środa, 29 maja 2013

NOWA CZĘŚĆ CIAŁA...

Blanka kąpie się zawsze w towarzystwie rozmaitych plastikowych stworów. Ostatnio pływa z nią w wanience osiem gumowych ośmiornic, liść, na którym odpoczywają, gdy znudzi im się pluskanie, plastikowa, nakręcana foczka i wieloryb machający ogonem. Zwykle Blanka dorzuca do tego zestawu pomarańczowe sitko przez które tak zabawnie przecieka woda i plastikowy pojemnik - kubeczek, którym z upodobaniem przelewa wodę; ostatnio także niestety - poza wannę. 
Dziwne, że się w ogóle w tej wanience jeszcze moja córka mieści, mniej dziwne, że ostatnio podczas skomplikowanych akrobacji, które Blanka wykonywała w wodzie, robiąc swoje ulubione "chlapu - chlap!", usłyszałam głośny płacz i żałosną skargę:

- "Udeziłam sie, udeziłam, mama, udeziłam sie, uratuj mnie!"

Wyciągnęłam mokrego, zaryczanego stwora z wanny, otuliłam ręcznikiem, poprzytulałam, a kiedy szloch nieco stracił na intensywności, zapytałam:

- "W co się uderzyłaś?" 

A Blanka, jeszcze pociągając nosem, odpowiedziała:

- "W pudełeczko!"

piątek, 24 maja 2013

SMUTNA



Przyszła późno. W gwarną, ciepłą, letnią sobotę, gdy restauracja była wypełniona głośną muzyką a ludzie przelewali się przez jej brzegi. Usiadła przy stoliku na ogródku. Sama. Była smutna. Była tak smutna, że zamiast zapytać „Czy podać Pani coś do picia na początek?”, miałam ochotę wypalić: „Dlaczego jest Pani taka smutna???”. Miała brązowe włosy do ramion, a  na sobie szarofioletową bluzkę z żabotem, niemodną spódnicę za kolano, workowaty, beżowy, rozpinany sweter i skórzane, zdeptane klapki, domowe laczki, jakby wyszła na chwilę do kuchni po szklankę herbaty, a nie na kolację do restauracji. 
Na stoliku położyła ulotkę, zerknęłam na nią szybko – „noc muzeów”. Spojrzałam na jej  dłonie, nie miała obrączki, tylko duży, staroświecki pierścionek. Nie szukała z nikim kontaktu wzrokowego, nie zamówiła nic do picia. Zjadła szybko najtańsze danie z karty, nie podnosząc głowy znad talerza. 

Była smutna, cała była smutkiem, przesycona, nasiąknięta, wypełniona po brzegi, jak restauracja ludźmi, muzyką i radością. Wyszła niezauważona, a ja ciągle mam ją w głowie, ciągle ochotę ją zapytać „Dlaczego jest Pani taka smutna?”…

wtorek, 21 maja 2013

PIERWSZA PRÓBA

Pierwsza radykalna próba odpieluchowania Młodej zakończyła się kompletną porażką. Niestety. Majteczki Blance się bardzo spodobały, chodzenie bez pampersa także, zwłaszcza, że w poniedziałek było wyjątkowo ciepło. Nawet siedzenie na nocniku przypadło do gustu. Tylko co z tego, jak nie sika. W ogóle. To znaczy sika, ale nie tam gdzie trzeba. Dziś zlała się na balkonie, na łóżku i trzy razy na podłogę. Po piątej parze zasikanych getrów i majtek, poddałam się. Widocznie nie jest jeszcze gotowa. Choć teorię ma w jednym palcu, o czym doskonale świadczy moja dzisiejsza rozmowa z małą cwaniurą:

- "Blaneczko, gdzie nasikałaś?"
- "Na dwozie (na blakonie)"
- "A gdzie miałaś nasikać?"
- "Do nocnika"
- "To dlaczego nie nasikałaś do nocnika?"
- "Zapomniałam..."

piątek, 17 maja 2013

SPACEROWE DIALOGI NA CZTERY NOGI

Blanka wyciąga ręce do taty i prosi:
- "Na barana, tato, na barana!" - w końcu świat oglądany z wysoka jest o wiele bardziej interesujący...
Ciekawski ojciec dopytuje:
-"Taaak? A dlaczego mam Cię nieść? 
Blanka patrzy na niego poważnie i mówi:
-"(bo się) przewróce! "
I wszystko jasne...

***

Blanka próbuje skłonić nas podczas spaceru, żebyśmy poszli na pobliski plac:
- "Do fontany! Do fontany, prosze!"
- "A dlaczego mamy iść akurat do fontanny?" - dopytuję.
- "W nagrodę!" - odpowiada mi uśmiechnięte dziecko
-"Taaak??? A za co ta nagroda ma być?" - pytam zaciekawiona.
- "Grzećna!!!"
- "Mamy iść do fonntanny w nagrodę, bo byłaś grzeczna???" 
-"Tak!"
I jak tu dyskutować z takimi argumentami?
***

Blanka na spacerze biegnie pod drzewko kwitnącej, dzikiej śliwki i krzyczy do ojca:
- "Tatusiu, tatusiu! Zrób śnieg!"
Trzęsie ojciec drzewkiem, trzęsie i sypią się na uradowaną Blankę białe płatki..

***

Podczas spaceru zawsze idziemy na pobliski plac budowy, gdzie rozentuzjazmowana Blanka obserwuje wyburzenia, oznajmiając nam:

- "Mamusiu, tatusiu, ziobać! Masiny! Jedzą domki!"

czwartek, 9 maja 2013

WSZYSTKO PRZEZ WIOSNĘ...

W związku z piękną pogodą, włóczymy się po okolicznych parkach i koło domu niemal cały dzień. Każdy, kto wychodzi z chaty po prostu musi zabrać z sobą Blankę, bo gdy tylko Łobuziara zauważy, że się szykujemy do opuszczenia lokalu, sama wychodzi. Jako pierwsza - otwiera sobie drzwi, wyłazi na klatkę schodową, siada na schodku i oznajmia:

- "Ciekam! Choć, choć, nie bój się, ciekam na Ciebie!"

I jak tu powiedzieć jej, że zostaje? Zwykle zaganiamy tylko do domu na moment, żeby założyła buty i zabieramy. I zwiedzamy razem okolice - oglądamy maszyny na pobliskim placu budowy, kwitnące drzewa w parku, fontannę na placu, krążymy po podwórkach okolicznych kamienic, zataczamy kółka wokół domu. 

Jakiś czas temu Blanka popatrzyła na zarośnięte trawą miejsce przy schodach i oznajmiła mi ze smutkiem:

- "Popsuła, zobacz mamusiu, popsuła!"

Zerknęłam, trawnik jak trawnik, ot, zachwaszczona, zarośnięta zielskiem skarpa, pomyślałam, ale dopytuję:

- "Kto popsuł Blanuś?"

- "Wiosna"
- "Ale co popsuła?"
- "Górkę"

Oświeciło mnie. Faktycznie. To była ta "górka" z której zimą Blanka zjeżdżała na sankach. Nie da się ukryć, Młoda ma rację - wiosna popsuła górkę...

sobota, 4 maja 2013

AFERZYSTKA

Afery w naszym domu (i poza nim) występują ostatnio nader często. Jak na moją wytrzymałość psychiczną i fizyczną - z częstotliwością trudną do zniesienia. Blanka radykalnie uszczupliła zasób słów sobie znanych i namiętnie używa tylko kilku z nich -  nie, nie wolno (w sensie, że mi nie wolno), nie chcę, zostaw, puść mnie, puszczaj, idź sobie, nie ruszaj. Wszystkie oczywiście w trybie rozkazującym, tonem nie nie uwzględniającym sprzeciwu, mojego rzecz jasna. Nie pomaga zadawanie pytań otwartych, pozostawiających jej do wyboru opcję albo - albo. Nieistotne, że pytam: "Chcesz na śniadanie kanapeczki czy kaszkę?"  - odpowiedź i tak brzmi.. "nie".
 Nie mają dla niej znaczenia sprzeczności, w które wpada - gdy proponuję: "Idziemy na spacerek?" - słyszę "nie!", ale gdy przystaję na jej decyzję i proponuję podstępnie: "Ok, to ja idę z Traviskiem, a Ty zostajesz w domu", także słyszę "nie!"...

"Nie" we wszystkich możliwych formach i tonacjach, w przypadku mojego protestu podlane zwykle rzewnymi łzami, okupione gilem do pasa i zawodzeniem przechodzącym w histeryczny płacz. Zazwyczaj aferę zapoczątkowuje moje "nie". Kilka dni temu na przykład odmówiłam zrobienie Młodej mleka na kolację, informując ją jednocześnie uprzejmie, że dziś tata je przygotuje, bo mama spadła ze schodów, poobijała się, boli ją i nie bardzo może wstać z kanapy. Blanka bezwzględnie, nie zważając na moje tłumaczenia, oprotestowała moją decyzję, uznając za pewnik: "Nie, mama zlobi", łaziła po domu i żądała: "Zlób, zlób, mamusiu, zlób!"

Odmówiłam po raz kolejny, więc zaczęła zawodzić, marudzić i prosić, a nie widząc żadnej reakcji z naszej strony, pobeczała się na dobre. W związku z faktem, że nadal nikt nie zamierzał jej ustąpić, zaprezentowała atak udawanego kaszlu, z którego płynnie przeszła do dramatycznego łkania, zanoszenia się i histerii. A że nadal nikt nie reagował, wsunęła sobie elegancko łapkę do gardła i zwymiotowała. Wszystko, co zjadła na kolację.

Obrzygała siebie, pół mieszkania i łazienkę; została z grubsza obmyta, przebrana i odesłana do sypialni, gdzie zasnęła sama, pochlipując, bez kolacji, skruszona i chyba lekko zawiedziona, że i tak się nie udało wywołać oczekiwanej reakcji.  Drugiego dnia wieczorem powtórzyła występ, z przyczyn równie dramatycznych - nie pozwoliliśmy dziecku w piżamie i na boso wyjść na balkon. 

Ze stoickim spokojem posprzątaliśmy rzygi malowniczo rozsiane po całym domu i wysłaliśmy aferzystkę do łóżka. W niedzielę, kiedy mój mąż zobaczył, że robię Blance kaszkę na kolację, westchnął tylko ciężko i zapytał:

- "Może od razu wylać do kibla? Mniej sprzątania będzie..."

piątek, 3 maja 2013

BUNTOWNICZKA

W niedzielę Blanka przeszła samą siebie. Poszliśmy na obiad do pizzerii, gdzie Młoda, nieco już śpiąca, trochę zmęczona i bardzo mocno niezadowolona z faktu, że musi siedzieć w jednym miejscu i jeszcze jeść zupę, no tragedia życiowa, postanowiła dać temu wyraz. Darła się, próbowała uciekać, wyłaziła górą z krzesełka, wykręcała głowę, kiedy próbowałam ją namówić do jedzenia, złościła się i płakała. A potem jej się przypomniało, że zawsze w tym miejscu dostawała balonik na zakończenie, więc zrobiła w knajpie jesień średniowiecza, rycząc, wijąc się i rzucając na podłogę, bo ona chce już, teraz, natychmiast. BALONIIIKKKAAA!!! Nie pomagały tłumaczenia, że najpierw musi zjeść ładnie obiad, że jej zachowanie przeszkadza tacie i innym gościom. Poprosiłam więc ją stanowczo, żeby przestała płakać, bo jeśli tego nie zrobi, to wychodzimy i idziemy prosto do domu.

Brak reakcji. Poza eskalacją wrzasków, szlochów i zawodzenia: "Balooooonikaaaa, daaaaj, baloooniiikkaaaaa, daaaj!". Kelnerki pobiegły pędem na zaplecze, nawet pizzerman rzucił zagniatanie ciasta, żeby nadmuchać gumiaka dla małej, wyjącej hieny, której ryk słychać już było kilka przecznic dalej. I choć para szła mi uszami, poprosiłam ją jeszcze raz, żeby się uspokoiła, uprzedzając jednocześnie, że nie będę rozmawiała z dziewczynką, która się zachowuje w ten sposób; a jeśli nie zrobi się jej lepiej, to wychodzimy. Nie pomogło. I choć upragniony balonik był tuż, tuż, na wyciągnięcie małej rączki i tata już śpieszył z nim, żeby zatamować lejące się strumieniami łzy, ja jak powiedziałam, tak zrobiłam. Skonfiskowałam zabwkę, odłożyłam tak, żeby Blanka nie mogła po niego sięgnąć, ubrałam wrzeszczącego trolla i wyszłam z nią z restauracji.
Blanka darła się na całe gardło, a ja dostałam ataku nerwowego śmiechu,  zastanawiając się, kto z przechodniów zdecyduje się jako pierwszy zawiadomić policję, że porwano dziecko. Albowiem moja córka wyrywała mi się, szlochała, krzycząc rozpaczliwie:
"Tatusiu, uratuj! Taaaatuuuusiuuu, uratuj, uratuj!!! Uratowaj, tatusiu!!!!"
W połowie drogi do domu, podczas której cały czas jej tłumaczyłam, że zachowywała się niegrzecznie, że przeszkadzała innym gościom, więc wyszłyśmy i dlatego nie dostała balonika, Blanka zorientowała się, że tata jednak nie pomoże i postanowiła zmienić front. Zaryczana, z gilem do pasa, łkając oznajmiła mi:
- "Le-le-leeepiej, mamusiu, le-le-leeepiej! Nie będę! Nie będę!"
Dopytałam na spokojnie, czy faktycznie już jej lepiej i czy na pewno nie będzie płakać, potwierdziła, więc postanowiłam pociągnąć temat dalej i podpytuję delikatnie, co trzeba powiedzieć, kiedy się tak nieładnie zachowywało. W odpowiedzi usłyszałam:
- "Dzię-dzię-dziękuję?"
Z tego wszystkiego Młodej się słowa grzecznościowe nieco pomieszały, ale wspólnymi siłami ustaliłyśmy, że powinno to być "przepraszam", które Blanka wydukała w wersji: "Plasiam...", okraszając je gorliwymi zapewnieniami: "Nie będę, tatusiu, nie będę, na pewno!", kiedy to wróciłyśmy do restauracji, a upragniony balonik pojawił się znów na horyzoncie...
Powiedzmy, że wierzę...
Do następnego razu...

czwartek, 2 maja 2013

SĄD APELACYJNY...

W sobotę po naprawdę długim spacerze, zarządziłam:

- Blaneczko, wracamy do domu!

Ale młodzież nie miała weny na siedzenie w chacie, więc pokombinowała trochę, pomarudziła, poprosiła, a kiedy doszła do słusznego wniosku, że u mnie nic nie wskóra, postanowiła się odwołać do sądu apelacyjnego. Zrobiła piękne oczy, uśmiechnęła się przymilnie i usłyszałam najsłodszą wersję znanej dobrze śpiewki:

- Taaatuuusssiuuuu...

Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po jej stronie...