niedziela, 30 grudnia 2012

BOSCY


Bycie rodzicem jest boskie.

 Ktoś kocha Cię bezgranicznie, ktoś Ci ufa  i wierzy, że jesteś wszechmocny, że wszystko potrafisz i wszystko możesz, a Ty musisz pozwalić, żeby małemu, bezbronnemu człowiekowi stała się krzywda, bo jest w niej sens i cel, choć Twoje dziecko nie jest w stanie tego zrozumieć...

Choć jesteś Bozią w jego mikroświeci, nie możesz odpowiedzieć na dramatyczne wołanie: "Mama, mama! MAMA!"

Nie możesz nic zrobić, kiedy podchodzi do Ciebie z wenflonem wbitym w małą dłoń, podnosi ją do góry i prosi Cię: "Wymij. Plose, boli, mama wymij!"

Nie możesz otworzyć mu szpitalnych drzwi, choć ciągnie Cię do nich siłą i oznajmia:
"Idzimy! Idzimy!"

Bycie Bogiem jest trudne, tak bardzo trudne, zwłaszcza, że czasami, jak on przy Tobie, możesz tylko po prostu być.


Bądźcie boscy.

Bądźcie razem. Z bliskimi i z najbliższymi.
Przez cały ten nadchodzący rok 2013.
Tak jak my przez cudem darowne, domowe święta i cały ten miniony tydzień.
Tak bardzo, bardzo blisko.
To wystarczy.
Tylko tego Wam życzymy

Brytusia, Mężyk, Blanka i Travis



piątek, 21 grudnia 2012

TAKIE TAM...



Jakiś czas temu dostałam od Iw wyróżnienie blogowe "So sweet", niedawno od Ludki "Liebster blog", ucieszyłam się, podziękowałam (chyba, a przynajmniej mam taką nadzieję, jeśli nie, to wybaczcie) i poleciałam dalej z opowieściami o Blance. Miałam się zatrzymać, zamieścić, odpisać, nominować i ... nie zrobiłam tego. Pomyślałam - może jutro, albo przyszłym tygodniu, albo sama nie wiem kiedy, przerzucając kolejną nienapisaną notatkę do kopii roboczych, nigdy nie opublikowanych. 

Sporo już takich mam w notatniku. Coraz trudniej mi je wyciągnąć, pokazać, opublikować. Jakiś czas temu świadomie zrezygnowałam z pisania o sobie i zaczęłam opowiadać tylko o Blance. Nie, nie stałam się tylko Matką. Po prostu przestałam mówić o innych sprawach. O tym, co mnie gryzie, zastanawia, zadziwia, martwi, śmieszy, zatrzymuje w pół kroku, złości, bawi, frustruje, doprowadza do szału, smuci, przeraża, fascynuje. Przestałam pisać o sobie i swoim świecie, zostawiając tylko otwartą furtkę na opowieści o dziecku. Z wielu przyczyn. Bo takiej mnie, jaką sama znałam i lubiłam, już nie ma. A nowej jeszcze nie znalazłam, cały czas jej cierpliwie szukam, ucząc się siebie samej od początku. Bo wiem, kto czyta i niekoniecznie są to osoby, z którymi chciałabym rozmawiać o swoich osobistych doświadczeniach, przemyśleniach i odczuciach. Tu niniejszym pozdrawiam tę kategorię czytających :-), dzięki którym worek opowieści, które noszę w sobie już się nie rozsypie. Na pewno nie tutaj. Tytuł bloga stał się znamienny. Tutaj ja pilnuję. Samej siebie. Dlatego nie będzie opowieści o piwnicy, w której zimują motyle. Ani o…

O kalafiorze, którego nie było na obiad. O tym, dlaczego moja córka ma na imię Blanka, a nie Ola. O tym, czym różni się gość od gościa polskiego. O polskiej frustracji powszechnej. O tym, dlaczego nie oglądam w telewizji świata, który nie istnieje. O tym, dlaczego chodzę sama do kina. O tym, dlaczego rozumiem Magdę z Sosnowca, która udusiła własną półroczną córkę i dlaczego bym ją uniewinniła. O tym, że dzieci nie są dziećmi, tylko bachorami. O tym, dlaczego zaczęłam nosić buty na wysokim obcasie. O przyjaciołach tylko z nazwy i redukcji etatów. O rozczarowaniu i zrozumieniu. O tym, dlaczego moje życie nie istniało naprawdę. O tym, dlaczego na myśl o Nowym Roku robi mi się słabo. O dwudziestu minutach dziennie tylko dla siebie. O tym, czemu serdecznie nienawidzę dwóch imion. O tym, że kobiety są jak małpy. O tym, że wszystko jest szare. O tym, czym jest zęza. O cenie, jaką musiałam zapłacić za własną decyzję. O tym, że słowa mają swoje własne kolory. O wartości męskiego spojrzenia. O Wyspach Kanaryjskich, na które nie pojechaliśmy. O mantrze codziennej. O tym, że nie skręciłam pod Krakowem i zorientowałam się dopiero w okolicach Gdańska, że tam był zjazd. O tym, że są ludzie i taborety. O tym, że czasem jest i za późno i za wcześnie. O tym, że istnieje tylko teraźniejszość, nie ma jutra, ani wczoraj. O tym, że dramatycznie nie mam z kim porozmawiać. O tym, czemu czasem zatrzymuje mi się serce, na myśl o… 

Opowieści kudłate o kudłaczach stały się zbiorem historyjek z życia wiecznie rozczochranej, jasnowłosej Blanki. Wyborem zdarzeń. Tych „so sweet”. Bardzo znamienne było to dla mnie wyróżnienie Iwuś, dziękuję - uświadomiło mi, że dokonałam słusznego wyboru, choć nie wiem, czy dobrego. Ale zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytających, wracających tu od blisko czterech lat, to taki „liebster blog”, dlatego też ciągle jeszcze piszę, dlatego ciągle jeszcze się dzielę. Opowieściami historiami, tylko na pytania i komentarze odpowiadam już rzadko. Co dziwne, ale jeszcze tli się we mnie zaufanie do ludzi. Dlatego dla Ludki zrobię wyjątek, tak więc lecimy:

Jakie było najzabawniejsze zdarzenie w waszym życiu? - kiedy mi na głowę spadła cegła, he, he, he... W takich sytuacjach nie pozostaje naprawdę nic poza śmiechem :-) 2.Jaką książkę polecasz? – „Piaskową Górę” Joanny Bator. 3. Która epoka historyczna najbardziej Ci się podoba - wykluczając współczesność? – Teraźniejszość :-)4. Co zrobiłbyś/zrobiłabyś, gdybyś została/został premierem? – pewnie nic, jak i poprzednicy.  5. Czy lubisz chodzić boso? - Uwielbiam, ja po prostu muszę mieć grunt pod nogami. 6. Jak nazywasz pyszna potrawę?  - Życie :-) 7. Czy jesteś konformistą? Nie. 8. Jedna rzecz, która musi znaleźć się w sypialni - prócz łóżka :D – Pies. 9. Czy wierzysz w duchy? Nie. 10. Twoje hobby to...? Pisanie. 11. Jak siebie rozpieszczasz? Czym? W jaki sposób? - Dobry film. Dobra książka. Wytrawne wino. Pływanie.

To tak w skrócie. Zaraziłam się chyba małomównością. Bardzo, bardzo dziękuję za obydwa wyróżnienia i wszystkie inne, które od Was dostałam i pogubiłam po drodze. Przepraszam, że nie zamieszczam ich tutaj, ale generalnie wychodzę z zasady, że głupio tak paradować z orderami na piersi. Nie przepadam też za bardzo za podporządkowaniem się odgórnym wytycznym, dlatego zamiast dziecięciu pytań do dziesięcięciu blogerów będzie, ale siedem … do wszystkich czytających. Taki sobie prezent wymyśliłam na Gwiazdkę blogową w tym roku:

1.       Kim jesteś?
2.       Skąd?
3.       Czytasz, bo?
4.       Polecasz książkę…
5.       Polecasz film…
6.       Co jest ważne?
7.       Dlaczego?


wtorek, 18 grudnia 2012

PAN JEBIE...

Szłam sobie wczoraj z Blanką przez parking, zdążałam na tramwaj, niosąc ukochaną pociechę na rękach, bo nie raczyła wędrować przy użyciu własnych nóg (a mi się śpieszyło), gdy nagle usłyszałam znad mojej głowy mrożące krew w żyłach stwierdzenie:
- Pan jebie, jebie!

Zrobiło mi się gorąco. Rozejrzałam się, ale tak jak się spodziewałam, żadnej kopulującej pary w zasięgu wzroku nie było. Wykonałam pośpieszny rachunek sumienia, ale takiego grzechu językowego sobie nie przypomniałam. Zdarza mi się mówić brzydko, ale nie aż tak, przynajmniej nie przy Blance, która podekscytowana, powtórzyła jeszcze raz, jeszcze głośniej:

- JEBIE, PAN JEBIE, MAMA, PAN JEBIE!
Rozejrzałam się po parkingu, cała zlana potem; przechodząca obok starsza Pani rzuciła nam zgorszone spojrzenie, bo Blanka już na całe gardło wykrzykiwała:

- JEBIE, JEBIE, JEBIE!

Coś mnie olśniło i zapytałam mojego małego językoznawcę:
- Ale gdzie Kochanie?
Blanka odpowiedziała:
- Tam! 

I pokazała paluszkiem... 
Czerwonego opla, którego kierowca usiłował wyjechać spomiędzy innych aut, manewrując to w prawo, to w lewo...

Kamień spadł mi z serca i już spokojnie, choć dusząc się ze śmiechu, poprawiłam dziecko:

- Pan jedzie Blanuś, jedzie... 

niedziela, 16 grudnia 2012

JESTEM

Kilka dni temu, podczas wieczornego odliczania, kiedy zapewniałam Blankę cierpliwie, po raz kolejny:
"Tak Blanuś, jest mama, jest tata, jest Travisek, wszyscy jesteśmy"
on nagle zaprotestowała:
- "Nie!" 
Powtórzyłam więc jeszcze raz:
"Zobacz, jestem ja, tata też jest, tam śpi Travisek, wszyscy jesteśmy"

Okazało się jednak, że kogoś brakuje. 
Mała usiadła na łóżku, pokazała na siebie paluszkiem i powiedziała:
- "Ja! Bla-nka!"
Roześmiałam się, przytuliłam tego mojego małego filozofa i przyznałam mu rację:
"Tak, Ty też jesteś. Blanka też jest".
Mówię, więc jestem :-)

sobota, 15 grudnia 2012

LISTA OBECNOŚCI

Codziennie, zanim zaśnie, Blanka sprawdza listę obecności. Wtulona w poduszkę, sennym głosem, dopytuje, a ja potwierdzam:
- "Mama?" - odpowiadam - "Jestem"
- "Tata?" - "Jest"
- "Tlala"?- "Jest"

Mimo gorących zapewnień, że wszyscy są, pyta po kilka razy, jakby chciała się upewnić, czasem nawet siada na łóżku, żeby się rozejrzeć, żeby sprawdzić, czy mówię prawdę, czy na pewno nikogo nie brakuje. Sprawdza stan i po chwili, rozespana, półprzytomna opada na poduszkę i znów zaczyna pytać i odliczać:
- "Mama?" - "Jestem"
- "Tata?" - "Jest"
- "Labladol?" - "Jest"
- "Mama?" - "Jestem kochanie"
- "Tata? - Jest, zaraz przyjdzie"

