niedziela, 23 czerwca 2013

PARASOLKI

Wracamy z Blanką ze spaceru, Mała ciągnie mnie za rękę i wykrzykuje:

- "Parasiolki, mamusiu, parasiolki!"

Rozglądam się dookoła i nic nie widzę. Wiem już doskonale, że Blanka widzi więcej niż ja, więc uważnie oglądam billboardy,  okoliczne tablice reklamowe, ściany budynków, przejeżdżające auta, a nawet wlepki na koszach na śmieci. Patrzę, patrzę i nie widzę. Pytam Blanuśki:

- "Gdzie są parasolki?"

- "Tam!" - i wyciąga paluszek, wskazując przed siebie. Wytężam wzrok. Krzaki, trawnik, ulica, drzewa, kamienice. Nigdzie nie widzę parasolek. Proszę Małą:

- "Pokaż mi parasolki!"

Blanka prowadzi mnie na trawnik do... niskopiennej brzozy szczepionej na pniu. Warkoczyki gałązek zwisają aż do ziemi, Blanka odsłania je i mówi do mnie:

- 'Choć, śchowamy sie, pod parasiolke! 
 
 Dzieci widzą więcej.
Pochylam głowę i wchodzimy razem pod parasolkę dziecięcej wyobraźni. 

czwartek, 20 czerwca 2013

DAJ PANA!

Pieniądze szczęścia nie dają, ale Blanka doskonale już wie, że można za nie dostać różne fajne rzeczy - lizaki, książeczki z naklejkami, poziomki, lody. Kilka dni temu, gdy byłyśmy razem w sklepie, wywlokła z półki kolejną malowankę i oznajmiła mi:
- "Kupimy klejki! Kupię!" 

Postanowiłam nieco zbić małego pewniaka z tropu i zapytałam:
"Taaaak? Kupisz? A jak kupisz jak nie masz pieniążka?"

Blanka podniosła głowę, popatrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi szaro-zielono-niebieskimi, oczyskami, pomyślała dłuższą chwilę i ... oświeciło ją! Wyciągnęła rączkę do mnie i dalej prosić:
- "Daj pieniążka! Daj pieniążka mamusiu!"

Dałam. Nigdy nie było mi żal pieniędzy na książki. Młoda pomaszerowała do kasy i kupiła. Sama. Tak! Debiutowała jakiś czas temu w spożywczaku, do którego zawsze nas ciągnie, gdy wracamy ze spaceru, skandując:
- "Lizaka! Jednego!"

Zgodziliśmy się, ale pod warunkiem, że zrobi to sama, speszyła się, ale weszła do sklepu, powiedziała cichutko: "Dzieńdobry..." Potem milczała dłuższą chwilę, aż po zastanowieniu wybąkała pod nosem, podając sprzedawczyni dwa złote:
- "Poprosze lizaka!"

Podziękowała równie cichutko, wyszła ze sklepu i ryknęła na cały głos z dziką satysfakcją:
- "KUPIŁAM!!! lIZIAKA! SIAMA! SIAMA KUPIŁAM!"

Cóż, w końcu samodzielność to powód do dumy, czyż nie? Blanka bardzo szybko się uczy, także wartości pieniądza, ostatnio rzuciła okiem do mojego portfela, zobaczyła, że chowam do niego sto złotych, oczy jej się zaświeciły i natychmiast zaczęła mnie molestować:

- "Mamusiu, daj pana! Daj mi pana! Daj pana! Jednego!"

środa, 19 czerwca 2013

DLACZEGO BLANKA PŁACZE

Postanowiłam zafundować Blance mały odwyk - głównie od bajek, ale przede wszystkim od spełniania jej każdej zachcianki pod groźbą płaczu na zawołanie. Ostatnio ryczy jak trąba jerychońska - bo w sklepie chce lizaka, bo chce klejki, bo chce bajki, bo chce monia... Zwykle w ramach argumentu mającego przemawiać za spełnieniem jej "prośby" używa spektakularnego rzutu na podłogę, twarzą do gleby i tak trwa, dopóki ktoś nie zareaguje. Nie będę ukrywała, że w ramach reakcji na takie zachowanie najczęściej mam ochotę też rzucić - czymś ciężkim w okno, lub się na ścianę i spłynąć z niej w charakterze malowniczej plamy...

 Mój mąż z kolei robi wszystko, byle tylko nie słuchać tego zawodzenia i nie ocierać potoków łez, co niestety skutki przynosi opłakane - i w przenośni i dosłownie. Młoda wyje jeszcze częściej i jeszcze dramatyczniej. Wstrętna, mała szantażystka; aktorka dramatyczna. 

Ja się stawiam. Twardo. Dziś od rana do godziny czternastej zaliczyłam kilkanaście takich akcji. Odmówiłam bowiem włączenia bajek o godzinie siódmej, dostarczenia rozszlochanemu maluchowi gumiaka, nie dałam klejek, nie chciałam kupić lizaczka, prowadziłam za rękę, zamiast pozwolić hulać po chodniku samopas, nie włączyłam płyty z piosenkami, ponownie odmówiłam włączenia telewizora i jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze i tak chyba pięćset razy... 

Każdy mój opór w kwestiach jak się okazało fundamentalnych dla Blanki, przyjmowany był przez nią w sposób wyżej opisany; dla przypomnienia skrót: ryk, rzut na glebę i już tonie we łzach mała blond istotka o buzi aniołka...

Nie zareagowałam. Ani razu. Karnie i bezwzględnie odnosiłam do kącika na kanapie i prosiłam o uspokojenie się, choć byłam tak wściekła, że miałam ochotę ją rozszarpać. Ale zamiast to zrobić, cierpliwie tłumaczyłam, dlaczego nie włączę bajek/nie dam jej monia/nie kupię jej klejek ...

Blanka po kolejnej akcji chyba odkryła, że matka najwyraźniej nie kuma o co biega, więc postanowiła mi wytłumaczyć. Chlipiąc, rycząc i łykając łzy jak grochy przyszła do mnie i oznajmiła oskarżycielskim tonem:

"Nie włąciłąś bajek! Nie włąciłaś!"
 - "No nie włączyłam"
"Dlatego płacie! Ja płacie! DLATEGO!!!"

No jakbym nie wiedziała. Ale upewnić się warto...

wtorek, 18 czerwca 2013

GENY

Kiedy robię sobie rano kawę, Blanka czai się pod blatem w kuchni, wyczekuje, znacząco uśmiechając się do mnie. W końcu nie wytrzymuje i rzuca błagalnie:

-"Moge? Moge kawy? Trośke? Trosiećkę? Tylko palusiek umocie! Mogę mamusiu? Trośkę! Prosze! Daj mi kawy, łyczka! Malutkiego!" 

I tak nawija jak katarynka, czeka niecierpliwie, aż słodki napar nieco przestygnie, na tyle, by mogła wpakować palucha do mojej pomarańczowej filiżanki i z lubością oblizać. Takie zadowolenie na jej małej buzi warte jest naprawdę tej mikroskopijnej dawki kofeiny, którą przy okazji przyjmuje. A raczej dawek, bo natychmiast po wycmokaniu palucha zaczyna skandować od nowa:
- "Mogę? Moge jeście raz umocić paluszek? Mogę mamusiu? Jeście jeden! Ostatni!"

Kawę uwielbia jak ja. Piwo jak Luby.
Wczoraj, kiedy wracaliśmy ze spaceru, zaprowadziła nas do sklepu, informując jednocześnie, że idziemy po złocisty trunek. Nabyliśmy więc wojaka i butelkę sommersby, jedynego piwa, które naprawdę lubię i spożywam z przyjemnością; obiecaliśmy Młodej, że wypijemy na balkonie i poszliśmy całą czwórką do domu. A tam mój mąż wstawił butelki do lodówki, żeby złocisty trunek nieco się schłodził. Uszło to uwadze Blanki, po kilku minutach zaczęła poszukiwania - sprawdziła na stole - nie ma butelek, zajrzała na blat w kuchni - tam także nie było butelek, więc rzuciła się dramatycznym gestem na podłogę na środku mieszkania i zaczęła ryczeć, jak wcielenie małej patologii:

-"Dzzzzzieeeee piwo??????? Taaaatoooo, dzie piwo, dzzzzieeee piwo??? Daj piwo, piankę zrób!"

A kiedy w końcu zasiedliśmy na pufach na balkonie, z chłodnym trunkiem w dłoni, Blanka zaczęła się łasić i przymilać:

"Moge? Moge piwa? Trośke? Trosiećkę? Tylko palusiek umocie! Mogę tatusiu? Trośkę! Prosze! Zrób pianke! Zrób prosze!" 

Kiedy w końcu Luby pozwolił jej nabrać na palec odrobinę pianki, z lubością go oblizała i z rozanieloną miną powiedziała:
- "Dobre!"
I po chwili dorzuciła:
-"Jeście!"

Genów nie da się oszukać...

piątek, 7 czerwca 2013

KUDŁATKI

                Obudziło mnie trącanie mokrym nosem w policzek. Uchyliłam jedną powiekę. Travis stał przy łóżku i przeciekał, oczy mu zaszły na żółto, patrzył prosząco, popiskiwał, merdał ogonem błagalnie - no choć, zdawał się mówić, naprawdę muszę! Zwlokłam się z łoża i wyszłam, z dużym ogonkiem i małym ogonkiem, który natychmiast zgłosił chęć udziału w spacerze.

Pachniało w powietrzu letnim deszczem, wirował biały puch. Travis brodził w wysokiej trawie, a Blanka pocwałowała jak rącze źrebie w kierunku olbrzymiej topoli rosnącej w rogu skwerku, pod którą ścielił się biały, puchaty dywan. Parsknęła śmiechem, zarżała jak mały dzikus, zebrała w rączki, podrzuciła w powietrze kłąb topolowej waty i podskakując z radości, zawołała:

"Mamusiu, zobacz! Kudłatki!"