sobota, 4 lutego 2012

BERŁO


Siedziałam ostatnio na kanapie z Blanką na kolanach; oglądałyśmy wiadomości. Travis wrócił akurat ze spaceru, pocieszył się trochę do mnie, liznął Młodą i zasiadł pod oknem. Jednym okiem zerkał na psy łażące pod blokiem, drugim obserwował mnie i Blanuśkę. Ta śmiała się do niego, wyciągała rączki, ale kundel trzymał stosowny dystans i ani myślał go dobrowolnie zmniejszać. Zresztą odkąd Młoda odkryła, że jej małe paluszki niemal idealnie pasują rozmiarem do dziurek w psim nosie, właściciel tego ostatnio woli się do niej za bardzo nie zbliżać...
Zawołałam go więc. Nawet nie drgnął. Siedział raptem dwa metry od nas i udawał głuchego. Zawołałam jeszcze raz. Nic. Zero reakcji, tylko zastrzygł uchem, dając mi do zrozumienie, że słyszy, ale nie widzi powodu, żeby do nas podchodzić. Zirytowałam się. Ostrzejszym tonem rzuciłam: "Chodź tu kundlu!!". Merdnął czubkiem ogona, ale nadal siedział pod oknem. Wołałam go tak ładnych kilka minut, a Travis nie zamierzał usłuchać, mimo moich próśb, gróźb, błagania, proszenia i srogich nakazów. 
Siedział sobie pod oknem, patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, brązowymi ślepiami i nawet nie drgnął. 
Zawołałam go jeszcze raz. A on nagle zerwał się na cztery łapy i merdając ogonem ruszył w moim kierunku. A przynajmniej mi się tak wydawało, dopóki nie zobaczyłam, że za moimi plecami stoi mój mąż z parówką w ręku i nie usłyszałam, jak mówi:
"Kochanie, prawdziwy król musi mieć berło..."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz