wtorek, 31 stycznia 2012

PRZYCZYNA I SKUTEK

Blanka wstawała długo i wytrwale. Wkładałam ją do łóżeczka, a ona natychmiast stawała na czworakach, łapała za szczebelki, podciągała się i po kilku sekundach już stała na własnych nogach, bardzo tym faktem uradowana. Przywracanie pozycji horyzontalnej nic nie dawało. Wstawała kilkadziesiąt razy w ciągu wieczoru. 
Wzięłam się więc na sposób. Kiedy tylko stawała na czworakach i zaczynała przymierzać się do pionizacji, wychodziłam z sypialni. Panna podciągała się, stawała na swoje małe nóżki... i odkrywała z przykrością, że publiki brak. Za to jest wielki, ciemny pokój. Zaczynała więc płakać i wołać "mama, mama". Czekałam moment, potem śpieszyłam dziecku na ratunek, znów kładłam, znów okrywałam kołderką i... znów wychodziłam, kiedy tylko panna zaczynała wstawać. Zrobiłam tak kilka razy, za każdym razem płacz był dłuższy i bardziej rozpaczliwy, kiedy szkrabek po raz kolejny odkrywał, że mama sobie poszła. Wystarczył jeden wieczór, ma mała spryciula załapała, co jest przyczyną, a co skutkiem. Bardzo szybko załapała, że kiedy wstaje, mama wychodzi i zostawia ją samą. 
Przestała wstawać. Teraz co wieczór wałkuje się po łóżku w prawo i lewo, wierci, przekręca z boku na bok, gada, grucha, śmieje się, machała łapami, zakłada nogi na szczebelki, kombinuje, kopie, ale już nie wstaje. A ja siedzę przy niej, dopóki nie zaśnie, głaszczę ją po plecach, miziam po włosach, trzymam za rękę, coś jej cichutko szepczę. Ale...
Blanka nie wstaje.... dopóki jestem obok. Wystarczy, że zostawię rozespaną Gwiazdkę, który już, już prawie usypia, wystarczy, że przestanę głaskać, że po cichutku, na palcach wymknę się z sypialni...
Nie mija nawet minuta, a już słyszę charakterystyczne sapanie, już wiem, że nici z zasypiania i łobuziara już wstała, potem następuje żałosny płacz, jakby pytający: "Dlaczego sobie poszłaś?" i mus nie rada, trzeba wrócić i rozpocząć całą procedurę od nowa. 
Tak oto skutek stał się przyczyną...

środa, 25 stycznia 2012

UŚMIECH

Jest takie powiedzenie: "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat"..
Coś w tym jest. Choćby nie wiem, jak bardzo było mi smutno, śmiech ten tej małej czarownicy sprawia, że i ja się uśmiecham...

piątek, 13 stycznia 2012

O CZWORONOGU I DWUNOGU

Blanka nauczyła się czworakować. Długo próbowała ustawić wszystkie cztery kończyny w odpowiedniej pozycji i do tego unieść jeszcze brzuch i głowę. A to jej noga odjeżdżała do tyłu, a to łepek opadał, a to pępek sklejał się z podłogą. Kiedy w końcu stanęła na czworakach, to znowu nie bardzo wiedziała, co z tym fantem zrobić. Bujała się w przód i w tył, próbowała ruszyć z miejsca, przesuwała to jedno kolano, to drugie, ale ręce ciągle tkwiły w tym samym miejscu, więc przewracała się na bok i trzeba było całą operację zaczynać od nowa. Więc próbowała kolejny raz i jeszcze raz. Aż załapała, o co w tym wszystkim biega i powolutku, łapa za łapą, noga za nogą - zaczęła raczkować. Przez całe trzy dni była zafascynowana nową umiejętnością, wkładałam ją wieczorem do łóżeczka, a ona natychmiast przekręcała się na brzuch i zaczynała czworakować. 
W środę odkryła coś o wiele fajniejszego. 
Wieczorem położyłam ją spać, okryłam kocykiem, ucałowałam i wyszłam z sypialni. Słyszałam w kuchni, jak się gramoli, jak stęka, jak kombinuje, ale byłam pewna, że trenuje raczkowanie. Po chwili usłyszałam jednak dziwne pomruki zadowolenia i śmiech. Zajrzałam do sypialni i zobaczyłam, że Blanka... stoi w łóżeczku. Bardzo z siebie zadowolona.
Dumna z niej byłam niesamowicie, wycałowałam Małą, pogratulowałam jej i postanowiłam sprawdzić, jak tego dokonała.
Położyłam więc mojego czworonoga po raz drugi spać i usiadłam na krześle obok łóżeczka, czekając na rozwój zdarzeń. Gadzina natychmiast przekręciła się na brzuch, stanęła na czworakach, podlazła do szczebelków, uwiesiła się na nich obiema rękami, zrobiła koci grzbiet, podciągnęła dłonie wyżej, złapała za krawędź łóżeczka i wstała. Nie umie jeszcze sama usiąść, to wykombinowała, że nie ma co czekać na matkę, aż posadzi i będzie można  stanąć na nogi - nauczyła się wstawać z leżenia na brzuchu. A jakby tego było mało, natychmiast ruszyła w trasę. Dookoła wyrka, ma się rozumieć. 
Fascynacja nowo nabytą umiejętnością okazała się tak wielka, że zmieniła wieczorne zasypianie w tragikomedię. Kładę Małą do łóżeczka, przykrywam kocykiem, całuję i wychodzę. Zaglądam po kilkunastu sekundach. Stoi i się śmieje.
Wracam więc do sypialni, znowu kładę Gwiazdę, przykrywam kocykiem i wychodzę. Zaglądam po kilkunastu sekundach. Stoi i rechocze. Bardzo zabawne.
Znowu kładę Małą, znowu przykrywam kocykiem, próbuję zachować spokój, całuję szkraba i wychodzę. Zaglądam po kilkunastu sekundach. Stoi i się chichra.
Wzdycham głęboko, liczę do dziesięciu, kładę ją znowu spać, znowu przykrywam kocykiem, znowu wychodzę. Zaglądam po kilkunastu sekundach. Stoi ucieszona jakby jej ktoś w kieszeń narobił.
Mielę w zębach niecenzuralne określenia, odrywam małe łapy od barierki, zmieniam po raz kolejny Gadzinie pozycję na horyzontalną, przykrywam kocykiem i zastanawiam się, czy opłaca mi się w ogóle wychodzić. Ale jednak wychodzę. Zaglądam po kilkunastu sekundach. Stoi i szczerzy te swoje dwa zęby.
Rośnie mi ciśnienie, wyrywa się słowo, którego na szczęście Blanka nie potrafi jeszcze powtórzyć, znowu wtłaczam małego terminatora pod kocyk, znowu wychodzę. Zaglądam po kilkunastu sekundach. Stoi i chichocze.
A mi przez głowę przemyka myśl: "Może by ją tak związać???".... Jednak w związku z faktem, że ponoć cierpliwość jest cnotą, po raz kolejny kładę szkraba, przykrywam kocykiem, po raz kolejny z ciężkim westchnieniem wychodzę z sypialni... 
I tak siedemdziesiąt dziewięć razy w ciągu dwóch godzin...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

PREDATOR

Blanka od niedawna ma tylko dwie drzemki w ciągu dnia - przedpołudniową, w którą zapada około jedenastej i popołudniową, która zwykle ma miejsce podczas spaceru. Dość radykalne ograniczenie ilości dziecięcego snu skutkuje narastającą, wieczorną marudnością. 
W sobotę Gwiazda zasnęła raptem na czterdzieści minut i o szesnastej z minutami była już gotowa do dalszego rozrabiania. Niestety, dwie godziny później była już niemal gotowa do spania, a od dwudziestej, o której planowo ląduje w łóżku, dzieliło nas jeszcze duuużo czasu. 
Postanowiliśmy jakoś go przetrwać, ale kiedy minęła kolejna godzina, już nic nie pomagało. Ani zabawianie dziecka, ani spacerowanie po pokoju, ani noszenie na rękach, nawet dokuczanie psu i ciągnięcie go za uszy, jako rzecz zakazana i przez to niebywale pociągająca, straciło na swojej zwykłej atrakcyjności.
Blanka marudziła, jęczała, popłakiwała, tarła rękami oczy, usiłując na nas wymusić wcześniejsze położenie spać. Nie chciałam jednak przesuwać godziny kąpieli, bo już się nauczyłam, że wystarczy Gwiazdę wsadzić do wody nawet pół godziny wcześniej i natychmiast odradza się jak Feniks z popiołów i tarza się potem przez godzinę w łóżku, nie mogąc zasnąć. 
Mężyk, który nosił Blankę na rękach, spacerując dookoła pokoju, w pewnym momencie jednak wymiękł, dziecięce marudzenie tak już mu dopiekło, że zatrzymał się nagle przede mną i zapytał proszącym głosem:

"Może jednak wykąpiemy dziś wcześniej tego małego Predatora?"

Wybuchnęłam śmiechem. A marudząca i zawodząca Blanka nagle ucichła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Popatrzyła na mnie i ... też się zaczęła śmiać. Jej płynny przejście z płaczu w śmiech tak mnie rozbawiło, że zaczęłam dosłownie zanosić się śmiechem. Co widząc i słysząc, moje dziecko zaczęło zaśmiewać się w głos. Po minucie ryczeliśmy ze śmiechu jak wariaci wszyscy troje, tylko Travis przyglądał nam się badawczo, nie bardzo wiedząc, o co nam wszystkim chodzi. 
My w sumie też nie mieliśmy pojęcia, co nie zmienia faktu, że ja popłakałam się ze śmiechu, a Blanka dostała czkawki. I tak oto w praktyce potwierdzaliśmy teorię:
Śmiech jest zaraźliwy :-)

środa, 4 stycznia 2012

IDZIEMY SPAĆ


Mężyk wykąpał Blankę, zapiął jej pieluszkę, założył pajacyk, ja uczesałam mokre, kosmate włosięta i nakarmiłam małego szkraba, któremu ze zmęczenia zamykały się oczy. Blanuśka zjadła, wypychając do pełna swój pękaty brzuszek, dostała czkawki i zaczęła marudzić, doskonale wszyscy wiedzieliśmy, że to już jej pora, więc zdjęłam ją z kolan, wzięłam na ręce i zakomenderowałam:
- "Idziemy spać"
Tata tylko się uśmiechnął, ucałował córkę i powiedział:
- "Kto idzie, ten idzie... Niektórych zaniosą"