środa, 4 kwietnia 2012

PRÓBA PRZERÓBKI


Jestem zmęczona. Mimo tego, że Blanka zaczęła jakimś cudem przesypiać cale noce i, jak na razie, konsekwentnie przestrzega tej nowej, świeckiej tradycji, po prostu padam na twarz.
Dzień zaczynam od kawy, na drugie śniadanie piję kawę, na obiad konsumuję wiadomo co, słowem - kawę. Wieczorem, kiedy usypiam Małą, zwykle zasypiam też sama. I tak dzień po dniu. Ze zmęczenia zapominam o datach, sprawach, obowiązkach, gubię dokumenty i przedmioty.
Ostatnio przycięłam psu ogon... 
Wyszłam z nim rano, zrobiłam szybkie zakupy i chciałam jak najszybciej wracać do domu. Travis grał na zwłokę, na dworze było ciepło, słonecznie; psiur nie reagował na wołanie, a mi się śpieszyło. W domu czekała Malutka, obiad do ugotowania i porządki.
Zagwizdałam jeszcze raz na sierściucha, krzyknęłam ze złością: "No chodź tu kundlu!" i w końcu przylazł, wdrapał się na schody, wtarabanił się do klatki, ale kiedy już prawie w niej był, rozmyślił się i postanowił jeszcze raz obejrzeć się za siebie.
Byłam pewna, że już wszedł do środka, a tymczasem on zatrzymał się w drzwiach, a właściwie tuż za nimi, spoglądając z żałością na zieleniejący już wiosennie trawnik. A ja zamknęłam ciężkie, metalowe drzwi od klatki i wtedy okazało się, że nie psi ogon jeszcze był poza nią... i końcówka się przycięła.
Biedny psiur podniósł straszliwy lament, skomlał tak głośno, że postawił pół bloku na nogi; ludzie zaczęli wyglądać z mieszkań, żeby zobaczyć co się dzieje. A ogon przyciął się na amen, tak niefortunnie, że nie mogłam ani uwolnić biednego zwierzaka, ani otworzyć drzwi...
W końcu, po kilkunastu sekundach rozpaczliwego psiego płaczu, trzęsącymi się ze zdenerwowania rękami, wyciągnęłam jakimś cudem kitę biednego biszkopta, który... natychmiast przestał się ociągać. Zwiał pędem na górę, nie czekając na windę, a kiedy wpuściłam go do mieszkania, schował się pod stołem i obraził na mnie na dobre pół dnia. Nawet pół pęta kiełbasy wiejskiej nie poprawiło mu nastroju, omijał mnie szerokim łukiem do samego wieczora; chował się za nogami swojego Pańciunia i zza nich rzucał mi ponure spojrzenia.
Głupio mi było, ale po prostu nie zauważyłam, że jeszcze nie wlazł do klatki, a byłam zbyt zmęczona, żeby szybko zareagować. Do psa nie trafiały jednak ani moje argumenty, ani tłumaczenia, razem z Mężykiem stworzyli męską grupę wsparcia; pies się łasił do Lubego, a do mnie nawet nie chciał podejść. Mężyk zaś głaskał obrażonego kundla i tak mu tłumaczył mój wyczyn:

- Biedny piesek, biedny, Pani chciała z Ciebie zrobić dobermana...
Już chyba wolisz, jak o Tobie zapomina i Cię zostawia pod sklepem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz