wtorek, 21 lutego 2012

NIEWOLNICY

Jak zrobić z psa niewolnika?
Wystarczy dać dziecku ciasteczko albo chrupka kukurydzianego. Biszkopcik w małej łapce ma magiczną moc przyciągania, zwłaszcza że stojąca Blanka jest niewiele wyższa od Travisa i rączka ze smakołykiem zwykle orbituje akurat na poziomie psiego nosa. Mała już się zorientowała, jaką władzę posiada nad biednym, łakomym psiurem. Kiedy trzymam ją na kolanach,  a Travis siedzi przed nami, patrząc błagalnym, żebraczym wzrokiem, śliniąc się i oblizując, Blanka z premedytacją, perfidnie wyciąga do psa rękę z ciasteczkiem, podstawia mu je pod nos… Kundello myśli, że już jest w ogródku, już wita się z gąską, kiedy Młoda cofa rękę ze śmiechem, by po kilku sekundach powtórzyć całą operację od nowa, zaśmiewając się w głos. Kiedy spaceruje po pokoju z biszkoptem w dłoni, pies podąża krok w krok za nią, usiłując cały czas utrzymać kontakt wzrokowy, bynajmniej nie z dzieckiem.
A Blanka, kiedy tylko zauważy psią fascynację, natychmiast zaczyna uciekać. Lata po całym mieszkaniu, piszcząc i śmiejąc się w głos, zachwycona faktem, że Travis biega za nią i próbuje zajść ją to z prawej, to z lewej, byle bliżej tego, co dziecko trzyma w rączce.
Sierściuch cierpliwie człapie za małą, roześmianą łobuziarą, bo doskonale wie, że Blanka prędzej czy później, przez nieuwagę, przez przypadek lub zupełnie celowo, upuści ciasteczko  i wtedy nadejdzie jego pięć minut  A raczej pięć setnych sekundy, bo w takim czasie pies zżera dziecięcego smakołyka, zwykle zanim Blanka zdąży się zorientować, że jej rączka opustoszała. Może jeszcze nie ma takiego refleksu jak kundello, ale doskonale już wie, że pies działa na ciastka…
Doskonale wie także, że tata działa na płacz.

niedziela, 19 lutego 2012

O PSIE I DZIURKOMANII

Travis już nie ma spokoju w naszym domu. Pospałby sobie chętnie, poleżałby sobie w spokoju, pochrapał jak za starych, dobrych lat, ale niestety, czasy się zmieniły - pojawiło się dziecko i pokochało psiura miłością wielką i nieopanowaną... 
Blanka uwielbia Travisa.
Kiedy tylko kundello znajdzie się w zasięgu jej wzroku, rzuca się do niego biegiem, dziko piszcząc. Dopada do labradora, klepie małymi rączkami po kudłatym grzbiecie, depcze mu po łapach, targa za uszy, łapie go za sierść, a nawet próbuje wchodzić na niego, kiedy ten sobie leżakuje pod fotelem.Travis ze stoickim spokojem znosi wszystkie dziecięce "pieszczoty", ale nawet jego psia cierpliwość ma swoje granice
Kiedy ma już dość, po prostu wstaje i ewakuuje się w najdalszy kąt mieszkania. Co nie zmienia faktu, że dziecko niemal natychmiast rusza za nim, zachęcając opornego sierściucha do dalszej współpracy gromkimi okrzykami.
Biedny pies nawet próbował się jakiś czas temu pobawić z Małą i nawet mu się udało - Blanka siedziała na łóżku, kiedy kundello przyniósł jej pluszowego szczura i położył na kolanach. Ta capnęła go natychmiast i zabrała psu, unosząc zabawkę w wysoko wyciągniętej rączce. Ten nie pozostał jej dłużny - wystarczyło jedno precyzyjne kłapnięcie i labek odzyskał swoją maskotkę. Nie na długo. Zabawa we wzajemne odbieranie sobie pluszaka trwała dobry kwadrans, Blanka aż się zanosiła śmiechem, tak jej ta przepychanka przypadła do gustu, pies uradowany merdał ogonem. Wszystko było w porządku do momentu, gdy Blanka w ferworze zabawy wyrwała z pyska Travisa nie tylko zabawkę - razem z nią zmieniły właściciela trzy psie wąsy...
W związku z powyższym labek nieodwołanie stracił wenę do dalszej zabawy, uniósł się honorem i zrejterował z pola walki, a Blanka swój najnowszy nabytek natychmiast wpakowała do buzi, skąd psie wąsy po chwili wyciągnęłam, ku wielkiemu niezadowoleniu małego człowieka.
Ostatnio Mała wtyka do paszczy dosłownie wszystko, co tylko jej wpadnie w ręce, a co najgorsze, te ostatnie także wkłada wszędzie, gdzie tylko może. Jakiś czas temu odkryła, że jej małe paluszki niemal idealnie pasują rozmiarem do dziurek w psim nosie i co jakiś czas sprawdza, czy nic się w kwestii rozmiaru nie zmieniło. Podchodzi do śpiącego na kanapie psiura i pakuje mu znienacka palec wskazujący prosto w jeden z otworków w czarnej, wilgotnej śnupie. Kiedy Travis odsuwa łeb, Blanka wcale się nie zniechęca, wręcz przeciwnie, dopóki kundello nie ucieknie, kontynuuje eksplorację otworów w psie. Unosi kłapciaste ucho i wtyka palec w kolejną, świeżo odkrytą dziurkę...
Zniesmaczony takim zachowaniem pies budzi się w końcu, ziewa - co Blanka wykorzystuje, żeby mu włożyć rękę do pyska, kundello wypluwa ją z niesmakiem, zeskakuje z kanapy i idzie popatrzeć, co tam nowego za oknem. Młoda leci za nim, zachodząc go zwykle od tak zwanej dupy strony, czyli od ogona.
Pozwoliło jej to ostatnio dokonać kolejnego fascynującego odkrycia - znalazła jeszcze jeden otwór w psie. Takie małe, czarne kółeczko pod kitą, kolejna arcyciekawa dziura, w który można włożyć paluszek, co też natychmiast próbowała uczynić... 
To już zniesmaczyło psa ostatecznie. Nie zdziwię się, jak zacznie siadać na widok Młodej.
W końcu jakoś trzeba sobie żeby sobie zabezpieczyć tyły..

czwartek, 16 lutego 2012

DZIEWIĄTY MISIĄC Z ŻYCIA ŁOBUZIARY

Dziewięciomiesięczna Blanka jest wysoka i szczupła. Waży osiem i pół kilograma, ma prawie osiemdziesiąt cm wzrostu. Jest wesoła, energiczna i bardzo ruchliwa. Ma cztery zęby - dolne jedynki i górne dwójki; ich sąsiadki - jedynki, które już dawno powinny pojawić się pomiędzy, gdzieś się zapodziały, dzięki czemu Mała wygląda jak szczerbaty wampirek. Mówi ładnie i wyraźnie sześć słów:  mama, tata, baba, dada, wa (co oznacza w jej języku "pies") i niestety - "nia" czyli"nie". To ostatnie słówko pojawiło się w repertuarze Blanuśk iniedawno, kiedy po raz milion pięćdziesiąty pierwszy polazła w kierunku kwiatka, żeby mu obrywać liście. Dziwię się, że biedna roślina nie wzięła jeszcze doniczki za pas i nie ewakuowała się z naszego domu. Blanka bowiem zostawiona sama sobie w dużym pokoju nawet na pięć sekund, natychmiast obiera jeden kurs - kierunek kwiatek. Z niespotykaną u mnie cierpliwością, zwykle tu żprzed dotarciem do celu, uniemożliwiam jej bliższy kontakt z biedną rośliną, odsuwając małe rączki od zielonych liści i tłumaczę po raz milion pięćdziesiątypierwszy: "Nie, nie, nie, nie, nie - nie wolno!".
Efektów nie daje to oczywiście żadnych, poza tym, że Blanka chodzi i jak papuga powtarza: "nia, nia, nia, nia...", a kiedy nie chce już jeść, zdecydowanym ruchem odpycha moją rękę z łyżeczką, oznajmiając kategorycznym tonem: "Nia!". Spieszy się jej do samodzielności, najchętniej jadłaby sama, więc zabiera mi z ręki a to kanapkę, a to jabłko i zajada bez mojej pomocy, a kiedy ją karmię, wyrywa mi łyżeczkę z ręki i sama ją sobie wtyka do buzi. Szkoda tylko, że zwykle wcześniej musi nią sobie trochę pomachać... To samo robi niestety z kubkiem, etap picia z niekapka pominęła wzgardliwą ignorancją; właściwie sama nie wiem kiedy nauczyła się pić prosto ze szklanki. Kiedyś stała sobie w łóżeczku, ja siedziałam na krześle obok z herbatą w ręku, wyciągała do niej łapki, więc przysunęłam jej krawędź szklanki do buzi, a ona pociągnęła jeden łyk, drugi...i tak oto nauczyła się pić z kubka. Szkoda tylko, że filiżanką (z zawartością), też sobie zawsze musi trochę pomachać...

Blanka właściwie nie raczkuje. Uznała tę formę poruszania się za upokarzającą - zostawiona sama sobie na podłodze przemieszcza się na czworakach tylko i wyłącznie do najbliższego mebla/przedmiotu/ściany, przy których natychmiast wstaje, bardzo z siebie zadowolona. Niestety, nie zwraca zbyt wielkiej uwagi na stabilność przedmiotów, które służą jej za podporę i próbuje uparcie pionizować się np przy psie Travisie, czy jeżdżącym krzesełku do karmienia. Taki mały z niej Kamikadze, ostatnio, kiedy odkryła, że potraf samodzielnie przejść kilka kroków, coraz częściej próbuje swój wyczyn powtórzyć. Dzięki świeżo uzyskanej mobilności, w dziewiątym miesiącu życia rozszerzyła swoją dietę o rzeczy niekoniecznie jadalne; zżarłajuż kilka gazet, dwa liście z kwiatka, trochę sudokremu, który bardzo sprawnie otwiera sobie zębami… Każda próba odebrania upolowanej zdobyczy, kończy się wrzaskiem. Bowiem Blanka już bardzo wyraźnie potrafi pokazać, że coś jej się nie podoba, albo uderza w płacz, albo… gryzie. Bardzo dotkliwie i boleśnie, o czym przekonał się mój mąż, który próbowała jej wyjąć z buzi plastikowy koreczek, tak go użarła, że aż mu paznokieć zbielał…
Ale kiedy jest zadowolona, śmieje sięradośnie i głośno, właściwie już bez przerwy gada sobie coś pod nosem w swoim narzeczu, opowiada mi jakieś swoje historie, ciągnie mnie za palec do okna,prowadzi do kuchni, gdzie z szuflad wyciąga sobie pokrywki, pojemniki, sztućce, potem wędrujemy do sypialni, gdzie natychmiast otwiera sobie szafkę ze skarpetkami i wyrzuca wszystkie, jedna po drugiej. Skłonności do porządków ma po mamie :-) Biegiem leci do psa, jeśli ten tylko pojawi się w zasięgu jej wzroku, do tego przeraźliwie piszcząc. Biedny Travis ze stoickim spokojem znosi jej pieszczoty, ja niestetY nie mam psiej cierpliwości i kiedy Mała kolejny dzień z rzędu urządza mi pobudkę o szóstej rano, zdarza mi się powiedzieć, co o tym myślę… w bardzo brzydki sposób… Co nie zmienia faktu, że kocham tą Gadzinę tak bardzo, że nie umiem tego opisać…

niedziela, 5 lutego 2012

KROKI

W środę, przed wyjściem do pracy, zanim przyszła opiekunka, bawiłam się z Blanką w pokoju. Mamy na to ostatnio dużo czasu, gdyż moja córcia powróciła do swojego radosnego zwyczaju wstawania w okolicach godziny piątej, szóstej rano, gwarantując mi codzienne, poczynając od bladego świtu, dodatkowe trzy godziny obcowania ze swoją osobą, co przyjęłam, delikatnie mówiąc, z bardzo umiarkowanym entuzjazmem...
Każda próba ponownego uśpienia dziecka powoduje przeobrażenie się uroczego, uśmiechniętego maluszka w wyjącego kojota, którego nic nie jest w stanie uciszyć, poza postawieniem na nogi.
I siebie, i matki. 
Więc wstaję, obijam się o ściany, robię po omacku mleko, karmię tego małego łosia i zaczynamy kolejny, piękny dzień... 
W środę, kiedy obudziłam się już na tyle, że mogłam zrobić Małej kilka zdjęć, sięgnęłam po aparat. Blanka akurat stała przy kanapie i bawiła się plastikowym zabezpieczeniem obiektywu.
Zawołałam ją, odwróciła się w moim kierunku i ....upsss, plastikowe kółeczko przesunięte małą rączką spadło na podłogę i poleciało w moją stronę. Blanka popatrzyła na nie, zapomniała chyba na moment o tym, że stoi i niewiele myśląc, ruszyła w moim kierunku po utraconą zabawkę...
Na swoich własnych nogach!
Przeszła trzy czy cztery kroczki, kołysząc się kaczka  i zanim ją zdążyłam złapać, klapnęła na czworaki, wzięła plastikowy krążek do rączki i wpakowała go do buzi, nie zwracając zupełnie uwagi na to, jak wielkiej rzeczy przed momentem dokonała...
Mały to był krok dla ludzkość, ale jaki wielki dla tego akurat niewielkiego człowieka...

sobota, 4 lutego 2012

BERŁO


Siedziałam ostatnio na kanapie z Blanką na kolanach; oglądałyśmy wiadomości. Travis wrócił akurat ze spaceru, pocieszył się trochę do mnie, liznął Młodą i zasiadł pod oknem. Jednym okiem zerkał na psy łażące pod blokiem, drugim obserwował mnie i Blanuśkę. Ta śmiała się do niego, wyciągała rączki, ale kundel trzymał stosowny dystans i ani myślał go dobrowolnie zmniejszać. Zresztą odkąd Młoda odkryła, że jej małe paluszki niemal idealnie pasują rozmiarem do dziurek w psim nosie, właściciel tego ostatnio woli się do niej za bardzo nie zbliżać...
Zawołałam go więc. Nawet nie drgnął. Siedział raptem dwa metry od nas i udawał głuchego. Zawołałam jeszcze raz. Nic. Zero reakcji, tylko zastrzygł uchem, dając mi do zrozumienie, że słyszy, ale nie widzi powodu, żeby do nas podchodzić. Zirytowałam się. Ostrzejszym tonem rzuciłam: "Chodź tu kundlu!!". Merdnął czubkiem ogona, ale nadal siedział pod oknem. Wołałam go tak ładnych kilka minut, a Travis nie zamierzał usłuchać, mimo moich próśb, gróźb, błagania, proszenia i srogich nakazów. 
Siedział sobie pod oknem, patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, brązowymi ślepiami i nawet nie drgnął. 
Zawołałam go jeszcze raz. A on nagle zerwał się na cztery łapy i merdając ogonem ruszył w moim kierunku. A przynajmniej mi się tak wydawało, dopóki nie zobaczyłam, że za moimi plecami stoi mój mąż z parówką w ręku i nie usłyszałam, jak mówi:
"Kochanie, prawdziwy król musi mieć berło..."