sobota, 28 grudnia 2013

MOJE


Blanka w tym roku niemal samodzielnie przygotowała pierniczki świąteczne, przy pomocy swojego ojca tylko polukrowała jej i ozdobiła. Tłumaczyliśmy jej, ze kiedy przyjdzie do niej Mikołaj, będzie mogła mu je dać dla reniferów, bo one, po tak długiej drodze, będą zmęczone i głodne. Mała zrobiła smutną minę i radykalnie oznajmiła:

- "Nie dam!
- Ale dlaczego Blanuś???
- To moje ciastka!
- Ale renifery przywiozą Mikołaja i prezenty, będą bardzo strudzone; naprawdę im nie dasz???
- Może jedno..." - zmiękło dziecko...
Pierniczki nie, tak na marginesie

***
Po świętach Mała dzielnie pomaszerowała do niani, zażądawszy uprzednio, żeby jej spakowała te klocki, co jej Mikołaj zostawił u babci. Przesypałam zestaw lego duplo do plecaka młodzieży i wyprawiłam z całym tym majdanem i z opiekunką do jej domu, gdzie czekał już na nią wnuczek, którym też się zajmuje. 
Gdy wróciłam z pracy, zapytałam z ciekawości:

- "Jak tam Blanuś, bawiłaś się z Patrysiem klockami?
- Nie. Zabierałam mu!
- A dlaczego???
- Bo to moje klocki"

Taki etap. 
Mam nadzieję.

piątek, 27 grudnia 2013

WIGILIJNY DIALOG

Blanka, dziko się śmiejąc, klapnęła na kanapę. 

Nachylam się nad nią, mała zanosi się chichotem, dmuchawiec jej jasnych lekkich włosów rozsypuje się na szarym obiciu. Odgarniam jej puch z buzi, patrzę w zielono-szare oczy, w których odbijają się, migocząc choinkowe lampki i fala czułości zaczyna dławić mnie w gardle:

- "Jesteś moją gwiazdką Blanuś.." - mówię głosem jak z waty
Mała milknie, patrzy poważnie
- "Jesteś moją perełką, wiesz?" - dodaję
- "A ty mamo jesteś muszelą!" - odpowiada Blanka i kontynuuje swoją opowieść, mówiąc:
- "A tata jest wieeelką muszelą! A nawet żółwiem!"
- "Taaak? A kim jest Travis?" - pytam zaskoczona.
- "Travis.... Travis... jest foczką!" - wykrzykuje zadowolona Blanka, ucieszona, że udało się jej w metaforze zamknąć cała naszą rodzinę


-

piątek, 20 grudnia 2013

NOWE, NIEZNANE DANIE

Blanka nudzi od rana:
- "Daj czekoladkę, daj czekoladkę tatusiu!"

Ojciec patrzy na pociechę, marszczy czoło surowo i pyta:
- "A śniadanie jadłaś?" - pyta
- "Jadłam!" - odpowiada maluch

- "Nie jadłaś!!!" - zaprzecza ojciec, który czuwa nad swoją córeczką od bladego świtu, kiedy to zerwała się na nogi i doskonale wie, że Blanka nie raczyła jeszcze niczego spożyć

- "Jaaadłaaam!" - idzie w zaparte mała blondynka wagi piórkowej

 Postanowiłam się nieco doinformować, więc pytam:

- "Taaak? A co jadłaś?"
- "Nic!"- odparło rezolutnie nasze dziecko.


środa, 18 grudnia 2013

PORANEK

- "Zobacz jaki śliczny poranek!" - oznajmiła moja córka, wychodząc ze mną na spacer. 

O 11.30 :-)

wtorek, 17 grudnia 2013

CZY A RACZEJ KIEDY...

Przygotowujemy się do pieczenia kruchych ciasteczek. Mała ubrana w fartuszek, przestępuje z nogi na nogę, zniecierpliwiona drepcze przy stoliku, tylko czeka, żeby zacząć zagniatać słodką masę. Rzucam okiem na jej ręce i coś mi nie pasuje; kontrolnie pytam:

- "Umyłaś łapki? 
- Tak!!!
Chmmmm... Na małych palcach wyraźnie widać resztki plasteliny i akwareli, którymi malowała rano. Niemożliwe, myślę i drążę temat:

- Na pewno umyłaś??
- Taak!
- Nie umyłaś!
- Umyłam!
- Nie umyłaś!
- Uuuumyyyłaaammm.... 

W końcu coś mnie tknęło i dopytałam:

- A kiedy umyłaś?
- Wieczorem!!!" - oznajmiła Blanka z uśmiechem...

niedziela, 15 grudnia 2013

KTO?

Usilnie namawiam rano Małą, żeby się w końcu ubrała. Łata po domu w piżamie, na bosaka, wykręca się jak może, w końcu zaczyna wciągać getry i jednocześnie pyta:

- "A gdzie ja idę?
- Nigdzie. Zostajesz w domu. Ja idę do pracy, a tata wychodzi na spacer z Travisem"- odpowiedziałam.

Blanka zamarła na moment z bluzką założoną do połowy, z rączką zaplątaną w rękawie, popatrzyła na mnie i wypaliła z lekkim niepokojem w głosie:

- "A kto mnie będzie pilnował???"

poniedziałek, 9 grudnia 2013

MĄDRALA

Blanka, wraz z nadejściem zimy, zmieniła się w borsuka. Najchętniej siedziałaby całe dnie w domu; ani myśli wyłazić z nory. Wyciągam ją siłą, prośbą, groźbą i podstępem - do tej ostatniej kategorii należy metoda "na Travisa". Tłumaczę Blance, że to jej piesek i koniecznie, ale to koniecznie ona musi z nim wyjść na spacer. Co prawda pies potem patrzy na mnie z byka, z miną: "Jako mogłaś mi to zrobić???", bo przez cały Młoda wlecze go na smyczy długości pół metra i nie pozwala od siebie odejść na krok, ale dla mnie liczy się osiągnięty cel - dziecko na spacerze.
Wczoraj też tłumaczyłam Blance:

- "Musisz wyprowadzić Traviska, to twój piesek, zobacz, jak się kręci i popiskuje, zapytaj, go czy ma ochotę wyjść. No i? Co ci powiedział?"

Blanka, ciągle obejmując Travisa za szyję, spojrzała na mnie jak na głupią i sprostowała:

- "Mamo, pieski nie mówią. Pieski merdają ogonami!"

No fakt. 

piątek, 6 grudnia 2013

MIKOŁAJKOWE ZAMÓWIENIA

Już od dłuższego czasy wypytywaliśmy Blankę, co chciałaby otrzymać od Mikołaja. A ona niezmiennie powtarzała, że chce... trąbkę. Tak. Trąbkę do trąbienia. Tylko szaleniec mógłby spełnić tę prośbę, więc indagowaliśmy Młodzież dalej i dowiedzieliśmy się, że Mała chce jeszcze lalkę. Lalkę Zosię. Ma być zielona i mieć dużo włosów. Mam nadzieje, że chodziło jej o kolor sukienki, bo jeśli nie, to moja córka chce najwyraźniej na Gwiazdkę otrzymać... ufoludka. 

Trąbkę próbowałam jej wybić z głowy, ale po pięćdziesiątej zwiniętej w rulon książeczce zaczęłam się łamać. A wczoraj, kiedy zobaczyłam jak moja córka pracowicie roluje kolejny śliski kartonik i wytrwale pokrywa go kosmiczną ilością kleju biurowego, usiłując skleić w tubę  - i niestety rzuca z płaczem bo: "nie trzyma się, nie będzie trąbki...", poddałam się. 
Kupiłam w imieniu zapracowanego świętego trąbkę, zapakowałam i schowałam pod poduszką. Zatyczek do uszu niestety nie było w zestawie. A przydałby się, bo Młoda zaraz po przebudzeniu poryczała się, bo "już dzionek jest!", a ja nie chciałam wyleźć z łóżka, tylko wołałam ją uparcie, żeby sprawdziła, co Mikołaj dla niej zostawił. Kiedy w końcu przestała buczeć i w końcu przyszła grzebać między poduszkami, aż jej się oczy zaświeciły, kiedy znalazła prezent - odpakowała i z zachwytem zawołała:
- "Trąbka!!!"

A po sekundzie zapytała:
- "A gdzie lalka???"

Prawdziwa kobieta. 
Nie dogodzisz. 

wtorek, 3 grudnia 2013

ONA MNIE ZNA...

Byłam niewyspana i zmęczona. Śpieszyłam się. Blanka marudziła. Nie chciała się ubrać. Uciekała. Travis patrzył błagalnym okiem spod okna, widząc, że wychodzimy. Liczył, że jego też zabiorę. Właził pod nogi i się plątał, kiedy próbowałam dostać się do schowka. Wyciągnęłam wózek, ale się zaciął, nie wiedziałam, jak go rozłożyć. Pomogło walenie pięścią w blokadę. Nie mogłam znaleźć nigdzie pokrywki do pojemnika, w który zwykle pakuję Blance drugie śniadanie do Klubu Przedszkolaka. Mała ryczała, że nie chce kanapek, owoców też nie. Rajstop też nie i żebym nie zapinała guzika u spodni, bo ją boli... Kurtkę założyła, ale tył na przód. Pobeczała się, że nie może znaleźć suwaka. Zdjęłam, założyłam normalnie. Poszłam szukać czapki. Młoda zabrała się za wciąganie butów; po 10 sekundach cisnęła butami z furią i zażyczyła sobie jesienne, fioletowe półbuty. Siłą założyłam jej zimowe trzewiki. Znów się pobeczała. Ze złości. Zapakowałam do wózka. Upchnęłam jej plecaczek do kosza pod spodem. Odgoniłam łaszącego się psa od drzwi; łypnął okiem z pretensją. Już wiedziałam, że coś pogryzie w akcie zemsty. Ubrałam się, założyłam kurtkę, czapkę, rękawiczki i już miałyśmy wychodzić, gdy przypomniało się Małej, że ona musi, ale to koniecznie musi zabrać z sobą tygrysa. Przeszukałam całe mieszkanie; nigdzie nie mogłam znaleźć akurat tego pluszaka. Zaproponowałam misia. W odpowiedzi usłyszałam żałosne: "Chceeeee tygryyysaaaaa!!!". Przeryłam chatę. Przy okazji spłynęłam potem. Futrzak zaginał. Przekopałam wszystkie pomieszczenia i znalazłam go w łazience. Mokra jak po wyjściu spod prysznica, spóźniona i zła wyprowadziłam w końcu wózek z dzieckiem na klatkę, zamknęłam za sobą drzwi i wepchnęłam bolida do windy. Cholerne drzwi z domykaczem zamknęły się na mnie. Zjechałam na dół. Wytargałam wózek. Zniosłam po schodach na dół. Otworzyłam drzwi od klatki, przytrzymałam stopą, ale zanim wytarabaniłam się na zewnątrz z całym majdanem, ciężkie, metalowe wrota walnęły mnie z całej siły w plecy. " Pier... ne domykacze" - pomyślałam sobie, zgrzytając zębami ze złości. Stargałam wózek z dzieckiem z kolejnych schodków, postawiłam na chodniku i... 

odkryłam, że nie wzięłam z domu torby. Nie wytrzymałam. Pod nosem, ale całkiem głośno, nie zważając na obecność dziecka, soczyście sobie zaklęłam:

- "Kurrrwa!"

Sekundę później  moja córka wyjrzała z wózka, popatrzyła na mnie i z uśmiechem zapytała:

- "Co zapomniałaś mamusiu?" :-)