czwartek, 6 grudnia 2012

PEGAZ

        Blanka dziś w drodze wyjątku przespała całą noc, co sprawiło, że obudziła się w doskonałym nastroju. Niestety, jak powszechnie wiadomo, kobieta zmienną jest. W okolicach godziny jedenastej moja urocza, roześmiana córeczka przeszłą błyskawiczną metamorfozę. Bez żadnego sensownego powodu (zabranie jej kapsla po piwie, żeby go nie nosiła w buzi, trudno uznać za powód, ale mogę się mylić), przeistoczyła się wyjącego potwora. Siadła sobie na środku kuchni i zaczęła wyć. Tak po prostu.  I już. Bo tak. Głośno i nieopanowanie. Coraz głośniej! Jeszcze głośniej!...  

A mnie nosiło od rana po chacie jak nasienie Casanovy po świecie, więc w pierwszym odruchu miałam nieodpartą ochotę eksmitować małą furiatkę na balkon. Powstrzymała mnie temperatura poniżej zera i myśl, że nie mieszkamy, niestety, w środku głuchego boru. No i fakt, że drzwi balkonowe nie są dźwiękoszczelne... Rozważyłam jeszcze szybciej opcję odwrotną, to jest pozostawienie ryczącej małoletniej samej sobie w domu, kontra ewakuacja przez balkon; już, już przekładałam nogę przez barierkę, gdy uzmysłowiłam sobie, że to tylko drugie piętro... 

Summa summarum, jak na porządną matkę przystało, rzuciłam się płaczącemu dziecku na pomoc. Wzięłam na ręce, utulić próbowałam. Bez powodzenia. Darła się jak stare gacie. Poziom mojej frustracji i zdenerwowania rósł wprost proporcjonalnie do eskalacji jej wrzasku... 
Chciałam ją zabrać do pokoju, pokazać ptaszki i za oknem, gdy...
 
... na mojej drodze stanął koń. Zielony, wielki koń do skakania, którego Blanka wywlekła z sypialni i porzuciła na środku mieszkania, akurat w przejściu pomiędzy kuchnią a pokojem. Zdenerwowana, obarczona wyjącą jak hiena Młodą, która swoje już waży, nadepnęłam mu prosto na gumowy pusty łeb. W związku z tym zwierz się przewrócił do góry kopytami, a ja razem z nim. Niemalże. Jakimś cudem udało mi się złapać i równowagę, i Blankę jakieś dziesięć centymetrów nad podłogą. 

Zamiast odetchnąć z ulgą, wściekłam się jeszcze bardziej. Krwawa mgłą przysłoniła mi oczy i postanowiłam natychmiast wymierzyć sprawiedliwość dmuchanej szkapie, które uśmiechała się do mnie szyderczo, leżąc na boku. Nie zastanawiając się wiele, strzeliłam mu  z całej siły kopa. Zapomniałam jednak zupełnie w tym moim zaćmieniu umysłowym, o drobnym fakcie... O tym, że ten koń jest gumowy. 
GU-MO-WY. 

W związku z czym, niewielkie było prawdopodobieństwo, że zachowa się jak koń - i dzięki Bogu, bo pewnie też by mi strzelił kopa w odwecie.  Za to olbrzymie, że zachowa się jak na konia gumowego przystało. 

I zachował...
 W ciągu sekundy przeistoczył się w rasowego pegaza.
 Beckham byłby ze mnie dumny.

Koń lotem koszącym pokonał niemal całe mieszkania i wylądował... na blacie w kuchni, zrzucając butelkę z olejem, talerz, dwa puste garnki i rondelek z gotującą się akurat zupą dla Młodej.  Bardzo efektownie wylądował, muszę przyznać. Spadające gary narobiły hałasu, aż sama zamarłam na moment. A Blanka, przestraszona nagłą, końską metamorfozą, rozwyła się dwa razy głośniej, niczym syrena okrętowa; informując mnie pomiędzy kolejnymi, spazmatycznymi szlochami:

"Koń lata! Mama, koń lata, koń lata, lata!

A ja... No cóż, tuląc i uspokajając ryczące, przestraszone dziecko, zaczęłam się dziko, niepohamowanie śmiać. Zdziwiona moją wariacką reakcją, Blanka umilkła. W końcu.
Widocznie doszła do wniosku, że nie ma co zadzierać z wariatami...

16 komentarzy:

  1. Setnie się ubawiłam! To mogłoby być kanwą dla opowiadania:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Boskie!! Kocham Was!! I od dzisiaj gumowego konia!:-]

    OdpowiedzUsuń
  3. Uśmiałam się jak norka! :) Koń lata! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lata, lata, choć skrzydeł nie ma :-)

      Usuń
  4. moja droga, właśnie prychnęłam w komputer :-D
    boscy jesteście - Ty, Blanka i... Pegaz :-)))

    OdpowiedzUsuń
  5. No i się poryczałam ze śmiechu.. A reszta stadka omiotła mnie zdezorientowanym wzrokiem :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Niezle sie usmialam! Tez miewam rozne przypadki i wypadki kiedy niose wrzeszczacego dziecia i nie patrze pod nogi. Ale pegaza jeszcze nie spotkalam! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I całe szczęście.
      Ps. Ty nadal w dwupaku?

      Usuń
    2. Nadal. Ale wywolanie mam wyznaczone na poniedzialek, wiec w najgorszym wypadku jeszcze 2 dni czekania. :)

      Usuń
  7. No i dzięki koniu z gumy masz sposób na ryki Blanczyne:) Jak włącza syrenę Ty musisz włączyć swoją. Głośniejszą:)Dziki, niepohamowany śmiech to jest to:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nika, ja to dostałam takiej głupawy, że się opanować nie mogłam, wcale się nie dziwię, że Młoda umilkła :-)

      Usuń
  8. Ja tez sie chichram jak glupia;)
    ale co Ci dodatkowej roboty koń narobil:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie niewiele, bo zupa się na szczęście nie wylała, tylko hałasu było sporo i Młoda się wystraszyła. I jeszcze naskarżyła na mnie mężowi, uprzejmie go informując, jak wrócił, że "mama koń kop, kop!" (mama kopnęła konia)

      Usuń
  9. my mamy gumowego renifera, ale jeszcze nie uczyliśmy go latać:) rut

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, ale renifer to chyba powinien umieć tak sam z natury, zwłaszcza taki świąteczny :-)

      Usuń
  10. dziś sprawdziłam:) umie latać:) mąż był zgorszony:)powiedział, że takich oczywistosci się nie sprawdza. Ale dla mnie to nie było oczywiste:) rut

    OdpowiedzUsuń