wtorek, 13 marca 2012

ZOSIA

Agnieszkę poznałam cztery lata temu w szpitalu. Czekałyśmy razem na zabieg i miałyśmy sporo czasu, żeby pogadać, poopowiadać sobie historie naszych starań o malucha. Moja była wtedy jeszcze bardzo krótka – diagnoza, kilkumiesięczna wędrówka po lekarzach, w końcu wizyta w klinice, w której się spotkałyśmy. Jej była o wiele dłuższa i trudniejsza.
 W porównaniu ze mną, była już weteranką zaprawioną w bojach - endometrioza czwartego stopnia, kilka laparoskopii, dwie nieudane inseminacje. Kiedy się poznałyśmy miała też już za sobą dwie procedury in vitro. Podczas pierwszej, mimo pięknej odpowiedzi na stymulację hormonalną, mimo tego, że pobrano i zapłodniono kilkanaście komórek, nie doszło do transferu. Żeby było zabawniej, a może straszniej i smutniej, ktoś z personelu kliniki pomylił się i zadzwonił do nich, kazał przyjechać  „po dzieciaki” i dopiero w klinice, na kilka minut przed zaplanowanym transferem dowiedzieli się, że wszystkie zarodki już dzień wcześniej przestały się rozwijać.
Niemal z marszu podeszli do drugiej procedury. Sytuacja się powtórzyła. Znów podczas punkcji pobrano ponad dwadzieścia komórek, wszystkie zapłodniono i… trzeciego dnia zarodki zaczęły obumierać. Tym razem z kilkunastu jednak dwa jakimś cudem dotrwały do stadium blastocysty, podano Agnieszce obydwa.
Po dwóch tygodniach wielka radość – udało się!
Nie trwała jednak długo, już pierwsza wizyta u lekarza zakończyła się skierowaniem do szpitala z podejrzeniem ciąży pozamacicznej. Żadne z badań usg, a miała ich Aga kilka, nie pokazało obrazu pęcherzyka płodowego. Zapadła decyzja – zabieg, usunięcie jajowodu, u wejścia do którego prawdopodobnie zagnieździł się zarodek. Agnieszka bardzo długo zastanawiała się, czy lekarz podjął dobrą decyzję, łudziła się, że była szansa na utrzymanie tej ciąży…
Do kolejnego zabiegu in vitro podeszli po blisko rocznej przerwie, już w innej klinice – tam się poznałyśmy. Podczas procedury sytuacja znów się powtórzyła – piękna odpowiedź na leki hormonalne, kilkanaście pobranych i zapłodnionych komórek, które rozwijały się książkowo… ale tylko do trzeciej doby. W czwartej zaczęły obumierać. Znów do transferu dotrwały tylko dwa zarodki.
Razem liczyłyśmy dni, razem czekałyśmy na wynik bety hcg, razem cieszyłyśmy się jak wariatki, kiedy okazało się, że Agnieszka w końcu jest w upragnionej,wymarzonej i wyczekanej ciąży.
Boże, jacy oni byli szczęśliwi, cieszyli i bali jednocześnie, bo od początku Aga miała problemy z bardzo niskim poziomem progesteronu, nawet domięśniowe zastrzyki z tego hormonu nie pomagały, ciągle plamiła. W siódmym tygodniu podczas badania usg zobaczyli na monitorze maleńką, pulsującą kropeczkę – bijące serce ich dziecka. Wydawało się, że już wszystko będzie dobrze, że wystarczy dużo odpoczynku, leżenia i pozytywnych myśli. Niestety, dwa tygodnie później, podczas kolejnego usg okazało się, że serduszko malucha już nie bije. Ciąża obumarła, przyczyn nie ustalono.
Dzień przed Wigilią Agnieszka musiała się pożegnać ze swoim dzieckiem.
Bardzo długo nie mogli się oboje pogodzić z tą stratą, małżeństwo zaczęło kuleć, sytuację trochę poprawił szczeniak labradora, który zamieszkał z nimi kilka tygodni później, zapełniając nieco puste miejsce i w mieszkaniu, i w sercach obojga. Kilkuletnie leczenie mocno nadszarpnęło ich finanse, oszczędności zamieniło w długi, potrzebowali ponad roku, żeby zebrać pieniądze na jeszcze jedno podejście.
Ostatnie.
 Agnieszka, a właściwie oboje mieli już dość wizyt u lekarzy, zabiegów, straconych nadziei i złudzeń. Przez te kilkanaście miesięcy wykonali szereg badań hormonalnych, genetycznych i immunologicznych, szukając przyczyny niepowodzeń. Nie zaleźli jednoznacznej podpowiedzi.
Postanowili jednak spróbować jeszcze raz, ostatni raz.
W czerwcu zeszłego roku podeszli do czwartej procedury - z dużą rezerwą, z dystansem, bez zbędnych złudzeń. Od początku wszystko było nie tak, przedłużyła się stymulacja, pobrano o wiele mniej komórek niż przy poprzednich podejściach, tylko dziesięć; zapłodniło się pięć, znów uzyskano tylko trzy zarodki, które… zamrożono.
Po raz kolejny nie doszło do transferu, tym razem ze względu na zbyt wysoki poziom hormonów, organizm Agnieszki po kolejnych dawkach leków po prostu zwariował. Aga próbowała robić dobrą minę do złej gry, ale obie doskonale wiedziałyśmy, że mrożenie zmniejsza szanse na powodzenie zabiegu, a te w ich przypadku i tak były bardzo małe.
Nie wiedziałam, jakimi słowami ją pocieszyć, jak zatrzymać w niej choć odrobinę nadziei, że się uda, jak jej racjonalnie wytłumaczyć, że będzie miała dziecko, że ja to wiem, że ja to po prostu czuję gdzieś bardzo głęboko, w samym środku...
Nie wiedziałam, jak kazać wierzyć w cuda komuś, kto już nie ma pieniędzy, ani nadziei, ani siły, żeby walczyć o dziecko. Ale powtarzałam jej jak wariatka, z maniackim uporem - będziesz miała dziecko.
W lipcu zeszłego roku mieli podchodzić do criotransferu, Agnieszka była zła, bo spóźniał jej się okres i nie mogła zrobić badań potrzebnych do rozpoczęcia procedury, skarżyła się, że ciągłe przyjmowanie hormonów kompletnie rozregulowało jej organizm - na skutek przyjmowania różnych leków faktycznie zwariował, ale było to bardzo pozytywne wariactwo, zakończone zadziwiającymi konsekwencjami; okazało się, że natura naprawdę potrafi zaskoczyć.
I zaskoczyła... Agnieszkę.
Dwudziestego lipca dostałam od Agi mms, a w nim zdjęcie… testu ciążowego z dwoma kreskami i z pytaniem: „I co ja mam o tym myśleć?”. Po chwili przyszedł drugi, z kolejnym zdjęciem i dopiskiem: „No dwie kreski, jak byk!”.
Po siedmiu latach starań, po dwóch inseminacjach, czterech laparoskopiach, po ciąży pozamacicznej, po poronieniu, po czterech zabiegach in vitro,  Aga zaszła naturalnie w ciążę...
Nie będę opisywać, co było dalej. Czekałam razem z nią blisko dziewięć miesięcy, żeby móc to wreszcie napisać:

 Wczoraj, o 17.02 przyszła na świat mała Zosia.
Cuda się zdarzają.
Naprawdę.
Niektóre nawet rosną :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz