niedziela, 11 marca 2012

DZIESIĘCIOMIESIĘCZNA ŁOBUZIARA


Dziesiąty miesiąc w życiu Blanki upłynął pod znakiem chorób; właściwie nie tylko jej, ale całej naszej rodzinie. Najpierw przeziębiłam się ja i zaraziłam Małą, kasłałyśmy i kichałyśmy obie ponad dwa tygodnie. Jakby tego było mało, zachorowała też niania Blanki i przez blisko trzy tygodnie musieliśmy godzić pracę na zmiany z opieką nad marudzącą latoroślą.
Wybitnie marudzącą, jęczącą i narzekająca, bo akurat na dziesiąty miesiąc życia i przeziębienie przypadła kumulacja ząbkowania. Po straszliwym tygodniu, podczas którego Mała budziła się z płaczem i popłakiwała przez całe dnie, przebiły się w końcu obie górne jedynki oraz górne i dolne dwójki. Z Blanki zrobił się Zębas pełną gębą, już się zaczynała uśmiechać, już prawie wróciła do formy, kiedy złapała biegunkę rotawirusową. Prawdopodobnie chorobę przyniósł do domu Mężyk, od niego zaraziła się Blanka, która, dzięki temu, że była zaszczepiona, przeszła chorobę najłagodniej. Ale apetytu nie miała właściwie żadnego, schudła przez to paskudztwo, zrobiła się jeszcze drobniejsza i jeszcze szczuplejsza, waży teraz osiem i pół kilograma, ma blisko osiemdziesiąt centymetrów wzrostu
Dopiero kilka dni temu wróciła do formy; odzyskałam swoje wesołe, roześmiane od ucha do ucha dziecko. Wróciła także do swoich dzikich nawyków i znów wstaje w okolicach godziny piątej rano – pomyśleć, że narzekałam, jak wstawała o szóstej… 
Rekord pobiła w tym tygodniu, budząc się równo o czwartej czterdzieści, wyspana i gotowa do rozpoczęcia nowego, pięknego dnia…Czego nie można było powiedzieć o mnie…
O Blance można powiedzieć na pewno, że do spokojnych dzieci nie należy. Nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu spokojnie nawet pięciu minut. Zostawiona sama sobie na podłodze czworakuje do najbliższego mebla, wstaje i wyciąga do mnie rękę. Czeka, aż jej podam palec, ale tylko chwilę, jeśli zbyt długo zwlekam z udzieleniem Młodzieży wsparcia, puszcza się i próbuje chodzić samodzielnie. Po kilku spektakularnych wywrotkach zrobiła się jednak ostrożniejsza, już nie leci jak wariatka do przodu, nie patrząc ani pod nogi, ani przed siebie, tylko drepcze jak kaczuszka, kołysząc zabawnie pupą na boki. W końcu w domu jest tyle ciekawych rzeczy, które trzeba obejrzeć, dotknąć, obmacać…
Jest kwiatek, który stracił już niemal wszystkie dolne liście, w łazience jest papier toaletowy, który można rozwijać i drzeć na kawałki, w kuchni stoi kosz na śmieci z arcyciekawą zawartością…
Generalnie najzabawniejsze jest bieganie po mieszkaniu i wywalanie wszystkiego z szuflad. Młoda zamiłowanie do porządków ma po mamie – rozrzuca po chacie wszystko, co może; zwala z fotela to, co na nim leży, wyciąga z szafki swoje ubranka, wyjmuje z tych w kuchni naczynia, pojemniki, sztućce…  Nadal najlepszymi zabawkami są dla niej rzeczy codziennego użytku, uwielbia tylko książki, które dosłownie – pożera. Kilka już ma porządnie pogryzione okładki.
Blanka robi się coraz bardziej kontaktowa i to jest w niej teraz najfajniejsze –zapytana, gdzie jest piesek, natychmiast rusza w jego kierunku, wie, że trzeba go pogłaskać, choć klepanie psa po łbie małymi rękami trudno zaliczyć do pieszczot, to przyjmijmy, że Młoda się stara…
Wie, gdzie jest pluszowy kotek, wie, gdzie są ptaszki – kiedy mówię, że przyleciały, Blanka biegnie do okna, przykleja nosek do szyby i obserwuje spacerujące po balkonie gołębie. Podczas kąpieli, kiedy tata rzuca jej hasło: „Wszystko pływa” dziecko zaczyna chlapać jak oszalałe, zanosząc się przy tym z radości śmiechem. A kiedy podnosi ją na rękach bardzo, bardzo wysoko, mówiąc „A teraz z karata!”, Blanka podnosi nogę najwyżej jak tylko potrafi, żeby kopnąć nią plastikowy, kulisty abażur. Nic jej chyba nie cieszy bardziej niż kołyszący się później żyrandol.
No może poza „straszną łapą”, którą próbowałam ją jakiś czas temu wystraszyć. Bez powodzenia, kiedy pochylam się nad nią z rozcapierzonymi palcami, robiąc groźne miny, Blanka zaśmiewa się jak wariatka, piszczy i zachłystuje się, tak jej się to straszenie podoba.
Jest dzieckiem bardzo wesołym, ciekawskim, żywym i energicznym, a także – bardzo niecierpliwym. Jeśli czegoś nie dostaje, albo coś dzieje się nie po jej myśli, reaguj głośnym, rozpaczliwym płaczem. Ale próżno szukać łez na małej buzi, wystarczy natomiast dać małej szantażystce upragniony przedmiot do ręki, na przykład telefon, a natychmiast rozpacz zmienia się w radosny uśmiech.
Wita mnie nim, kiedy wracam z pracy i natychmiast wyciąga do niani rękę na pożegnanie.
Te są już dla mnie coraz trudniejsze, bo Mała już zrozumiała, że przyjście opiekunki wiąże się nierozerwalnie z moim wyjściem i popłakuje, domaga się brania na ręce, przytulania, a kiedy ja już naprawdę muszę iść – marudzi i narzeka.
Ja też narzekam, zwłaszcza kiedy muszę jej obciąć paznokcie – bo Młoda broni się ze wszystkich sił, wydziera, szarpie i ryczy. Wzięłam się więc na sposób.Szukam w telewizji bloku reklamowego, sadzam sobie dziecko na kolanach, które zapada w stan totalnej hipnozy, a ja mam pięć minut skrócenie pazurów mojemu kociakowi. Mało pedagogiczne, wiem, ale jakie skuteczne :-)

To tak w skrócie o moim dziesięciomiesięczniaku :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz