czwartek, 30 kwietnia 2009

DOBRA "ZŁA" WIADOMOŚĆ


Od jakiegoś czasu przeglądam blogi w necie, kilka stale podczytuję W ten nałóg wpędziła mnie moja koleżanka, która zaczęła opisywać perypetie swojej małej córeczki. Zajrzałam raz, drugi. Potem znalazłam kilka innych, też ciekawych. I wsiąkłam. Pamiętniki czytałam namiętnie od zawsze, a swój własny pisałam od jedenastego roku życia, przerwałam dopiero na studiach, w okresie, kiedy bardzo ciężko zachorował mój tata. Przestałam mieć ochotę na opisywanie jego powolnego umierania, rejestrowanie tych dni wydawało mi się po prostu makabryczne. Do pisania dziennika już nie wróciłam. Teraz za to bardzo często czytam internetowe pamiętniki. I to właśnie w związku z nową pasją śledziłam ze sporym zainteresowaniem konkurs na blog roku, zorganizowany przez onet.

No i się wnerwiłam po rozstrzygnięciu. Jak cholera. Bo w kategorii teen blogów wygrał pamiętnik dziewczynki, której zmarł na raka ojciec. W kategorii „Ja i moje życie” - blog rodziców opisujących życie dziecka z zespołem Downa, na drugim miejscu bardzo długo utrzymywała się opowieść dziewczyny chorej na raka w ścisłej czołówce był jeszcze jeden blog, rodziców dziewczynki, która zmarła na białaczkę.... 

LUUUUUDZIE, może ja mam wrażliwość tłuczka do rozbijania mięsa, ale w tych blogach nie znalazłam nic inspirującego, a jeśli choroba ma być atutem, to wnioskuję o stworzenie kategorii "Ja i moje schorzenia". I licytujmy się do woli, kto przeżył i przecierpiał więcej. Założę się, że w tej kategorii będzie najwięcej zgłoszeń. 
Jednym z finalistów był także blog dwudziestodziewięciolatki chorej na raka. Zajrzałam z ciekawości, myśląc, że dziewczyna w moim wieku, która staje twarzą w twarz ze śmiercią, powie mi coś odkrywczego o życiu, na co zwrócić uwagę, z czego warto się cieszyć... A tu dupa. Ubogo w treści, styl mizerny, kilka notek, nic odkrywczego, ot, jedyne możliwe streszczenie: "Jestem chora i wierzę, że Bóg pozwoli mi pokonać chorobę".... 
Może jestem okrutna, ale wychodzę z założenia, że decyzję o założeniu i pisaniu bloga podejmują ludzie, którzy chcą się podzielić myślami, obserwacją, przeżyciem, małą radością, smutkiem, doświadczeniem - słowem, którzy mają coś do powiedzenia lub do opowiedzenia. Bezmyślne rejestrowanie zdarzeń jest według mnie bezsensowne. Ale pewnie to tylko moje to mylne założenie, bo w necie roi się o blogów o treści : "Wróciłam z imprezy. Było fajnie. Idę spać." Epoka kronik umarła razem z Gallem Anonimem, ale chyba nie każdy to zauważył. Dużo bloggerów orientuje się w trakcie pisania, porzucając swoje świeżo powołane do życia pamiętniki po dwóch, trzech notkach. Nie odmawiam nikomu prawa opisywania swojego życia, każdy ma prawo wyrażać i opisywać swoje emocje w sposób jaki chce, w tym także rejestrować swoje cierpienie.. Ale kiedy taki blog ociera się o finał konkursu lub wygrywa... to działa mi to na nerwy. 
Najgorsze jest to, że ta tendencja nie dotyczy tylko blogów – one są tylko jednym z wielu przykładów. W zeszłym roku konkurs „Zwierciadła” na najlepszy dziennik wygrał pamiętnik dziewczyny chorej na schizofrenię paranoidalną, po jedenastu próbach samobójczych. Drugie miejsce zajęła kolejna opowieść o walce ze złośliwym nowotworem. Nawet mnie to za bardzo nie zaskoczyło. Wystarczy posłuchać o czym rozmawiają ludzie w tramwaju, na targowisku miejskim, w kolejce do lekarza: kto na co choruje, jak bardzo to boli i kogo bardziej, jak mu wątroba gnije, a czyrak ropieje i z czyjego jej więcej wycieka... Moja teściowa przy każdej wizycie opowiada mi rozwlekle i szczegółowo kto umarł, kto popełnił samobójstwo, kto ciężko zachorował, kto miał wypadek i jaki. Do kategorii ulubionych należą historie o ranach szarpanych i gnijących, zagryzionych niemowlętach, wybieraniu zmiażdżonych szczątków samobójców spod kół pociągu lub długiej, samotnej agonii. 

I tak jest wszędzie. W prasie, radiu, telewizji. Dobra wiadomość to zła wiadomość. „Dobra” w sensie chwytliwa, medialna, budząca zainteresowanie. Nagłówki gazet krzyczą wielkimi literami na pierwszych stronach „Wypadek!”, „Katastrofa”, „Trzęsienie ziemi!”, prześcigając się w liczeniu zabitych i rannych, telewizje prowadzą relacje na żywo z miejsc tragicznych zdarzeń, a prezydent już rutynowo ogłasza żałobę narodową. Zastanawiam się, czy nie byłoby dobrym pomysłem wprowadzić ją na stałe? Taka nieustająca, polska żałoba narodowa - to jest to! 

Bo my, Polacy w całej swej martyrologii i mesjanizmie uwielbiamy cierpieć, pochylać się nad cierpieniem, eksponować cierpienie i je uwznioślać, a jak widać na powyższych przykładach także - nagradzać. Ból jest w cenie, warto o nim opowiedzieć, podelektować się szczegółami, policytować, opowiedzieć o nim z wypiekami na twarzy. W Polsce zawsze jest sezon i nieprzemijająca moda na cierpiętnictwo. . 

Dlatego wygrały te blogi, które tak intensywnie opisywały wielką krzywdę, ból i nieszczęście... choć nie wiem, czy miały tak naprawdę cokolwiek DO POWIEDZENIA w tej kwestii poza OPOWIEDZENIEM I OPISANIEM ludzkich cierpień i emocji. A mi się marzyła jakaś ogólna refleksja, jakieś wnioski. No bo jeśli ktoś już się bierze za OPISANIE świata, nawet tylko swojego, to warto chyba pokusić się o jakieś podsumowanie, uogólnienie, refleksję??? 
Ale tak naprawdę najbardziej wnerwia mnie to, że nie nagradza się ludzi, którzy piszą i mówią: "Jestem szczęśliwy. Lubię siebie i swoje życie takim, jakie jest”. Bo takie deklaracje są jakieś takie... nietaktowne. Takie niezręczne i żenujące. Bo jak to to tak, tak pisać wprost, rozpowiadać dookoła, że jest dobrze, że po prostu jestem szczęśliwa...? To nie na miejscu, niepoprawne, takie wyznania przyjmuje się ze skrępowaniem i wstydliwym zażenowaniem. Prawdziwy Polak zapytany „Co u ciebie?” nigdy nie odpowie „Jestem szczęśliwy!!!”

My, Polacy wolimy widzieć tylko tą ciemniejszą stronę. I czasem łapię się na tym, że mimowolnie popadam w tą martyrologiczną polskość. I nawet samej sobie muszę przypomnieć, że „Życie jest piękne", Choćby nie wiem, co się działo (mam nadzieję, że nie przyjdzie mi pożałować tych słów, bo wiem z doświadczenia, że los bywa przekornie złośliwy). Zawsze jest coś wesołego i coś smutnego, coś pięknego i coś strasznego - właśnie ta różnorodność w życiu jest genialna. Zawsze. Niezależnie od okoliczności. Kiedy umierał mój tata, budził się właśnie cudowny, jesienny świt... taki posrebrzany szronem i złoty od lecących z drzew liści. I był piękny, mimo wszystko, i śmierci na przekór. I nie dało się tego ani ukryć, ani nie zauważyć, był tak cudowny, że aż to było bezczelnie niestosowne...zważywszy na okoliczności... Przynajmniej kiedy zabierali tatę z domu, już na zawsze, aura potrafiła się zachować jak należy - lał deszcz ciężki, ulewny.. Jakby całe niebo płakało razem z nami. Czułam się usatysfakcjonowana zachowaniem pogody…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz