piątek, 23 grudnia 2011

POTWÓR

Kilka dni temu Mężyk przyniósł do domu... potwora. Zielonego, kującego i... przerażającego.
Postawił doniczkę przed oknem, zagradzając dziecku dostęp do "szybowania" i nijak, ale to w żaden sposób nie dało się go obejść, zwłaszcza, że Blanka na wszelki wypadek postanowiła się nie zbliżać do straszydła na więcej niż metr. Przyglądała mu się badawczo, obserwowała, ale nie pozwoliła się do niego podprowadzić. A kiedy wzięłam ją na ręce i przysunęłam bliżej, potwór okazał się tak potworny, że nie pozostało nic, jak tylko się ... popłakać. 
Tak wyglądał pierwszy, bliższy kontakt Blanki z choinką... 
Bombki i światełka dodały potworowi nieco uroku, ale dziecko nadal się do niego odnośni z daleko idącą rezerwą...

sobota, 17 grudnia 2011

ZDOBYWCA


Łóżeczko Blanki stoi przytulone bokiem do naszego, wystarczy więc, że podniosę głowę i mogę zobaczyć, co wyprawia w nim mała łobuziara. Ale w środę nie miałam jakoś ochoty na odrywanie łepetyny od poduszki. Jak zwykle w okolicach godziny szóstej obudziły mnie poranne pogaduchy mojej córki, coś tam sobie nawijała pod nosem wesoło, nie płakała, więc uznałam, że skoro nie jestem wzywana, to jeszcze sobie poleżę.

Odwróciłam się na plecy, naciągnęłam kołdrę po brodę i zamknęłam oczy.
Moją krótką drzemkę przerwało sapanie i postękiwanie dobiegające z łóżeczka. Zbliżające się do mojego ucha sapanie i postękiwanie.

Zdziwiłam się trochę, ale byłam zbyt niewyspana, żeby podnieść głowę i zobaczyć, co Mała wyprawia. Dopiero kiedy wszystkie dźwięki dobiegające zza szczebelków nagle ucichły, zainteresowałam się tym, co robi moja córka. Obróciłam głowę w lewo, otworzyłam zaspane ślepia i zobaczyłam... uśmiechniętą buzię mojego dziecka.

Blanka podpełzła do tyłu łóżeczka, rączką opuściła sobie kolorowy ochraniacz i po prostu mi się przyglądała, z miną zdobywcy, który w końcu znalazł to, czego szukał...

