery do garażu, a my zostaliśmy po "leklamą", jak mówi Blanka, bo mieliśmy jeszcze w planach spacer. Mała zagapiła się na żebrzącego o lody Travisa i wystarczyła chwila, by rozpuszczający się przysmak spłynął na jasną sukienkę młodej, tworząc, długi wyraźny ślad przez cały przód. Załamałam ręce i pytam Trolla:

- "Blanka, uważaj, cieknie Ci ten lód na sukienkę, zobacz jak to teraz wygląda!

Blanka zgodnie z moim poleceniem odciągnęła sukienkę do przodu, popatrzyła, pomyślała chwilę i powiedziała rezolutnie, wyraźnie ucieszona:

- "Wygląda jak i. Zobacz mamo, wygląda jak i! Tylko ma dwie kropki!!"

piątek, 12 września 2014

MATEUSZEK

Gdy Blanka wróciła w niedzielę do domu po wizycie u babci, zapytałam ją:

"Blaneczko, a ciocia ma ciągle jeszcze taki duży brzuch?"
Blanka niewiele myśląc, odparła:
"Taaaak. Mateuszek się jeszcze nie wydostał"

Czekamy. Jeszcze tylko miesiąc i mój brat będzie miał syna.
Co to jest miesiąc, gdy ma się za sobą jedenaście lat czekania...

czwartek, 11 września 2014

ROZMOWY Z B

- "Ubieraj się Kocie!
- Ale po co?
- Idziemy do przedszkola, zaraz wychodzimy
- ALE DLACZEGO JA MAM ZNOWU IŚĆ DO PRZEDSZKOLA? PRZECIEŻ WCZORAJ JUŻ TAM BYŁAM!
 - Bo to Twój obowiązek. Ja chodzę do pracy, tata chodzi do pracy, a Ty do przedszkola
- A Travis?
- Co Travis?
- A jego obowiązki?
- Yyyyyyy..... Travis nas pilnuje...
- Mamo, ale on śpi cały dzień na kanapie!
- Yyyyyy.... jak śpi, to nas też pilnuje, to jego obowiązek, no i chodzić na spacery...
- i robić kupę na trawniku?
- Tak"

Uffff ....

- "Blanka umyj zęby, bo masz na nich taki biały osad
- Osa? Maaaamooo? Osa???? Mam w buzi osęęęę??? Osaaaa tam siedzi??? (prawie ryk)
- Blanka, nie osa, tylko osad, jedzonko się osadza i trzeba je zmyć
- Sadza? Jaka sadza? Czarna? Mam czarne zęby?
- Nie. Nie sadza. OSADZA. Idź już umyj!!!"

Kurtyna

 

środa, 10 września 2014

O TRUDNYM ROZWOJU

Pierwszy kryzys już wystąpił. Po trzech dniach chodzenia do przedszkola, entuzjazm Blanki nieco opadł; gdy w czwartek rano odkryła, że po raz kolejny musi się ubrać i wyjść, jęknęła: "Znowu do tego przedszkola???" Ale poszła, choć do sali weszła z miną mocno niewyraźną. W piątek marudziała od samego rana, popłakiwała po drodze, mówiąc mi, że tęskni, że jest tam taaaak długo, że woli być ze mną. Serce mi się krajało, ale tłumaczyłam, że każdy z nas ma swoje obowiązki - tata chodzi do pracy, ja chodzę do pracy, a ona do przedszkola. Milczeniem pominęłam fakt, że Travis śpi cały dzień w domu. Poszła, ale jak zbity psiak; po wyjściu mówiła mi, że płakała, bo jak szli na plac zabaw, to myślała, że idzie już do domu, a okazało się, że trzeba jeszcze wracać do sali.

Z tego co wiem, w przedszkolu zachowuje się ładnie, pomijając drobny incydent, kiedy to pobiła się z Amelką o kolejkę do toalety. Przynosi kropki na raczkach w nagrodę za dobre zachowanie, informuje mnie też od razu, kto nie dostał i za co - Zuzia, bo biła inne dzieci i zabierał im zabawki. Michaś i Adaś bo wyrywali sobie samochodziki. Relacjonuje na bieżąco - jest fajnie, tańczą, śpiewają, po obiedzie leżą na dywanie i robią "figury", część dzieci idzie spać - Blanka konsekwentnie odmawia udziału w leżakowaniu. Płacze tylko Michaś i Kacprek, było przedstawienie o "Lisu, dziku i zającu", generalnie jej się podoba, ale...

Okazało się, że przesiadka z codzienności jedynaczki, która miała na wyłączność, mamę, tatę, nianię i dziadków do rzeczywistości przedszkolnej, w której musi funkcjonować w ponad dwudziestoosobowej grupie, jest dla Blanki bardzo trudna. W minionym tygodniu widziałam wyraźnie, jak pęcznieje w niej, jak narasta dziecięca frustracja, niezadowolenie; jak buntuje się rogata dusza Blanki, jak cisną ją nowe reguły i nakazy. Zdawałam sobie sprawę, że ten balonik trudnych emocji kiedyś musi pęknąć, nagomadzone uczucia muszą znaleść ujście, więc w miarę spokojnie przyjęłam jej płaczliwość, złość i nieskrywane niezadowolenie, które właściwie nie miało żadnej konkretnej przyczyny. Drugiego dnia nieco skoczyło mi ciśnienie; pod koniec tygodnia zaś, niczym ostatnia patologia, odbiór dziecka z przedszkola poprzedziłam lekkim znieczuleniem; mniejsza o szczegóły - wiedziałam po prostu już, co mnie czeka.

Po wyjściu z przedszkola awantury bowiem wybuchają właściwie bez żadnego powodu. W piątek mega płaczem skończyło się już samo wyjście z szatni, bo - uwaga! - Blanka chciała Amelce zrobić warkoczyk i przypiąć go spinką, a ja tej  nieszczęsnej spinki nie miałam. Wrzeszczała, ryczała, nie pozwalała sie przytulić, aż pani woźna zlitowała się nad nią i znalazła jakiegoś motylka z klamerką. Pomogło. Na jakieś dwie minuty, bo w drodze do domu rozładunek emocji rozpoczął się na nowo. A to kasztan był pęknięty, a to Amelka nie chciała dać jej soczku, wszystko powodowało rozpaczliwy płacz. Kiedy w końcu przyniosłam chlipiące dziecko do domu, oznajmiło mi, że jest zmęczone, śpiące i chce się iść kąpać. Była godzina siedemnasta. Jakoś dotrwałyśmy do siódmej, po czym Młoda zjadła kolację, obejrzała bajkę i zasnęła, jakby jej ktoś zasilanie odłączył

. Żal mi jej. 
Wiem, że jest jej trudno. 
Mi też.
Nie wiem, komu bardziej.

Widać wyrażnie, że przedszkole jest dla niej sporym wyzwaniem. Jakby nie było - to ciągle bardzo małe dziecko, nadwiek rozwinięte, ale de facto - ciągle trzylatek, który radzi sobie z własnymi emocjami, tak jak potrafi. A że nie bardzo potrafi, bo dopiero się uczy, to już inna bajka. Kiedy więc wrzeszczy mi na środku ulicy: "Nie będę Cię słuchała!!!! Będę Ci uciekała!!! Będę rzucała przedmiotami!!! Będę Cię biła i kopała Travisa! I nie będę w ogóle z Tobą rozmawiała!" - to staram się uśmiechnąć do niej (i nagromadzonej publiczności) mimo postępującego szczękościsku i powtarzam sobie w myślach: "To minie, to minie..."

Wszystko minie.
Już mija. 

W poniedziałek marudziła trochę, wyrażnie rozczarowana, że do tego przedszkola trzeba chodzić i chodzić, ale poszła, zachęcona faktem, że będzie teatrzyk, a Blanka uwielbia tego typu atrakcje.  We wtorek było już lepiej, zwłaszcza, że razem z Małą pofrunęła do przedszkola księżniczka Celestia. Dziś marudzenia nie było, ale pojawiły się pierwsze symptomy przeziębienia, bo szacowny ojciec uwierzył wczoraj dziecku, że przyszło rano bez kurtki (wrrrrrr.....) i przywiózł ją do domu w samej bluzie, na dodatek w lejącym deszczu. Tak więc nie wiem, czy nie czeka nas od jutra przerwa; szkoda byłoby, bo widzę, że Młoda zaczyna wchodzić w ten ustalony rytm, wstaje sama o siódmej, jeszcze przed budzikiem, dziś nawet słowa nie rzekła, że iść nie chce, przyjęła poranne wyjście z domu jako coś naturalnego. Mam nadzieję, że szaleńcze kichanie nie zmieni się w katar i Blanka zamknie ten tydzień w przedszkolu. 

Widzę bowiem, że jest jej trudno, ale z dnia na dzień - coraz łatwiej. 
I cały czas mam w głowie to, co powiedziały mi kiedyś dziewczyny powadzące klub malucha, do którego chodziła Blanka:

"Rozwój odbywa się najczęściej poza strefą komfortu"

I małych ludzi, i dużych. 

czwartek, 4 września 2014

ZASADNICZA RÓŻNICA

Idę do łazienki myć głowę, Blanka leci za mną, staje obok wanny, patrzy jak się nachylam, moczę włosy, proponuję, żebym użyła balsamu do kąpieli. Tłumaczę jej, czym się różni od szamponu, do czego służy, Mała pyta, czy może popatrzeć, jak myję włosy. Ona nienawidzi tej czynności, pytam więc ją:

- "A nie będziesz się bała?"
Na co Blanka z uśmiechem odpowiada:
- "Nie moje myjesz"

Fakt. Zasadnicza różnica. 

środa, 3 września 2014

POTYCZKI Z JĘZYKIEM

Blanka wykąpana, w piżamie, siedzi na kanapie i czeka na bajkę na dobranoc. Od ukochanych kucyków dzielą nas jeszcze tylko reklamy, wyłączam się więc, usiłując podczytać coś przez te kilka minut. Z lektury wyrywa mnie zdziwiony głosik Blanki, pytający z niedowierzaniem:

"Połknął lanie??? Ale jak mamo?"

Wracam do rzeczywistości, zerkam w telewizor i zaczynam się śmiać, szybko korygując zasłyszany tekst:

"Po pneumolanie, tak Pan powiedział Blanuś"

wtorek, 2 września 2014

BAT

Seans w kinie. Na ekranie końcówka "Dzwoneczka i tajemnicy piratów", zapalają się światła. Blanka zeskakuje mi z kolan, zdejmuje z nich podkładkę, na której siedziała, bierze pod pachę i maszeruje do wyjścia, rzucając mi przez ramię: "Ja sama odniosę mamo!' Podkładka jest duża, a Blanka mała, ale nie daje się, taszczy ją, przeciskając się bokiem między rzędami foteli. Biorę torbę i idę za nią; Młoda zatrzymuje się, bo siedząca kilka miejsc dalej mama z dwójką dzieci tarasuje przejście. Trzyma w jednej ręce dwie podkładki do siedzenia, w drugiej torbę, swoją kurtkę i kurtki dzieci. Sześciolatka z długimi włosami, w czapce z daszkiem i jej młodszy o dwa, trzy lata brat stoją tak, że nie da się przejść. Czekamy więc. Matka, objuczona jak wielbłąd, usiłuje zebrać puste kubki po popcornie i coca - coli, upycha w nie torebki po chipsach. Córce najwyraźniej coś zaświtało, próbuje więc jej pomóc, ale w odpowiedzi słyszy warknięcie:

"Zostaw, bo porozsypujesz, ja to wezmę!" 

W końcu wzięła. W trzecią rękę.
W tę, którą kręci sobie własny, prywatny bat
Podwójny


poniedziałek, 1 września 2014

PRZEDSZKOLAK

Blanka poszła do przedszkola. Z gulą w gardle, niemal ze łzami w oczach zaprowadziłam moją malutką dziewczynkę do placówki edukacyjnej, a raczej zaprowadziliśmy, bo poszedł z nami i tata, i nawet Travis. Zdecydowanie mi było trudniej, bo Młoda jak zobaczyła w holu przedszkola swoją ukochaną przyjaciółkę Amelkę, to pogalopowała do szatni zdejmować kurtkę i buty, no bo Amela była już przebrana. Zdążyła jeszcze zademonstrować przyjaciółce swoje getry z kotkami, ("No zobacz jakie mam ładne, o, tu są takie koty, podobają Ci się?") zachwycić się czerwonymi sandałami kumpelki i... poszły. A konkretnie to pognały do sali tak, że o buziaka na pożegnanie musiałam się upomnieć, gdy dziecko było już niemal za drzwiami. Cmoknęło mnie w policzek, rzuciło na odchodnym "To pa mamo, już ić do pracy1" i poleciało. Tak po prostu. Jakby chodziła tam od zawsze. Do obcych, płaczących dzieci, do pani, którą widziała pierwszy raz na oczy, do sali w obcym miejscu, z uśmiechem na ustach, bez stresu i jakichkolwiek obaw. 

Odebrana po południu streściła mi w telegraficznym skrócie przebieg całego dnia: było fajnie, nie płakała, płakało tylko dwóch chłopców, Kacper i Michałek, ale Pani ich pocieszała, Pani Karolina, ale jest też Pani Violetta, piła herbatkę, na obiad była pomidorowa, jadła sama (sądząc po plamach na bluzce - mówi prawdę), Amelce pani trochę pomagała, nie pamięta, co było na śniadanie, bawiła się w "stary niedźwiedź mocno śpi", "ole ole Janko" i "Baloniku nasz malutki", tak jutro też idzie, ale fajnie!

To by było na tyle. Zostałam mamą przedszkolaka...

czwartek, 28 sierpnia 2014

SZANTAŻ

Zbliża się pora obiadowa. Blanka głodna i marudna, żebrze o bajkę. Pyta, czy może włączyć laptopa, kiedy odmawiam, zagaja o telewizor, kiedy słyszy kolejną odmowę, wścieka się, rzuca się w sypialni na łóżko i ostentacyjnie kopie w przesuwane drzwi. Zostawiam ją w spokoju, wychodząc z założenia, że nie ma co dolewać oliwy do buzującego już ognia. Po kilku minutach, kiedy już się wysapała trochę, przychodzi do mnie, zła i obrażona, tupie nogą i oznajmia:

- "Jak mi nie włączysz bajki, to nie będę Ci w ogóle pomagała! W niczym!!!"

Mówię ze smutną miną, z wysiłkiem tłumiąc śmiech:

- "Trudno..."

I myślę sobie - ona ma trzy lata czy trzynaście???

środa, 27 sierpnia 2014

PARKOUR

Blanka nie potrafi się poruszać po linii prostej. Przemieszczenie się z punktu A do punktu B w jej wykonaniu to czysty parkour. Wchodzi na każdy murek, potem z niego zeskakuje, włazi na każdy schodek tylko po to, by zaraz z niego zejść, najlepiej tyłem, spaceruje po krawężnikach niczym po linie, skacze po płytach chodnikowych, tak by nie nadepnąć na pęknięcia i łączenia, nie ominie żadnego podestu, podjazdu dla wózków, żadnej barierki do przypinania rowerów - ona nie może przejść obok, ona musi, po prostu musi przejść pod nią. Przelecieć biegiem najlepiej...

Dziś, po godzinie takiego eksplorowania miasta, nieco już udręczona, kiedy Blanka postanowiła zeskoczyć w ceglanego podestu w największą kałużę, zapytałam zniecierpliwona:

- "Blanka, czy ty naprawdę musisz łazić po tych wszystkich murkach i schodkach?
-Muszę!
- Ale dlaczego?
- Bo chcę!"

Logika trzylatki

wtorek, 26 sierpnia 2014

GADKI

Od niedzieli jest u nas babcia Blanki. Młoda z przejęcia długo nie mogła zasnąć, mojemu mężowi udało się ją uśpić dopiero parę minut przed dwudziestą drugą. Upewniwszy się, że Troll padł, otulił dziecko kołdrą i poszedł do sypialni pomóc mojej mamie rozłożyć sofę. Gdy zakładali czystą pościel, za ich plecami niespodziewanie padło uprzejme pytanie:

- "Pomócz wam?"

***

Blanka wróciła z baletu, weszła do mieszkania, rozgląda się i mówi:

- "Ale ładnie wyodkurzałaś mamo!"

***
Blanka bawi się spryskiwaczem z płynem do mycia szyb, psika na szafki. W końcu zwraca butelkę w kierunku swojej twarzy; babcia uprzedza ją, żeby uważała, bo jak sobie psiknie w oko to nic nie będzie widziała, będzie ją bolało i trzeba będzie jechać do lekarza. Blanka myśli chwilę, w końcu rezolutnie stwierdza:

- "Ale jak sobie zapsikam jedno, to drugie będzie dobre i będę widziała!"

niedziela, 24 sierpnia 2014

PANI ZOSIA

Drobniutka, filigranowa wręcz, siwowłosa, niebieskooka. Pani Zosia. Sprzątała u nas w firmie prawie dziesięć lat. Przychodziła o piątej, miała swoje klucze do restauracji, wchodziła, zamykała się od środka, włączała sobie muzykę i w ciągu trzech godzin doprowadzała podłogi do stanu takiego, że można było z nich jeść. Kiedy przychodziłam do pracy, ona zwykle kończyła porządki, robiłam jej kawę, zamieniałyśmy kilka zdań. Mówiliśmy do niej i o niej "ciocia". Nasza kochana ciocia Zosia była cudownym człowiekiem, dobrym, cierpliwym, pogodnym, niekonfliktowym, niesamowicie solidnym. Pani Zosia była niezawodna, nigdy się nie spóźniała, choć dojeżdżała do pracy ponad godzinę, z drugiego końca miasta. Nigdy nie nawaliła, jeśli chciała wziąć wolne lub urlop, dzwoniła z kilkunastodniowym wyprzedzeniem i jeszcze przypominała mi kilka razy, żeby sobie zapisała, że w danym dniu jej nie będzie.

Więc kiedy w czwartek nie przyszła do pracy, było wiadomo, że coś się musiało stać. Niemożliwe, żeby Pani Zosia nie przyszła posprzątać. Była naszym człowiekiem z żelaza, ona przychodziła ZAWSZE. Agnieszka zadzwoniła do kadr, ustaliła adres zamieszkania, pojechała. Mieszkała na parterze, okno było otwarte. Niemożliwe. Pani Zosia nie zostawiłaby niezamkniętego okna. NIGDY. Kierowniczka zadzwoniła po straż pożarną. 

Jeszcze zdążyła wyjść o świcie z psem na spacer. Jeszcze zdążyła zrobić sobie kawę, zapalić papierosa. Nie zdążyła jej wypić. Zmarła nagle. Bez powodu, przyczyny, celu i sensu. Była i już jej nie ma. Na blacie w kuchni została szklanka zimnej, czarnej polewki. 

Gdy Aga mi o tym opowiadała, pomyślałam - jesteśmy tylko epizodem w życiu naszych rzeczy. 

Kupiłyśmy wielki bukiet białych róż, pojechałyśmy na pogrzeb. W błyszczącej nowością i polerowanym granitem kaplicy, w drewnianej łódeczce trumny jak w łupinie orzecha, leżała ciocia Zosia. Obok na niskiej ławeczce jedyna wnuczka, córka łyżwiarka, o której zawsze z dumą opowiadała, syn i siostra, siwo - czarna kserokopia cioci. Zbici, posklejani z sobą, stuleni jak grupka nastroszonych, zapłakanych ptaków. 

Za marmurowym ołtarzem ksiądz w fioletowym ornacie haftowanym złotą nicią, pomiędzy piramidami żywych kwiatów, a rzeźbionym krzyżem, gromkim głosem głosił apologię ubóstwa. Grzmiał o skromności, potrzebie poświęcania się w imię miłości, nawoływał, upominał, przywoływał. Symboliczną, bitą i udręczoną żonę alkoholika niosącą swój krzyż zderzył ze złą kobietą, co to nie dba o dzieci, nie gotuje i nie sprząta (i chodzi do pracy, dodałam sobie w myślach). Powołał na przykład całkiem realną matkę pięciorga maluchów, która spotkał gdzieś na rekolekcjach, cichą, skromną i szczęśliwą, z uśmiechem na ustach poświęcającą się dla dzieci. Nie znalazło się w jego kazaniu miejsce dla żadnego udręczonego, poświęcającego się w imię miłości, mężczyzny. O nie, nie, nie. Były same kobiety.

 Ooooo, pardon, nie wszystkie, nie zlazło się też nim miejsce dla jednej z nich. Dla cioci Zosi. Zabrakło garści ciepłych banałów, których tak bardzo potrzebują pozostali. Tych kilku minut i kilku słów - że była cudownym człowiekiem, dobrym, cierpliwym, pogodnym człowiekiem. Bo była. Czyjąś babcią, siostrą, mamą, pracownikiem, czyjąś "ciocią". 

Zabrakło miejsca w kazaniu, co się dziwić, skoro w pamięci księdza zabrakło nawet informacji, czy żegna ją czy jego. 
Brak.

Jeden wielki brak.
Brak w nadmiarze
Brak miejsca w pustce.
 
O ironio losu!
Kiedyś, gdy rozmawiałam z Panią Zosią na temat kondycji Kościoła w Polsce, podsumowała ją krótko:
 "A tam z tymi księdzami, pierdolą głupoty tylko, aż żal słuchać"

Żal 

Dobranoc ciociu Zosiu! Śpij spokojnie...

 

piątek, 22 sierpnia 2014

OBRAŻONY PACJENT

Blanka upuściła sobie butelkę z wodą na goła stopę. Płacze, trzymając się za nogę, tarza się po dywanie, oj jak boli, jak boli, mamoooo, jak boli paluszek! Nauczona doświadczeniem, obserwuję małą aktorkę dramatyczną, która zachowuje się, jakby jej groziło co najmniej trwałe kalectwo i najspokojniej jak potrafię pytam: 

- "Boli paluszek Blanuś, tak? Bardzo? A który?"
- "Teeeeennnn! Maaaaałyyy! Jaaaaak boooli!" - odpowiada Blanka, nadal rycząc
- "Co mogę zrobić, żeby przestał boleć kochanie?" - pytam spokojnie,wiedząc doskonale, jaką usłyszę odpowiedź.

- "Naklej mi plaaaaasteeereeek" - ryczy ciągle, ale jakby ciszej. 
Taaak, plasterek jest dobry na wszystko. Podobne właściwości lecznicze posiada czekoladka. 

Ruszam więc do sypialni, gdzie w białym pudełku na komodzie trzymamy medykamenty. Goni mnie zaskakująco trzeźwe pytanie mojej córki:
- "A masz z Hello Kitty?"

Upssss, wypadła z roli, orientuje się błyskawicznie i równie szybko rzuca się ponownie na kanapę z jękiem. Zaklejam biedny paluszek plasterkiem, całuję, Blanka cichnie, ogląda opatrunek, kombinuje chwilę i znów zaczyna tarzać się po kanapie:
- "Ajjjjj, jak boli, drugi też boli, oj jak boli!!! Drugi plasterek, chcę drugi plasterek!!!!"

Na takie dictum, do dyskusji wkracza Andrzej, do tej pory w milczeniu obserwujący całe zajście:

- "Drugi boli? Naprawdę? Blanka, jak to takie rozwojowe, to ubieraj się, jedziemy na pogotowie!"

Zaczynamy się śmiać. 

Dziecko milknie. Myśli. Deliberuje. Rozważa, czy warto ryzykować. Zastanawia się, jaką strategię obrać. Zdecydowała. Odwraca się od nas demonstracyjnie, wykrzywia buzię, zaplata rączki na piersiach, fuka coś do siebie pod nosem. Aha. Czyli opcja foch.
Tak czasem bywa.

Obrażeń brak, a pacjent cały obrażony.

środa, 20 sierpnia 2014

CAŁA BLANKA WE FRAGMENCIE

Piątkowe, wczesne popołudnie. Ciepło, słonecznie, wietrznie. Snujemy się całą czwórką po opustoszałym mieście, szukając pomysłu i miejsca na obiad. W końcu, jak zawsze, idziemy tam, gdzie zawsze. Travis rozkłada się pod stołem na zimnej, granitowej kostce jak gruby dywan i zapada w sen. Nad głowami kołysze się nam jasna, beżowa markiza, przy stoliku obok rodzice z dwójką dzieci czekają na swoje zamówienie. Czterolatka i dwulatek, tak na oko, po prostu siedzą i czekają. 

A  u nas?
Fotel jest taki głęboki, że Blanka wpada niemal cała, trzeba ją ratować, bo tylko nogi jej wystają, stopy próbują wspinać się po ścianie, bo fotel zapada się, usiłuje połknąć małą dziewczynkę, która aż piszczy z przerażenia. Wyciągam biedne dziecko z paszczy wiklinowego potwora, sadzam prosto i tłumaczę, że nie może krzyczeć, nawet jeśli zjada ją krzesło, bo jesteśmy w restauracji i takie zachowanie przeszkadza innym ludziom. Kiwa głową, że rozumie; dzieci obok właśnie dostały naleśniki i zaczęły jeść, my otrzymaliśmy wodę i sztućce, które to... natychmiast, ale to natychmiast muszą się w niej wykąpać. Jest tak gorąco, biedny zmęczony widelec rozbiera się błyskawicznie z serwetki, daje nurka do szklanki, za jego przykładem idzie nóż, razem pluskają się przez moment zaledwie, bo ta woda, ona jest taka ziiiimna! Wyskakują więc z krzykiem, biegną po ręcznik, nóż zawija widelec, widelce próbuje osuszyć nóż, oooo, jaki piękny bukiet sztućców, co się dzieje, co się dzieje, jakiś konflikt, one nie chcą być jednak razem w bukiecie, szamoczą się na stoliku, próbują wyswobodzić i przypadkiem potrącając szklankę, oj!!!! Powódź, uwaga, powódź, ratuj się kto może, uciekajcie sztucće, mamo, tato róbcie tamę z serwetek, bo nas zalejeeeee oa one się potopiąąąąą!!! 

Wycieram stół, tłumacząc po raz kolejny, że nie można krzyczeć, nawet jeśli grozi nam powódź, bo jesteśmy w restauracji i takie zachowanie przeszkadza innym ludziom. Dzieci obok po prostu jedzą. A po naszym stoliku już biegnie oszalała ze szczęścia solniczka, biegnie się wykąpać, goni ją równie ucieszona pieprzniczka, będzie ślizgawka, woda zamieniła się w lód, będą tańce, swawole, hulanki; biorą się w objęcia i już skaczą po całym stole, tańczą i wiwatują...  Nagle się zmęczyły, szklane buteleczki wracają grzecznie na drewnianą podstawkę, to jest do garderoby, będą przymierzać bransoletki, noooo, teraz to dopiero mogą iść na bal, wystrojone, znów biegną na parkiet, wirują, szaleją. Dołączają do nich nóż z widelcem, czule objęci, suną po blacie stolika, przedstawiają się sobie, Zdzisiek i Stasiek, miło mi, mi także, a teraz obrót, uwaga piruet...
Nieszczęście, nieszczęście!!!!! Ratunku, w parkiecie dziura, Zdzisiek spadł w przepaść, zsunął się w niebyt pomiędzy dwiema deseczkami! Śpieszy mu na ratunek solniczka, kanciasta i mało zwinna, spada więc i się tłucze, na szczęście obrażenia nie są zbyt duże, ale solniczka  Stefania musi udać się do lekarza. Boi się bardzo, więc przytula ją kartka ze standu i tak idą razem na badanie. Idą przez las, bardzo gęsty las, a w nim tyle wilków i wyją, o jak wyją... 

Ja już nic nie mówię. Obserwują ten wyimaginowany świat i śmiecham się tylko, Andrzej chowa twarz w dłoniach i zaczyna spazmatycznie się śmiać. Dzieci obok kończą jedzenie. Blanka na moment przestaje snuć swoje opowieści, wychyla się ze świata wymyślonych postaci biegających po naszym stoliku, zerka na ojca, trącego dłońmi zaczerwienioną od zduszonego śmiechu twarz i pyta:

- "Czo tam? Czoś Ci w oczko wpadło tato?"

czwartek, 14 sierpnia 2014

O LITEROWANIU

Kolorujemy. Blanka odwraca stronę, patrzy na tytułową, przesuwa palcem po literach i duka:

- "M....A...L...O... Mamo, jaka to litera?"
- W
- A... A ta litera?
- N
- K... I...
 L...A...L...K...I. Malowanki lalki!"

Patrzę na nią i brak mi słów.
Tak, trafiła akurat na litery, które zna, co nie zmienia faktu, że opadła mi szczęka. 
Bardzo nisko.

piątek, 8 sierpnia 2014

LATO W MIEŚCIE

Lato upływa nam na szwendaniu się po mieście. Urlop mamy zaplanowany dopiero na przełomie września i października, więc przez cały lipiec i sierpień,szukamy sobie z Młodą atrakcji miejskich. Z racji, że w sezonie letnim Bunbun właściwie nie działa (tylko jedne zajęcia w tygodniu, 2 godziny), musiałyśmy znaleźć jakąś alternatywę. Blanka więc, razem ze swoją przyjaciółką Amelką trafiła na wakacyjne zajęcia baletowe dla maluchów. Robi foczki, kręci piruety, chodzi na palcach i jest najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, kiedy jej mówię, że jedziemy "na balety". 

Generalnie wstaje rano i od razu pyta, czy dziś gdzieś pójdziemy? Zwykle odpowiedź jest twierdząca i jedziemy albo na basen, albo po prostu na spacer lub szukamy sobie innych atrakcji, np. poznajemy nasze miasto. Tydzień temu byłyśmy z Amelką i jej mamą na wystawie tropikalnych motyli, które okazały się baaaardzo straszne, zwłaszcza gdy zaczęły dziewczynom latać tuż nad głowami. Wybrałyśmy się też do Muzeum Kinematografii, z pewnymi obawami zresztą, zastanawiając się czy laski nie są za małe na takie atrakcje. Pobyt tam rozwiał wszelkie moje wątpliwości - nie są. Radości, piskom i zachwytom nie było końca. Fotoplastykon obleciały kilka razy, gabloty z lalkami z filmów animowanych powitały z takim entuzjazmem, że ciężko było je przekonać do obejrzenia innych atrakcji. Sam zabytkowy pałac też zrobił na nich wrażenie - w końcu po takich schodach chodziły prawdziwe księżniczki (nooo prawie...). W przyszłym tygodniu wybieramy się na warsztaty ceramiki.

Cieszę się, że Młoda z olbrzymim entuzjazmem przyjmuje niemal każdą nowość, którą jej zaproponuję. Cieszę się, że udaje mi się w niej zaszczepić ciekawość świata i radość jego odkrywania. Cieszę się niesamowicie, kiedy trzylatka pyta:

"Mamo, kiedy znowu pójdziemy do muzieum???"

czwartek, 7 sierpnia 2014

MOJE DZIECKO MNIE STRASZY...

Blanka odmówiła wczoraj stanowczo powrotu ze spaceru. Oznajmiła nam po prostu, że ona nie idzie jeszcze do domu, bo nie ma nocki, zostaje i będzie sobie spacerować. Zgodziłam się więc i uprzejmie poinformowałam małą indywidualistkę, że skoro tak, to my wracamy, a ona niech wróci jak już się wybiega, o tu zaraz mieszkamy, niech zadzwoni domofonem, jak już się wyspaceruje - sytuacja miała miejsce tuż pod blokiem. Najpierw zamarkowała płacz, ale kiedy odkryła, że to nie pomaga i nieuchronnie się oddalamy, zostawiając ją samą podreptała za nami z obrażoną miną, zatrzymała się, znów ruszyła za nami, w końcu przystanęła i powiedziała:

- "Jak będzie jechała policia i zobaczy, że tu jest JAKIEŚ DZIECZKO SAMO... - słuchałam w lekkim szoku z uniesionymi brwiami - .... to mnie zabierze! ZOBACZYSZ!!!"

Moje trzyletnie dziecko straszy mnie policją. Pięknie. Ciekawe, co jeszcze zobaczę. A raczej usłyszę :-)

wtorek, 5 sierpnia 2014

PORANEK

Szósta trzydzieści.

Travis ogłosił wszem i wobec, że oto właśnie jego Pan, Pańciunio, Pańciusio najukochańszy przyjechał, już jest, wrócił, nareszcie, tam stoi, na dole, pod blokiem, czeka na niego, przyjechał do swojego pieska, pieseczka, piesusia, piesiunia najukochańszego, jest, ukochany, umiłowany!!!

Dramatycznym szeptem rzuciłam z sypialni:

"Travis, zamknij się ty bydlaku, cicho!"

Nie pomogło. 

Pańciusio, Pańciunio, już jest, jeszcze tylko zaprowadzi rower do garażu i już przyjdzie, przybędzie, wyjdzie na spacerek z piesusiem, ja już tu czekam, no pośpiesz się, czekam i tęsknię!

A miałam zamknąć drzwi na balkon i zasłonić rolety, ale żal mi się zrobiło pieska, który tak słodko sobie drzemał na świeżym powietrzu. A właściwie to spał jak zabity na balkonie...
Ożył o 6.30.

Wstałam z przerażającą myślą, że jak obudzi Blankę, to będę miała dwa wyjące stwory na głowie od samego rana. Uciszyłam kundla, trochę prośbą, trochę grożbą, dyskretnie otworzyłam mu drzwi. Poleciał na dół, kręcąc ogonem radosnego młynka. Wróciłam do łożka, ale niestety nie udało mi się już zasnąć. Kiedy Luby wszedł na górę z wywietrzonym psem i zdziwił się, że nie śpię, jakby k... pies posiadał umiejętność przenikania przez zamknięte drzwi, poskarżyłam mu się - że mnie obudziło to białe bydle, że w sumie to znów nie spałam prawie całą noc, bo Blanka kręciła się, popłakiwała, wołała mnie, wstawała na siku, prosiła o przytulenie i tak w kółko. Powiedziałam, załamana lekko:

- "Nie wyrabiam, jedno wyje, drugie gada przez sen, budzą mnie na zmianę, albo Blanka albo Travis!"

Co słysząc, mój dowcipny mąż, zapytał:


Travis też gada przez sen???"




piątek, 1 sierpnia 2014

PROGNOZA POGODY

Lato myje deszczem kamienice, chodniki, nabłyszcza jezdnie.  Letnie pranie. Pod blokiem nasiąknięty wodą dywan trawy gęstej jak futro.  Blanka stoi z nosem przyklejonym do szyby, patrzy na ścianę deszczu i nagle stawia diagnozę pogodzie:

- "Leje jak zebra"...
:-)

środa, 23 lipca 2014

POCZESANIE, POCZESZENIE...

Bajki w naszym domu są ściśle reglamentowane. Młoda może je oglądać dwa razy dziennie - po obiedzie i po kąpieli, przed pójściem spać. Ilość zależy od długości odcinków - dbamy o to, żeby łączny czas projekcji nie przekraczał każdorazowo 15-20 minut. Jeśli więc wybiera kucyki pony, to ogląda jedną kreskówkę, jeśli Lulusia - trzy. Oczywiście próbuje obejść nasz system udzielania, kombinuje jak tylko może i potrafi. Wstaje rano i mówi: "Mamo, chcę obiadek!" Tłumaczę jej, że o tej porze je się śniadanie, ona upiera się przy obiedzie. Dlaczego? Wiadomo, bo po nim jest bajka, dlaczego więc nie przestawić nieco pór posiłków. Próbuje mnie szantażować - siada z fochem na kanapie, z obrażoną miną i mówi: "Jak mi puścisz baję, to będę się uśmiechała!"
System jest jednak szczelny i jeśli chodzi o bajki, oboje jesteśmy bardzo konsekwentni, więc Młoda nie miała wyjścia - musiała się pogodzić ze swoim losem.
 Co nie znaczy, że poddała się ostatecznie. 

Wczoraj wyjęłam z kąpieli zaryczanego i usmarkanego Stwora z mokrą głową, powtarzającego głosem nasiąkniętym łzami:

"Ja naprawdę bardzo tego nie lubię, naprawdę bardzo, bardzo nie lubię tego mycia głowy, naprawdę mamo bardzo tego nie lubię, ja naprawdę bardzo tego nie lubieeeee łeeee!!!!"

Wytarłam mokre, lniane włosy, przytuliłam, owinęłam w szlafrok i już miałam zabrać do pokoju, świadoma, że za chwilę rozegra się kolejny dramat, związany z czesaniem i suszeniem, gdy spod kaptura rozległ się głosik przepełniony nadzieją:

- "A będzie baja na POCZESZENIE?"

wtorek, 8 lipca 2014

TRZY RAZY TAK

Blanka siedzi na kanapie i ogląda kucyki pony. Nos niemal wklejony w laptopa, zaabsorbowana, zapatrzona, cała w świecie bajki. Wciskam jej szczoteczkę z nałożoną już pastą do ręki, proszę, żeby umyła zęby. Idę do kuchni po herbatę, wracam - szczoteczka leży na stoliku, co prawda pozbawiona pasty, ale coś mi mówi, że ją po prostu zjadła zamiast wykorzystać zgodnie z przeznaczeniem. Mała chłonie kucykową historię. Na buzi nie ma śladu pasty, coś mi nie pasuje, wiec pytam:

- "Umyłaś zeby?
- Tak! 
- A dokładnie? 
- Tak ! 
- Oszukujesz...
- Tak!"

sobota, 28 czerwca 2014

CZARNE STOPY

Sadzimy spóźnione kwiatki na balkonie. Blanka biega po nim na boso, grzebie rękami w ziemi, przekłada do skrzynek, rozsypuje, wdeptuje w płytki, zachwycona nowym zajęciem. Patrzę na jej stopy i załamuję ręce:
- "Blanka, jakie ty masz brudne nogi, całe czarne ! "

Podnosi głowę i mówi:
- "Czarne jak smoła!"

Podnoszę brwi, zdziwiona i zaskoczona, w końcu smoła nie jest materiałem, z którym moje dziecko obcuje na co dzień, nie przypominam też sobie, żebyśmy gdziekolwiek ją widziały, pytam więc:
- "A skąd Ty znasz takie słowo kocie?"

A ona z zapałem mi tłumaczy:
- "W bajce o koźlątkach, co mi czytałaś był wilk i miał łapę..." - wtedy mi się przypomina, faktycznie - ... czarną jak smoła" 

Uśmiecham się. 
Warto czytać.


NUREK

Mój mąż chrapie, kiedy śpi na plecach. Doprowadza mnie to do szału, więc dźgam palcem, pukam, syczę, żeby się przekręcił na bok, w końcu zwyczajnie budzę. Oczywiście, kiedy wstanie, nic z tego nie pamięta, a jak zombie, niewyspana, zła, wypominam mu i tłumaczę, żeby poszedł z tym do lekarza, bo zauważyłam u niego ostatnio bezdech. Nawet się zainteresował, spytał zaciekawiony:

- "Ale że co, że co robię?"

Zademonstrowałam więc:
- "No chrapiesz sobie, chrapiesz, potem wciągasz powietrze (wzięłam oddech)...................................................................................................................... i łapiesz oddech dopiero po kilku sekundach"

Popatrzył na mnie, zaczął się śmiać i mówi:
- "Może mi się śni, że nurkuję?"