Czasem rozszerza listę, dopytując się o innych "członków" blankowej rodziny:
- "Baba?" - "Jest w swoim domu"
- "Ciocia?" - "Jest"
- "Miś ?"- "Jest Blanuś"
- "Lala?" - "Jest"
- "Koń?" - "Jest"
- "Lybka?" - "Jest, już śpi"
- "Tolo?" - "Jest, też już śpi"

I tak w kółko, dopóki nie zaśnie, po kilkanaście razy, recytujemy na dwa głosy, stwarzając naszą obecność w teraźniejszości, w ciemnym pokoju, pod pomarańczowym kocem:

 Mama - jestem, mama - jestem, mama - jestem, tata - jest, mama - jestem, Tlala - jest, mama - jestem, tata - jest, mama - jestem, mama - jestem, tata - jest, mama - jestem, Tlala - jest, mama - jestem, tata - jestem, mama - jestem, baba - jest, mama - jestem, mama - jestem...

Czasem milknę, a Blanka natychmiast wybudza się z półsnu, zaczyna dopytywać coraz głośniej, coraz bardziej nerwowo, prawie zaczyna płakać, jeśli odpowiedź, na którą czeka, nie pada:

- "Mama?"
- "Mama!"
- "MAMA!!"
Jakbym zniknęła. 
Nieważne, że leżę obok. Nieważne, że obejmuje mnie za szyję rączkami, a ja przytulam ją do siebie.

"Jestem kochanie. JESTEM" - szepczę jej do ucha.
Uspokaja się. Powolutku zasypia. 
Jestem słowem. 
Słowem "jestem".
Słowo gwarantem obecności. Tu i teraz. Obok. Na wyciągnięcie małej ręki. 
 Słowo
Uspokojeniem.  Ukojeniem
Jestem
słowem - ciałem.




czwartek, 13 grudnia 2012

ŻYRAFA

Ciężkie życie mają nasze kwiaty doniczkowe. Te, do których Blanka może sięgnąć, są już prawie zupełnie pozbawione liści. Jeśli tylko przez moment małego Kajmana nikt nie obserwuje, natychmiast leci do draceny, staje na palcach, wyciąga rączki do góry, wyciąga... I jest! Listek upolowany. Żadne groźby ani prośby nie pomagają, choć zrezygnowany Mężyk się nie poddaje, kilka dni temu słyszałam jak apeluje do małej Łobuziary:

- "Blanka, zostaw ten kwiatek, nie obrywaj mu liści, już go obskubałaś jak żyrafa akację na sawannie..."

środa, 12 grudnia 2012

MAM NA IMIĘ BLA-NKA...

Do wczoraj, Blanka zapytana o swoje imię, niezmiennie odpowiadała:
- "Bla!"
To Bla wylewała wodę, Bla siadała Travisowi na grzbiecie, to Bla chciała serek, Bla malowała kredkami, wszystko Bla. 
Ciężko jej szło wymówienie pełnego imienia. Próbowała, kombinowała, aż w końcu się udało - wczoraj wieczorem, kiedy zapytałam, kto wyjął mamowe korale z pudełka, odpowiedziała cichutko i niepewnie, ale czysto i wyraźnie:

- "Bla-nka.."

sobota, 8 grudnia 2012

LABLADOL

Blanka zaraz po przebudzeniu zaczyna szukać... psa. 
Najpierw zawsze go woła:
"Tala... Tala!! Oć! Oć!" 

Klepie rączką w materac, bo podejrzała, że w ten sposób dajmy mu przyzwolenie, żeby wskoczył do nasz na wyro. Potem znów woła, by po chwili rozłożyć bezradnie rączki i poinformować nas, że "Tala ma!"(nie ma Travisa!).  
 Kiedy mówimy jej, że jest, ale musi do niego iść, złazi z łóżka i radośnie popiskując, leci do dużego pokoju, gdzie na kanapie zwykle wyleguje się Biała Dupa w pozie cokolwiek niedbałej. Przez moment słychać tylko tupot małych, bosych stópek, potem zapada cisza, przerywana charakterystycznymi mlaśnięciami. Nie muszę wychodzić z sypialni, żeby wiedzieć, co się tam dzieje.
 Blanka obejmuje Travisa za szyje, przytula się do niego, daje mu całusy, a pies je odwzajemnia, liżąc Małą po nosie. Potem Blanciak siada okrakiem na psiurze i przez moment robi "hopa hopa", to jest ujeżdża biednego Białasa, który znosi to z podziwu godną cierpliwością... Następnie cały ten dziecięco - zwierzęcy peleton wraca do sypialni i...  pakuje się do naszego łóżka. Travis łazi nam po kołdrze, tarza się po pościeli, nadstawia łeb, żeby podrapać go za uchem, a  Blanuśka usiłuje oderwać mi głowę od poduszki, ciągnąc mnie za włosy i powtarzając "Mama tań, tań (wstań)"

Dziś, zanim pobiegła do swojego ulubieńca, jak zwykle próbowała go zawołać. A ja nagle ze z dziwieniem usłyszałam, jak moja córka mówi:
- "Labla..., labla... - zatrzymała się na chwilę, jakby myślała nad tym co dalej, aż w końcu pięknie powiedziała:

- "Labladol!"

piątek, 7 grudnia 2012

EUFEMIZMY PILNIE POTRZEBNE...

Zawsze przed zajęciami "baby boom boom" dzieciaki mają dłuższą chwilę na zabawę - dostają do dyspozycji piłki, pluszowe maskotki, pacynki i różne inne zabawki; między innymi - plastikowe miski, w których można usiąść i kręcić się w kółko. Blanka je uwielbia, ale jest jeszcze za mała, żeby korzystać z nich samodzielnie, więc muszę jej pomagać, zwłaszcza przy wsiadaniu. W środę kilka razy próbowała wleźć do miski nogami, zamiast w niej po prostu usiąść. Tłumaczyłam więc uparcie małemu Kajmanowi:

"Blanka odwrócić się tyłem i usiądź, nie wchodź do miski nóżkami, usiądź tyłem"
Moja rezolutna córka postanowiła się jednak upewnić się, czy dobrze rozumie moje polecenie i ku radości zgromadzonych, zapytała:

- "Dupą?"


czwartek, 6 grudnia 2012

PEGAZ

        Blanka dziś w drodze wyjątku przespała całą noc, co sprawiło, że obudziła się w doskonałym nastroju. Niestety, jak powszechnie wiadomo, kobieta zmienną jest. W okolicach godziny jedenastej moja urocza, roześmiana córeczka przeszłą błyskawiczną metamorfozę. Bez żadnego sensownego powodu (zabranie jej kapsla po piwie, żeby go nie nosiła w buzi, trudno uznać za powód, ale mogę się mylić), przeistoczyła się wyjącego potwora. Siadła sobie na środku kuchni i zaczęła wyć. Tak po prostu.  I już. Bo tak. Głośno i nieopanowanie. Coraz głośniej! Jeszcze głośniej!...  

A mnie nosiło od rana po chacie jak nasienie Casanovy po świecie, więc w pierwszym odruchu miałam nieodpartą ochotę eksmitować małą furiatkę na balkon. Powstrzymała mnie temperatura poniżej zera i myśl, że nie mieszkamy, niestety, w środku głuchego boru. No i fakt, że drzwi balkonowe nie są dźwiękoszczelne... Rozważyłam jeszcze szybciej opcję odwrotną, to jest pozostawienie ryczącej małoletniej samej sobie w domu, kontra ewakuacja przez balkon; już, już przekładałam nogę przez barierkę, gdy uzmysłowiłam sobie, że to tylko drugie piętro... 

Summa summarum, jak na porządną matkę przystało, rzuciłam się płaczącemu dziecku na pomoc. Wzięłam na ręce, utulić próbowałam. Bez powodzenia. Darła się jak stare gacie. Poziom mojej frustracji i zdenerwowania rósł wprost proporcjonalnie do eskalacji jej wrzasku... 
Chciałam ją zabrać do pokoju, pokazać ptaszki i za oknem, gdy...
 
... na mojej drodze stanął koń. Zielony, wielki koń do skakania, którego Blanka wywlekła z sypialni i porzuciła na środku mieszkania, akurat w przejściu pomiędzy kuchnią a pokojem. Zdenerwowana, obarczona wyjącą jak hiena Młodą, która swoje już waży, nadepnęłam mu prosto na gumowy pusty łeb. W związku z tym zwierz się przewrócił do góry kopytami, a ja razem z nim. Niemalże. Jakimś cudem udało mi się złapać i równowagę, i Blankę jakieś dziesięć centymetrów nad podłogą. 

Zamiast odetchnąć z ulgą, wściekłam się jeszcze bardziej. Krwawa mgłą przysłoniła mi oczy i postanowiłam natychmiast wymierzyć sprawiedliwość dmuchanej szkapie, które uśmiechała się do mnie szyderczo, leżąc na boku. Nie zastanawiając się wiele, strzeliłam mu  z całej siły kopa. Zapomniałam jednak zupełnie w tym moim zaćmieniu umysłowym, o drobnym fakcie... O tym, że ten koń jest gumowy. 
GU-MO-WY. 

W związku z czym, niewielkie było prawdopodobieństwo, że zachowa się jak koń - i dzięki Bogu, bo pewnie też by mi strzelił kopa w odwecie.  Za to olbrzymie, że zachowa się jak na konia gumowego przystało. 

I zachował...
 W ciągu sekundy przeistoczył się w rasowego pegaza.
 Beckham byłby ze mnie dumny.

Koń lotem koszącym pokonał niemal całe mieszkania i wylądował... na blacie w kuchni, zrzucając butelkę z olejem, talerz, dwa puste garnki i rondelek z gotującą się akurat zupą dla Młodej.  Bardzo efektownie wylądował, muszę przyznać. Spadające gary narobiły hałasu, aż sama zamarłam na moment. A Blanka, przestraszona nagłą, końską metamorfozą, rozwyła się dwa razy głośniej, niczym syrena okrętowa; informując mnie pomiędzy kolejnymi, spazmatycznymi szlochami:

"Koń lata! Mama, koń lata, koń lata, lata!

A ja... No cóż, tuląc i uspokajając ryczące, przestraszone dziecko, zaczęłam się dziko, niepohamowanie śmiać. Zdziwiona moją wariacką reakcją, Blanka umilkła. W końcu.
Widocznie doszła do wniosku, że nie ma co zadzierać z wariatami...

środa, 5 grudnia 2012

GUPI...

Travis jaki jest, każdy widzi i wie. Wielki, lekko zapasiony, leniwy i nieusłuchany, ale przy tym jednocześnie kochany, radosny, przyjacielski, cierpliwy i łagodny jak baranek. Co nie zmienia faktu, że kiedy wychodzimy na zewnątrz, odzywa się w nim kocia natura i natychmiast po spuszczeniu ze smyczy zaczyna chodzić swoimi drogami. Zwykle nie pokrywają się one zupełnie z trasą mojego zaplanowanego spaceru. Wołam tego białego kretyna, krzyczę na niego - a on się ledwie raczy za mną obejrzeć, czasem uchem zastrzyże, żeby mi pokazać, że owszem, słyszy, słyszy, ale żeby tak od razu przychodzić? Czasem ogonem merdnie na znak, że zaraz wraca i... leci dalej zwiedzać i obwąchiwać psie kąty. Kiedy zaczynam wrzeszczeć ze złością, zatrzymuje się i lekko kiwając kitą, spogląda na mnie, jakby mówi: "Ale o co te nerwy, przecież w końcu przyjdę, że już mam biec do Ciebie? A to przepraszam, nie zrozumieliśmy się..."
Już, już leci w moim kierunku, a tu... oooo,sąsiadka z terierką, trzeba się z nią przywitać, momencik, Pani przecież może zaczekać. I cała szopka zaczyna się od nowa...
 Nawoływanie, grożenie, że mu nogi z dupy powyrywam (to pod nosem), proszenie, żeby w końcu przylazł...
Kiedy wychodzimy na spacer w trójkę, Travis ani myśli rezygnować ze swoich nawyków. Idzie sobie gdzie chce, a ja mogę sobie za nim popatrzeć, powodzić rozzłoszczonym wzrokiem i ewentualnie go cmoknąć w czarne kółko pod ogonem. Z dzieckiem na ręku go gonić przecież nie będę, doskonale o tym wie, więc korzysta z psiej swobody. A mi pozostaje jedynie nawoływanie przez zaciśnięte zęby:
"Traaaaavvvviiiissss! Traaaaavvvviiiissss!"
Zwykle Blanka wtóruje mi swoim cienkim, dziecięcym głosikiem, powtarzając jak echo:
"Tllaaaala! Tllaaaala!
Nie robi to oczywiście na psiurze żadnego wrażenia.
 Ani kiwanie rączką, ani prosząco - rozkazujące:
"Choć! Choć!
Długo ostatnio Blanka prosiła swojego ulubieńca, żeby do niej przyszedł, wołała i wołała dobrych parę minut:
 "Tllaaaala! Tllaaaala! Choć! Tllaaaal! Choć, choć! Plo! Tllaaaala! Choć!!!
Kiedy zrozumiała, że pies nie zamierza do niej wrócić, podsumowała go krótko:
- "Gupi!"

Nawet dziecko się poznało na naszym psie...



wtorek, 4 grudnia 2012

REKLAMACJA

Tata ugotował Blance zupę. Sam. Dumy i blady podał zgłodniałej córeczce, licząc na docenienie. Blanka zajrzała do miski i natychmiast zgłosiła reklamację:
"Klusku ma!" (Nie ma klusek!")
Nie pomogły tłumaczenia, że są pyszne ziemniaczki i warzywa w zupce, ich obecność niestety nie była w stanie zniwelować nieobecności klusek, podkreślonej jeszcze kilka razy dramatycznym stwierdzeniem o treści już znanej:

"Klusku ma, tata, klusku ma!"
Pytanie, które w końcu musiało paść, było retoryczne, a odpowiedź na nie doskonale znana sfrustrowanemu ojcu, jeszcze zanim je wyartykułował:

"Będziesz jadła?"
"Nie! Klusku ma!"

Reklamacja i już.

niedziela, 2 grudnia 2012

O RYBOMANII I O TYM, JAK TATA NAUCZYŁ BLANKĘ NOWEGO SŁOWA...

 Mała od czasu wizyty w  zoo, podczas której zobaczyła pływające w stawie złote karasie, wielbi namiętnie "lyby" pod wszelkimi postaciami. Domaga się kilka razy dziennie oglądania zdjęć płetwali w aparacie, potem włącza komputer, prowadzi mnie do biurka, każe usiąść na krześle, pakuje mi się na kolana i zaczyna skandować:
- "Lyby, lyby!"

A kiedy uruchamiam youtube, żebyśmy po raz 174950723538404 mogły pooglądać delfiny (tak, tak, wiem, że to ssaki, ale na tym etapie Blance to naprawdę wsio ryba), orki i wieloryby, to za każdym razem Mała dodaje:
- "Duuuuuzzzeeee!" - szeroko rozkładając rączki, że zademonstrować, jak wielkie ryby ją interesują.

Więc oglądamy. Codziennie. Kilkadziesiąt razy dziennie. W internecie. W aparacie. W książeczkach. W telewizji. Kilkanaście razy dziennie z niegasnącym entuzjazmem Blanka wita pojawiającą się na wizji rybkę mini mini radosnym okrzykiem: "lybka!" i piszczy z radości. Codziennie usiłuje wydłubać z ekranu logo stacji, codziennie śpiącej rybce robi "pa pa!". Tylko czekam, aż zacznie całować ekran na dobranoc. 

Jednym słowem: lybomania. Ryb u nas nigdy dosyć, więc wczoraj tata wydrukował Blance kolorowanki z rybkami. Różne tam były gatunki, więc zaczął Małej o nich opowiadać:

- "Zobacz Blanuś, a tu jest taka mała rybka, gupik. Powiedz: gupik"
A Blanka na to:

- "Gupek!" :-)

sobota, 1 grudnia 2012

CO KOMU WOLNO, A KOMU NIE

Blanka kiedy się uderzy, przewróci lub potknie o porzuconą zabawkę, nie traci zbyt wielu czasu na płacz. Natychmiast leci do "winowajcy" i wymierza mu sprawiedliwość. Najpierw poucza wspomniany przedmiot, że: "nie, nie, nie, nieeee!!! (wolno tak!), a następnie wymierza mu karę, zwykle pokrzykując: "bij, bij, bij!". W połączeniu z kilkoma energicznymi razami wymierzonymi małą rączką ma to niedobrą rzecz nauczyć, że nie wolno małej dziewczynce stawać na drodze i sprawiać, że się przewraca i ją boli. 

Niestety, jakoś nie chcą się meble poprawić, nie chcą schodzić z drogi małemu Łobuziakowi, więc co i rusz obrywają - a to fotel, a to dziecinne, plastikowe krzesełko, a to kanapa - wszyscy niezmiennie dostają lanie. Travisowi też się zaczęło ostatnio obrywać; duży jest, czasem przez nieuwagę popchnie Blankę, czasem potrąci... Co najgorsze, Blanka zaczęła w podobny sposób reagować na nasze decyzje, w jej mniemaniu, krzywdzące jej małą osobę. Chcę ją zmusić do zdjęcia bluzeczki, do zmiany pampersa, mówię, że nie pójdziemy teraz na spacer... i natychmiast leci w moim kierunku z podniesioną ręką mała, rozzłoszczona dziewczynką, pokrzykująca bojowo: "bij, bij, bij!". Za zamiarem jednoznacznym - żeby mi przywalić. Ojciec też już oberwał parę razy. 

Tłumaczymy, że to boli, grozimy palcem, mówimy, że tak nie można  - wtedy Blanka robi smutną minę i leci nas pocieszać i przytulać. Ale bije dalej. I gryzie. Wszystkich poza mną, bo raz jej oddałam tak, że się poryczała i zakodowała, że mama wbijać sobie rębów w rękę nie pozwoli. 

Dziś próbę założenia skarpetek ma bose, zziębnięte stopy uznała za akt niedopuszczalnej dominacji i podporządkowania. Najpierw się rozwrzeszczała na znak protestu, a potem, kiedy ja mocowałam się z jej rozwierzganymi nogami, usiłowała przyłożyć mi z piąchy w głowę. Kilka razy jej się udało i to boleśnie, więc nieco zirytowana posadziłam ją na kanapie i mówię:

- "Nie bij, nie wolno bić, to boli!
- "Bij, bij, bij, bij - zadeklarowała Blanka upracie, w końcu założenie skarpetek to straszna krzywda...
- Nie bij, bo Ci oddam, zobaczysz!
Usłyszawszy to, moja córka bez chwili namysłu oznajmiła:
- "Nie, nie, nie! (nie wolno!)"
I pogroziła mi małym paluszkiem ze srogą miną. 

Nie wytrzymałam.
 Zaczęłam się śmiać.