środa, 30 maja 2012

REPRYMENDA

Blanka obudziła się dziś o piątej i stanowczo zażądała mleka. Butelki ciepłego, pysznego płynu, dzięki któremu ostatnio mogę się w końcu wyspać. Mała wróciła do nocnego jedzenia, a raczej - wprowadziła poranne; w okolicach czwartej, piątej rano domaga się butli, po której zasypia snem sprawiedliwego, najedzonego człowieka, dosypiając ostatnio nawet od ósmej. Cud. Albo się moje geny w dziecku uaktywniły...

Dziś Luby szykował się do pracy, więc kiedy zobaczył, że ćmiątam się po kuchni z zamkniętymi oczami, z marudzącym, głodnym dzieckiem na ręku i próbuję po omacku odmierzyć odpowiednią ilość białego proszku, odesłał nas do sypialni i dostarczył nam mleczne śniadanie prosto do łóżka. Młoda zjadła, a właściwie zżarła mleko... i odkryła, że tata już nie śpi. Ruszyła więc ku krawędzi wyrka, gromko nawołując: "Tata, tata!!!". Wzywany przyszedł do sypialni, nawet wziął małego Szkraba na chwilę na ręce, przytulił, ale po chwili zapakował z powrotem pod kołdrę. Nie spodobało się to Blance, stanowczo oprotestowała pomysł dalszej drzemki i uparcie usiłowała mi uciec z łóżka. Na czworakach, niczym mały karaluch, błyskawicznie zmierzała ku krawędzi. Złapałam za nogę, przyciągnęłam do siebie, przewróciłam na boczek, usiłując przytrzymać ręką. Wywinęła mi się ze śmiechem i znowu uciekła, dzielnie pokonując nierówności pościeli. Udaremniłam ewakuację, znów przyholowałam bliżej siebie, przewróciłam na plecy i dla pewności przycisnęłam kolanem. Nie miałam ochoty na wstawanie o piątej, więc unieruchomiłam definitywnie małego uciekiniera, nakryłam nas obie kołdrą i oznajmiłam stanowczo: "Śpimy!".
 Blanka pozłościła się chwilę, poszarpała przez moment, nie bardzo rozumiejąc, czemu nie może się ruszyć, pomyślała chwilę, po czym przeuroczym gestem uniosła kołdrę do góry i zajrzała pod nią, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Zaczęłam się śmiać. A ona popatrzyła na przyciskające ją kolano, spróbowała je zepchnąć z siebie, a w końcu... udzieliła reprymendy mojej nodze nodze, grożąc jej palcem i mówiąc zdenerwowanym głosikiem: "Nie, nie, nie!!!!"

poniedziałek, 28 maja 2012

BLW

Kiedy Blanka uczyła się chodzić, prowadzała nas za sobą cały dzień w charakterze ruchomej podpory. Trzymała mnie lub swojego tatę za palec i tak wędrowała po mieszkaniu. Kiedy uzyskała pełną mobilność, zaczęła nasze ręce odpychać ze wstrętem, kiedy próbowałam wziąć ją za łapkę, złościła się, chowała rączkę za plecy i uciekała. 

A teraz znów jej się coś zmieniło. Gdy tylko się obudzi i zlezie z łóżka, natychmiast wyciąga do mnie rękę, żebym jej podała... palec. Wywleka mnie z pościeli i tak wlecze za sobą przez cały dzień. Na balkon, z balkonu, do łazienki i z powrotem, do kuchni i do sypialni i znów na balkon... A potem tournee dookoła mieszkania zaczynamy od nowa. Nie wiem, co sobie wymyśliła, ale ewidentnie i niezaprzeczalnie tylko ja się nadaję do prowadzania małej dziewczynki. Tylko mój palec nadaje się do trzymania. Kiedy usiądę na chwilę, ściąga mnie z kanapy, kiedy położę się dosłownie na sekundę, natychmiast namierza mój bezruch i siłą próbuje zmusić mnie do podążania za nią. Kiedy się buntuję i oznajmiam: "Nie, ja nie idę, idź sama", odmawiając jednocześnie udostępnienia palca wskazującego, złości się i płacze. Jakby moja obecność była jej absolutnie niezbędna w procesie poznawania i codziennego zachwycania się światem. Chodzi, wlecze mnie za sobą, pokazuje paluszkiem coraz to nowe rzeczy oznajmiając: "Ooooo!!!"i opowiada mi o nich w swoim dziecięcym języku. 

Wczoraj byliśmy na komunii. Wszyscy zasiedli do obiadu, smakowite dania już parowały na półmiskach, kiedy Blanka, niemal natychmiast po posadzeniu na moich kolanach, postanowiła kontynuować proceder poznawczy. Oprotestowała unieruchomienie, zażądała postawienia na podłodze, złapała mnie za palec i wyruszyła na obchód zajazdu. A ja za nią, na dziesięciocentymetrowych szpilkach. Kilka razy próbowałam spacyfikować i unieruchomić małego Kajmana - nadaremnie. Usiłowałam podmienić swój palec na palec babciny, wujkowy, tatowy - bez powodzenia, tylko mój się nadawał. A mój mąż siedział sobie spokojnie przy stole, konsumował i uśmiechał szeroko do nas obu. Kiedy w końcu, nieco zmęczona i poirytowana zapytałam:

- Ale dlaczego ona chce chodzić tylko ze mną?!!! - odpowiedział tajemniczo:
- BLW
Że co? - dopytałam mało kulturalnie
- Bobas Lubi Wybór...

czwartek, 24 maja 2012

PIERDÓŁKA

Blanka bardzo lubi przesiadywać na balkonie. Obserwuje, co dzieje się pod blokiem, robi "pa pa" przechodniom, zagaduje do nich, coś im opowiada w swoim języku. Jak jej się znudzi konwersacja z ludźmi na dole i obserwowanie piesków, znajduje sobie inne zajęcie. A to kradnie pranie z suszarki, zakłada je sobie na głowę i biega tak po mieszkaniu, a to wygrzebuje ziemię z doniczek, a to molestuje psiura wylegującego się pod oknem. Wynosi sobie na balkon książeczki, zabawki, stuka łyżką do zupy w pręty balustrady, generalnie to jedno z jej ulubionych miejsc. 

Tylko jakoś ostatnio ciągle jej coś z tego balkonu wypada. A to smoczek kopnięty małą nóżką ląduje na trawniku na dole, a to drewniana łopatka, a to misio spada pod drzewko. Czasem kilka razy dziennie schodzę pod blok, żeby zabrać z powrotem na górę to, co dziecku wyleciało. Ostatnio, kiedy wracałam z pracy, w drzwiach klatki schodowej spotkałam nieźle wnerwionego męża, który z dzieckiem na ręku zszedł po własny portfel, który Blanka gwizdnęła z szafki, kiedy na moment spuścił ją z oka. Też wypadł naszej małej Gadzinie przez balkon...

Nawet myślałam, przyznaję się bez bicia, z lekkim rozczuleniem, że to moje dziecko to taka mała pierdółka; ciągle jej coś wylatuje, a ona spogląda za tym, co wypadło, smutno oznajmiając: "bam..."
( w sensie, że "spadło")
Do dziś tak myślałam. Porządkowałam ubranka Małej, przebierałam, układałam, odkładałam za małe ciuszki do walizki, a Gwiazda krążyła koło mnie jak satelita, zabierając mi a to czapeczkę, a to bluzkę, a to rajstopki. Przejmowałam szybko skradzione części garderoby, chowałam, tłumaczyłam cierpliwie, że nie wolno, co Blanka potwierdzała, mówiąc "Ne, ne, ne!" i dalej robiła swoje, uciekając z kolejnymi sztukami odzieży. 

W końcu gdzieś zniknęła. Zaniepokojona nieobecnością Małej i ciszą, która nastała, porzuciłam na moment układanie w szafce i poszłam sprawdzić, co robi Gadzina. Patrzę, a ta siedzi i na balkonie i... pracowicie przepycha pomiędzy prętami swój szaliczek...

wtorek, 22 maja 2012

FAMILY

Kiedy byłam w ciąży, mój mąż na imieniny dostał piękny wieszak - napis "FAMILY" wycięty z drewna, a pod nim miejsca na zdjęcia. Były tam już włożone trzy fotografie: moja, Lubego i Travisa, a czwartym okienku nasi przyjaciele umieścili rysunek. Przedstawiał on bociana niosącego zawiniątko w dziobie, z którego wystawał warkoczyk z kokardą, a napis pod ilustracją głosił: "Coming soon"... Kiedy Mała przyszła na świat, w ramkę, zamiast rysunku, wstawiliśmy jej zdjęcie. 
Teraz, kiedy ma roczek, kilkanaście razy dziennie bierze mnie za palec, ciągnie pod wieszak, żąda postawienia na blacie biurka, a kiedy już może dotknąć fotografii, pokazuje kolejno paluszkiem na zdjęcia i wylicza: "Tata, mama..." - przy swojej ramce milknie, zastanawia się chwilę, nie umie wymówić jeszcze swojego imienia, więc dotyka zdjęcia Travisa i mówi... "Grrrrryyyy" - co w języku Blanki oznacza "piesek" :-)


niedziela, 20 maja 2012

KASZKA

Blanka nie przepada za kaszkami. Trzeba kombinować, zabawiać dziecko, a przede wszystkim, przypiąć pasami w foteliku do karmienia, bo inaczej wstaje i próbuje uciekać górą... Żeby dziecko zjadło chociaż kilka łyżek, niezbędne jest także (niestety) włączenie telewizora z ulubioną bajeczką "Mio - Mao". Skaczące, kolorowe kotki z plasteliny i wesoła muzyka skutecznie odwracają uwagę dziecka od zawartości łyżki i zwykle udaje mi się wtłoczyć w małą łobuziarę zawartość miseczki. 
Czasami jednak nic nie pomaga, słyszę zdecydowane "Neeee!!!", przeradzające się w nerwowy wrzask rozzłoszczonej panienki, któremu towarzyszy stanowcze odepchnięcie mojej ręki.
Ostatnio nic nie działało. Prosiłam, namawiałam, zabawiałam, próbowałam zmusić i nic, "Neeee!!!" i "Neeee!", złość i wicie się w foteliku, tak machała rękami, że cała zawartość łyżki klapnęła na podłogę. 

Zagotowałam się. 
"Nie to nie", pomyślałam rozzłoszczona, zaklęłam szpetnie pod nosem, wyciągnęłam Blankę z fotelika, posadziłam na podłodze i poszłam do kuchni, żeby się uspokoić. 
Mała po odzyskaniu upragnionej wolności przestałą wyć. Rozejrzała się dookoła siebie, stwierdziła, że jest już mobilna i... zauważyła kaszkę leżącą na podłodze. Podeszła do niej, obejrzała z zainteresowaniem, usiadła przy niej, zaczęła zbierać ją ręką... i pakować do buzi. Przyglądałam się tej sytuacji z zaciekawieniem, zdenerwowanie zaczynało mijać. Konsystencja pokarmu Blance nie sprzyjała, kaszka przeciekała pomiędzy paluszkami, ale trochę udało się jej dotransportować do buzi. Zasmakowało... 
Na tyle, że Gwiazda położyła się na podłodze na brzuchu i ze smakiem zjadła resztę kaszki, zlizując ją z podłogi...

KONIEC I POCZĄTEK

Dużo potrafię wytrzymać, zrozumieć, wybaczyć… Bardzo dużo. Jestem wierna jak pies ludziom i miejscom, które kocham. Pod pewnymi względami jestem cierpliwa i wyrozumiała. Kiedyś księgowa naszej firmy powiedziała mi w żartach: „Jest Pani niespotykanie spokojnym człowiekiem. I po chwili dodała: "…ale tylko do czasu  Dopóki nie dojdzie Pani do ściany lub nie poczuje jej za plecami. Wtedy w ruch idą pazury”.  Zgadzam się z jej zdaniem w stu procentach i jedyne, co mogę dodać, to  uprzejmą informację,  że to źle niestety wróży wszystkim, którzy notorycznie nadużywają mojej cierpliwości i wyrozumiałości.



Internetowy pamiętnik zaczęłam pisać trzy lata temu na portalu Onet.pl. Mój blog wielokrotnie był polecany, odznaczany gwiazdkami, linkowany na głównej stronie portalu. Nigdy nie miało to do dla mnie większego znaczenia, podobnie jak liczba odwiedzin czy komentarzy. Może dlatego wytrwałam tam tak długo, mimo nieustannych awarii, pyskówek w komentarzach pod wyróżnionymi  tekstami, mimo ciągłych problemów z logowaniem i ustawieniami bloga. Miałam do tego miejsca olbrzymi sentyment, dzięki niemu poznałam wielu fantastycznych ludzi, z którymi do dziś mam kontakt. Ale nie zmienia to faktu, że pisałam i piszę głównie dla siebie – żeby zatrzymać chwilę, złapać w słowa ulotne uczucie, wrażenie, myśl. Może kiedyś, gdy mnie już nie będzie, moja córka znajdzie w tych notatkach kawałek życia swoich rodziców i swojego dzieciństwa. Być może wcale nie będzie chciała tego szukać; niemniej przeniosłam w nowe miejsce całe archiwum starego bloga. W ciągu jednego dnia...

Podczas kopiowania, kiedy cofałam się o trzy lata wstecz, odkryłam z lekkim smutkiem, że nie mam już serca do tych notatek. Zbyt dobrze pamiętam treść postów nigdy nie napisanych, nigdy nie opublikowanych w tamtym miejscu. Z różnych przyczyn. Ale niech zostaną wszystkie, jako pamiątka mojej naiwności, jako ślad po dziewczynie, którą kiedyś byłam.



Zmieniłam się. Bardzo. Dlatego też między innymi zmieniłam miejsce blogowania.

Już nie mam w sobie dawnej wyrozumiałości, cierpliwości, już nie umiem tak po prostu powiedzieć trudno, uśmiechnąć się, machnąć ręką, wybaczyć potknięcie, przejść nad nim do porządku dziennego i dalej normalnie funkcjonować.



 Po prostu kiedy po raz kolejny portal Onet.pl poinformował mnie uprzejmie, że wystąpił błąd, ale jednocześnie zapewnił optymistycznie, że mojemu blogowi na pewno nic nie jest i po raz 1597384595056 zachęcił, żeby spróbowałam ponownie, mgła czerwona jak ów komunikat przesłoniła mi oczy. Koniec. Mam dość pustej listy postów, nieustannych awarii, problemów z komentowaniem, z wprowadzeniem jakichkolwiek zmian w ustawieniach bloga. Mam powyżej uszu bezskutecznych prób opublikowania czegokolwiek, mam zbyt mało czasu na walkę z usterkami na portalu, który swoich bloggerów ma tam, gdzie słońce nie dochodzi. Mam dość nieustających zapewnień, że awaria została naprawiona,  że tym razem już na pewno, że w końcu wszystko działa, kiedy de facto nie funkcjonuje nic. Jeśli chodzi o moje blogowanie na Onecie, doszłam do ściany.  Mam dość. A kiedy mam dość i na dodatek jestem jednocześnie, i wściekła, i zmęczona, decyzje podejmuję błyskawicznie, a wprowadzam je w życie jeszcze szybciej. Czas więc najwyższy na zakończenie zanucić jeszcze raz, ostatni raz:



„Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale!

Niech żyje bal, drugi raz nie zaproszą nas wcale…

Orkiestra gra, jeszcze tańczą i drzwi są otwarte

Dzień warty dnia, a to życie zachodu jest warte…”

wtorek, 8 maja 2012

O ZAKAZACH I ZASKOCZENIU

Zostawiłam dziś Blankę na kilka minut samą w pokoju i poszłam do kuchni, żeby zrobić jej kaszkę. Oba pomieszczenia są połączone, więc doskonale widziałam, co robi - bawiła się książeczką, potem postanowiła pokazać Travisowi, jak bardzo go lubi – obejmowała go za szyję, próbowała dać mu buziaka w mokry nos. Sierściuch cierpliwie znosił dziecięce czułości, leżąc sobie spokojnie obok fotela. Odwróciłam wzrok od tej uroczej sceny dosłownie na moment, żeby nalać wody do miseczki i nasypać o niej kaszki, a kiedy po kilkunastu sekundach spojrzałam ponownie w kierunku psa i dziecka, osłupiałam, bliska zawału.
Pies nadal sobie spokojnie leżał obok fotela, ale Mała już się nie bawiła obok niego…
Blanka STAŁA na jego grzbiecie…
Zamarłam. A po chwili powiedziałam po cichu, błagalnym tonem: „Nie wstawaj Travisku, proszę,nie wstawaj, mądry piesek…”
Białas spojrzał na mnie swoimi brązowymi ślepiami, jakby wiedział, że to stworzenie na jego plecach nie do końca wie, co robi – a próbowało uparcie wdrapać się na zagłówek fotela - i nawet nie drgnął. Podbiegłam, ściągnęłam akrobatkę z żywego podnóżka i jeszcze musiałam wysłuchać dzikiej awantury, no bo jak to, dlaczego nie wolno włazić na psa….
Macierzyństwo zaskakiwało mnie wielokrotnie. Domyślałam się, że będę kiedyś prosić moją córkę: „Nie wchodź na kanapę”, „Blanuś, nie wchodź na łóżko”. Byłam w stanie nawet przewidzieć, że będę jej mówić: „Nie wchodź na stół łobuzie!”. Ale nigdy w życiu bym nie pomyślała, że będę chodzić za własnym dzieckiem i mu mówić:
„Nie wchodź na psa, słyszałaś? Nie wolno włazić na psa!!!”..