sobota, 30 czerwca 2012

STRACH MA WIELKIE OCZY

Blanka bardzo się boi ... much. Nie wyjdzie na balkon, jeśli siedzi na nim chociaż jedna, malutka muszka. Nieważne, czy wygrzewa się na płytkach, czy wędruje po ścianie - Blanka zatrzymuje się w drzwiach, dosłownie wrasta w podłogę, pokazuje mi palcem małego, czarnego potwora i informuje mnie głośno:
- Muuuu, muuu, muuu!!!
Muszę więc pędzić na pomoc, ratować dziecko, wygonić paskudne owady, żeby Malutka mogła sobie do woli spacerować po balkonie. Próbuję przełamać jej strach, ale kiedy tylko nieopatrznie podprowadzę ją zbyt blisko przerażającej bestii, otrząsa się ze wstrętem, jak kot znienacka wrzucony do wody, wykręca się, wyrywa, wygina buzię w podkówkę, powtarzając: "Nie, nie, nie!!!". Na nic tłumaczenia, że muchy nic jej nie zrobią, że wystarczy machnąć ręką, powiedzieć "Sio!" i odlecą - Blanka łapki ma jeszcze małe, choć wymachuje nimi ze wszystkich sił, powtarzając: "Siii!!!, Siii!!!", to potwory nie uciekają.
Ucieka więc dziecko...

Strach ma wielkie, musze oczy...

wtorek, 19 czerwca 2012

CHORUTEK

Zaczęło się w tamtym tygodniu. Ni z tego, ni z owego Blanka dostała bardzo wysokiej gorączki, bez żadnych innych objawów. Termometr uparcie pokazywał  39,7, temperatura nie spadała po środkach na jej obniżenie, zmniejszała się tylko trochę o stopień, dwa. Dziecko popłakiwało przez całe dnie, marudziło, nie chciało jeść. W trzeciej dobie pojawiły się pierwsze afty - na wargach, na brodzie, na języku, Blanka przeryczała całą noc, tę i kolejne; nie zasnęła na dłużej niż piętnaście minut. Tylko przewracała się z boku na bok i aż piszczała z bólu. Do tego doszły purpurowe, spuchnięte dziąsła; Mała jadła tylko mleko, niczego innego nie była w stanie przełknąć. Kiedy odmówiła spożywania i tego, zdecydowaliśmy się, za radą pediatry, na podanie antybiotyku w zastrzykach. Ale na poprawę trzeba jeszcze zaczekać... 

Powoli, bardzo powoli dochodzimy do siebie, ale już widzę, że ta pierwsza poważniejsza choroba bardzo Blanuśkę zmieniła. Nie chce spać sama w łóżeczku, zasypia tylko z nami, przytulona do mnie; najchętniej wisiałaby mi na rękach cały dzień. Boi się teraz obcych ludzi, już po trzech zastrzykach zaczynała płakać kiedy tylko pielęgniarka pojawiała się w drzwiach. Zrobiła się marudna, nie ma humoru, apetytu, odwraca się na widok jedzenia, wykręca z całej siły, jakby ją bolało od samego patrzenia... Co najgorsze - schudła.

A wszystko to przez sekundę mojej nieuwagi, siedziała w piaskownicy, bawiła się; odwróciłam od niej wzrok dosłownie na chwilę i  - dziecięca dieta została "rozszerzona" tak niefortunnie, że wdało się zapalenie jamy ustnej. Wszystko przez głupią garść piachu, którą Blanka wsadziła sobie do buzi...

czwartek, 14 czerwca 2012

KOALICJA

Zawiązała mi się w domu koalicja. Dziecięco - psia. I nie sposób jej rozbić, ani z nią pertraktować...

Kiedy Blanka tylko zobaczy, że Travis waruje przy stoliku, na którym leżą biszkopty, natychmiast leci do niego i pokazuje palcem na drewnianą miskę. Kiedy ignoruję jej wyciągniętą rękę, wspina się na palce i próbuje ją ściągnąć. Pies siedzi obok, nie spuszcza dziecka i jego poczynań z oka i się ślini. Mała patrzy na mnie błagalnie i oznajmia proszącym tonem: "Da....", przestępuje z nóżki na nóżkę, usiłuje sama dosięgnąć, kombinuje, jakby tydzień nie jadła. W końcu się lituję, łudząc się jednocześnie, że może tym razem przebieg zdarzeń będzie inny, może tym razem naprawdę ma ochotę na ciasteczko. Wyjmuję jednego biszkopta, wciskam do małej łapki, radość Blanki nie ma granic, aż podskakuje... i natychmiast po otrzymaniu słodkości wręcza ją psu.
Tak, psu. 
Nawet nie próbuje sama ugryźć, po prostu wyciąga rączkę ze zdobyczą w kierunku psiej mordy.

Ten oczywiście z grzeczności nie odmawia, zanim zdążę interweniować, jedno kłapnięcie i biszkopt znika w kundlowatej paszczy. A Blanka aż klaszcze z uciechy w rączki i co? 
Niemal natychmiast zaczyna się domagać kolejnego ciasteczka... 

Travis stoi obok i merda ogonem...

poniedziałek, 11 czerwca 2012

TRAUMA

Każde wyjście do pracy to dla mnie trauma. Blanka jakiś czas temu zorientowała się, co oznacza moja poranna krzątanina i doskonale już wie, że zniknę, że wyjdę i mnie nie będzie...

 Wystarczy, że schowam się w łazience, żeby wziąć prysznic - przychodzi pod drzwi, skrobie w nie jak mały psiak i płacze. Wystarczy, że odsunę drzwi do szafy i wyjmę bluzkę, że zacznę się ubierać lub prasować koszulę do pracy - zaczyna rozpaczać. Wystarczy, że zacznę pakować torbę, biorę klucze, telefon, a ona natychmiast rusza za mną, chodzi za mną krok w krok po mieszkaniu jak wierny pies, łapie za nogi i łka. Kiedy wezmę ją na ręce, uspokaja się na moment, ale nie pozwala się nikomu oddać, wczepia się we mnie jak miś koala, każda próba przekazania jej, czy mojemu mężowi, czy opiekunce kończy się dramatycznym, spazmatycznym płaczem, wyciąganiem rąk do mnie i powtarzanym przez łzy: "nie, nie, nie!"...

Wykańcza mnie to. Każde wyjście z domu to dla mnie trauma. Wystarczy dwadzieścia minut tej jej rozpaczy zanim opuszczę dom i zamieniam się w kupkę proszku, rozpadam na kawałki i mam zepsuty cały dzień, jeszcze przez kilka godzin mam przed oczami jej smutną buzię i oczy pełne łez. Nie potrafię się na niczym skupić, nic mi nie jest w stanie poprawić nastroju. I codziennie od nowa zastanawiam się, czy powinnam pracować, czy lepszym wyjściem nie byłby urlop wychowawczy. 

Codziennie rano kiedy wstaję, na samą myśl o wyjściu z domu ściska mnie coś w środku. Wiem doskonale, że gdy zniknę, Mała uspokoi się błyskawicznie, wiem, że bardzo lubi swoją nianię, wiem, że uwielbia spędzać czas z ojcem, ale nie zmienia to faktu, że czuję się strasznie, kiedy tak rozpacza... Tłumaczę, że wrócę, przytulam, zabawiam, próbuję odwrócić jej uwagę, zainteresować ją czymś innym, ale bezskutecznie. Codziennie do drzwi odprowadza mnie rozpaczliwy płacz  i wołanie "mama, mama"...

Wczoraj przymierzałam nową bluzkę przed lustrem w łazience. Blanka, kiedy tylko zobaczyła, że się ubieram, natychmiast zaczęła płakać...

czwartek, 7 czerwca 2012

ZADZIWIENIE I ZACHWYT


Blanka ściąga psią smycz z fotela, kiedy mówię: "Pójdziemy z Travisem na spacer" i wlecze ją za sobą przez całe mieszkanie; idzie do psa i przytyka mu ją do obroży...

Blanka pokazuje palcem na telewizor, kiedy jej obiecuję: "Jak zjesz kaszkę to obejrzymy Mio - Mao"...

 Blanka wyjmuje mi klucze z torebki, idzie z nimi do drzwi wejściowych do mieszkania i przykłada je gdzieś metr poniżej zamka, raz jeden klucz, raz drugi...

Blanka zabiera mi telefon, przykłada go sobie do ucha i chodzi tak po mieszkaniu z bardzo poważną miną, powtarzając: "Ało, ało, ało...."

Blanka ma trzynaście miesięcy. Codziennie mnie zaskakuje, zadziwia i zachwyca...

piątek, 1 czerwca 2012

DA I NIE CZYLI KILKA SŁÓW O ROZKAZYWANIU

Kiedy Blanka budzi się rano, siada sobie na łóżku, rozczochrana, rozespana, uśmiecha się szeroko, rozgląda i oznajmia zwykle "Tata, tata!", pokazując Lubego palcem. Cieszę się wtedy niezmiernie, mówię Mężykowi: "Ktoś do Ciebie kochanie!" i przewracam się na drugi bok. W tamtym tygodniu to mój mąż wstawał razem z małym Kajmanem, ubierał go i karmił, a ja dosypiałam sobie spokojnie do ósmej. Zwykle w okolicach tej godziny Blanka odkrywała brak jednego z członków rodziny i prowadziła tatę do sypialni. Ten podsadzał ją na łóżko, nie mijał nawet moment, a mała Gadzina właziła na mnie i siada mi okrakiem na brzuchu. Ignorując zupełnie brak współpracy z mojej strony, sama sobie robiła "patatataj", podskakując mi na żebrach... Już po kilku sekundach takiej zabawy bardzo wyraźnie przypominało mi się, co jadłam dzień wcześniej na kolację. Na szczęście Młodej szybko się ta rozrywka nudziła, więc po paru minutach schodziła i ze mnie, i z łóżka. Ale żeby tak jeszcze sobie poszła....

Zamiast spełnić fantazję mamusi, łapała mnie za palec i ciągnęła z całej siły, złoszcząc się, gadając coś sobie pod nosem i denerwując się, kiedy zbyt wolno wychodziłam spod ciepłej kołdry. A potem już przez cały dzień to samo - przez większość czasu łaziła po mieszkaniu, wlokąc mnie za sobą w charakterze usłużnego giermka, któremu non stop .... rozkazuje. 

Prowadzi mnie do regału, pokazuje palcem na półkę i oznajmia głosem nie znoszącym sprzeciwu: "Da!" Zdejmuję więc mój notes. Bierze go do ręki i po chwili ciska za siebie, wyraźnie zniecierpliwiona i ponownie żąda: "DA!!!". Podaję więc jej puste opakowanie po płycie DVD. Otwiera je sobie, zagląda do środka i znów wywala, rozczarowana brakiem zawartości. Mały paluszek po raz kolejny kieruje się w stronę półki, a Blanka jeszcze głośniej mi rozkazuje: "Daaaa!!!", najwyraźniej zdenerwowana, że nie mam pojęcia, o co jej chodzi...

 I tak cały dzień. Pasta do zębów leżąca na umywalce - "Da!!!", szczotka do czyszczenia toalety - "Da!!!", pilot do telewizora - "Da!!!", mój aparat fotograficzny "Da!!!", perfumy "Da!!!", torebka, którą położyłam na fotelu - "Da!!!", portfel - "Da!!!" i tak przez dzień cały na zmianę z... "NIE". 
Szykuję śniadanie, potem łapię małego szkraba i próbuję umieścić w foteliku do karmienia. Wtedy pada pierwsze "NIEEEE!!!" zniewolonego łobuziaka. Wciskam w siedzenie, zapinam szelki, daję jedną łyżeczkę kaszki, drugą, trzecią. Zwykle już przy czwartej słyszę zdecydowane: "NIE!!!". Próbuję namówić na kontynuację jedzenia - Blanka atakuje serią jak z automatu: "Nie, nie, nie, nie, nie, nie!!!". Podejmuję ostatnią próbę. Gromkie "NIIIIEEEEEE!!!!" poparte odpychaniem łyżeczki sprawia, że szybko rezygnuję.
Nie to nie. Moje dziecko doskonale wie, czego nie chce.
 I czego chce.