piątek, 28 września 2012

ZOO

Jakiś czas temu, w sobotni, pochmurny poranek, kiedy nie bardzo mieliśmy pomysł, co zrobić z małą Marudą, postanowiliśmy ją zabrać do zoo. Nie przepadam za oglądaniem uwięzionych zwierząt, ale dla Blanki wizyta w tym miejscu okazała się niebywałą atrakcją. Kiepski, dziecięcy nastrój zniknął natychmiast, Mała aż piszczała z radości, kiedy oglądaliśmy kolejne zwierzaki. Zaczęliśmy od klatek z ptakami - bażanty, papugi, olbrzymie sępy trzepoczące skrzydłami Mała sklasyfikowała szybko, podciągając pod jedyny znany sobie gatunek: "Mama, ko - ko, ko - ko!"
Trochę wystraszyły ją wrzeszczące papugi, ale kiedy odeszliśmy od klatek z ptakami, ciągnęła nas na siłę z powrotem, oznajmiając: "Mama, tliiiii, tam, tliiii!!!!". Nie spodziewała się najwyraźniej kolejnych atrakcji, a za zakrętem czekały już kolejne zwierzęta. Spotkanie z nimi wywarło na Małej olbrzymie wrażenie i spowodowało... natychmiastowy rozwój mowy Maluszka. Bowiem okazało się szybko, że w zoo są "ebry, ebry!" (zebry), "ef!" (lew), były też "ipki!" (rybki), były "hopa, hopa" (kangury) i masa innych dziwolągów, których Blanka nijak nie potrafiła przyporządkować do znanych sobie gatunków fauny. Rozbawiła nas niesamowicie, kiedy zatrzymała się przed klatką z surykatkami i oznajmiła, wielce podekscytowana: "Mama, pi - pi, pi - pi!" (mamo, myszy!). Najbardziej zaś przestraszyły ją... nasze zwykłe, domowe kaczki, które siedziały sobie w bajorku w mini - zoo i... rozkwakały się nagle i bardzo głośno, tak, że Blanka poryczała się i uciekła do taty. 

Mała wizytę w zoo przeżywa do dziś. Łapie mnie za palec i prowadzi mnie do biurka, na którym zwykle leży mój aparat fotograficzny i oznajmia mi: "Trrrrruuuuuu!", co w wolnym tłumaczeniu oznacza: "Mamo pokaż mi zdjęcia słonia, które zrobiłiśmy w zoo"

I tak nawet kilkadziesiąt razy dziennie...
Dziś, kiedy udawałam, że nie rozumiem, o co chodzi, zakomenderowała:
"Poka ipki!"

8 komentarzy:

  1. Dla dziecka takie zoo to prawdziwa atrakcja, fajnie jeśli potrafi już ponazywać zwierzaki :)
    Wyobrażam sobie, z jaką radością ogląda te zdjęcia i komentuje :)

    p.s. zajrzyj do mnie jutro po 9.00 ;)
    zostawiam coś dla Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Żebyś wiedziała Iwuś - jak biorę aparat, to aż się śmieje w głos, leci do pokoju, zasiada na kanapie i oglądamy. Gorzej, że później życzy sobie, żeby jej dać aparat do ręki, a na to się zgodzić nie mogę... I nie jest z tego powodu zadowolona...
    ps. Zajrzę :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Młode są niesamowite ze swoim przyjmowaniem rzeczywistości. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. ja też pamietam pierwszą wizytę Zu w ZOO, też miała nieco ponad roczek i pierwsze zwierzątko jakie zobaczyła to był struś, "tuś, tuś" wołała i nie chciała od klatki odejść, nie rozumiała, że dalej jest więcej zwierzaków, jak ją (niemal siłą) zaciągnęliśmy do kolejnych klatek to potem biegała po ZOO jak szalona szukając nowych okazów...
    oj tęskno mi do takiego roczniaka, oglądałam ostatnio stare filmiki Zu z tego czasu i nie mogę się doczekać jak eM urośnie...

    OdpowiedzUsuń
  5. No, daliście jej niezłą dawkę pozytywnych emocji i niesamowitych wspomnień;))My czekamy na wiosnę,żeby wybrać się do zoo...już się cieszę;)

    OdpowiedzUsuń
  6. pamietam naszą pierwszą wizyte w zOO z małą Alą - zweirzeta zwierzętami, ale ją najbardziej fascynowały osobniki gatunku homo sapiens, głównie te najmłodsze:) rut

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj. Mała jest cudowna. Na poczcie masz wiadomość i obiecane zdjęcia. B

    OdpowiedzUsuń
  8. Gdyby dzieciaczki zatrzymywały się na pewnym etapie rozwoju na dłuższy czas a potem genialnie przeskakiwały kilka lat w jeden dzień to mogła bym mieć ich całe stado.....

    OdpowiedzUsuń