poniedziałek, 12 grudnia 2011

SIÓDMY MIESIĄC Z ŻYCIA DREPTACZA


Siedmiomiesięczna Blanka uwielbia pozycję pionową.
Leżenia na brzuchu jest straszne, po prostu okropne, siedzenie szybko się nudzi, ale stanie na własnych nogach i dreptanie - to jest to! Nie potrafi jeszcze sama usiąść, choć usilnie próbuje tego dokonać z leżenia na plecach, łapiąc się rączkami za prześcieradło w łóżeczku lub pokrowiec na przewijaku. Posadzona - siedzi pewnie, swobodnie sięga po zabawki, które nie są jej niestety w stanie zainteresować zbyt długo. Jeśli tylko uda się jej złapać czegokolwiek - mojej bluzy, nogi, szczebelków w łóżeczku, natychmiast podciąga się i wstaje.
Najchętniej spędziłaby w tej pozycji cały dzień, zwłaszcza przy lustrze, w którym widzi swoje odbicie lub "szybując" przy oknie. W związku z tym, obok stempelków z psiego nosa, na  drzwiach balkonowych pojawiła się cała seria śladów małych rączek. I nie tylko tam. Także na moich dokumentach, które Blanka z zapałem pakuje do gęby. A jak już jej się uda odgryźć kawałek, który natychmiast wyciągam jej z buzi, śmieje się w głos. Zresztą ostatnio bawi ją właściwie wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem takich czynności, jak: ciągnięcie psa za kudły, szarpanie mnie za włosy, zrzucanie z biurka i stolika wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu małych rączek...
Nie bawią ją jedynie zabawki, już właściwie nie kupuję nowych. Grzechotkę moja córka rzuca na podłogę po kilkunastu sekundach nikłego zainteresowania, a kartonowym pudełeczkiem po syropie potrafi się bawić pół godziny. Uwielbia nadal szeleszczące torebki, sznurki, troczki i tasiemki, drzeć gazety na strzępy, stukać łyżką w stół i ... gryźć. A ma już czym niestety, do dolnej lewej dwójki dołączyła prawa - od kiedy tylko drugi ząbek przebił się przez dziąsło, Blanka uparcie testuje swój "kasownik" na naszych rękach i palcach. Nadal jest drobna, wręcz chuda, waży 7,2 kg i mierzy 76 cm. 
Coraz trudniej ją ubrać, bo wije się jak piskorz i zwiewa z przewijaka, ale wystarczy, że dam jej do rączek opakowanie chusteczek higienicznych i spokój na kilka minut. Położona na brzuchu podciąga pupę do góry, staje na czworakach, ale kiedy próbuje przesunąć nogę do przodu, traci równowagę i przewraca się na bok. Ale za to pełza w ekspresowym tempie. 
Jest bardzo ruchliwa, energiczna i ... wesoła. Śmieje się w głos, kiedy tata robi jej "samolot", rechocze jak żaba, kiedy ją całuję kilka razy z rzędu, a gdy wracam z pracy, z radości wymachuje rękami i nogami; aż podskakuje na kolanach opiekunki, tak się cieszy. A kiedy jest bardzo zadowolona - klaszcze. Nauczyła się tego jakiś czas temu - zawsze po zjedzonym obiedzie mówiłam jej "Brawo, pięknie!" i ze zdziwieniem odkryłam, że ona mnie naśladuje! 
Próbuje uparcie powtarzać po nas słowa, ale poza "mama" i "baba" nic jej jeszcze nie wychodzi i w sumie nic dziwnego, bo ostatnio usiłowała naśladować... chrapiącego psa. Tego z kolei darzy miłością wielką i nieodwzajemnioną. Ciągnie się do niego z piskiem, wyciąga raczki, tylko czeka na sposobność, żeby je zanurzyć w biszkoptowej sierści, wodzi za nim wzrokiem, a pies... no cóż, omija Blankę szerokim łukiem. A kiedy Mała go dorwie i zacznie targać go za wąsy, łapać za nos, znosi te wszystkie operacje ze stoickim spokojem, ale tylko przez chwilę. Psia cierpliwość wystawiana na próbę kilka razy dziennie już się nieco zużyła i zwykle po kilkunastu sekundach blankowych pieszczot, Travis ewakuuje się w drugi koniec mieszkania. A dziecko natychmiast, donośnym piskiem, oznajmia, że ulubiona zabawka sobie poszła...
Trzeba więc znaleźć inne zajęcie, więc idziemy oglądać, co robi dziewczynka w piekarniku, sprawdzamy, co się dzieje za oknem, a co w sypialni i tak cały dzień, dopóki dziecię nie padnie ze zmęczenia. W dzień śpi mało i krótko, zasypia na godzinę o dziesiątej, łapie krótką drzemkę między trzynastą i czternastą, dosłownie dwudziestominutową i śpi na spacerze w okolicach godziny szesnastej. Nocki na szczęście wyglądają już nieco lepiej, zasypia o dwudziestej, budzi się jeszcze w okolicach godziny dwudziestej trzeciej na "dojadkę", a potem zwykle o piątej żąda natychmiastowego zaspokojenia swojego głodu, by spokojne dospać do siódmej, czasem nawet ósmej. Ale ta poprawa związana jest niestety z rezygnacją z cycolenia. Do ideału jeszcze ciągle daleko, zdarzają się jej nadal noce, kiedy ma ochotę na śniadanie o trzeciej, czasem czwartej...
Nie wiedzieć czemu, zawsze w weekend i wszystkie święta budzi się dokładnie o godzinę wcześniej. Tak więc nie zdziwiło mnie wcale, kiedy 6 grudnia, w Mikołajki, o godzinie szóstej rano z łóżeczka dobiegł żałosny płacz, oznajmiający wszem i wobec: "No przyjdźcie tu do mnie, bo ja tu sama leżę".  Wstałam, zabrałam, położyłam między naszymi poduszkami i pytam:
- Blanka, co to za koncert?
Dziecko płakało nadal i ani myślało odpowiadać. Wyręczył więc ją tatuś, zaspanym głosem trafnie zauważając:
- Jubileuszowy...

sobota, 10 grudnia 2011

ŁATWEJ

Jak posklejać rozbite? Jak pozbierać rozsypane?
"Jak zlepić serce w proch potrzaskane…"  - pytało kiedyś Stare Dobre Małżeństwo w piosence.
Długo, cierpliwie, wytrwale. Codziennie, co tydzień, co miesiąc od nowa. Potykając się o pyłki i paproszki, o kłamstwa i kłamstewka. Wpadając znienacka na przeszłość, przewracając się na prostej drodze i z uporem szaleńca podnosząc.
Głowę do góry i góry.
Razem.
Choć czasem ciężar przygniata, przygina do ziemi. Choć czasem szarpie i targa niepokój. Dziki lokator zza ściany serca. Sąsiad niemile widziany, któremu człowiek się kłania, choć szczerze go nienawidzi, do którego się uśmiecha z nadzieję, że w końcu się wyniesie.
 Z całym bagażem ciężkim jak kamień
Kopię go przed sobą w drodze do domu. Jeszcze raz i raz jeszcze. Wykopuję go uparcie coraz dalej. Dalej i jeszcze dalej. Aż skutku, i do bólu, i do smutku. 
Kamień w środku.
Kamyk w bucie.
 Ziarnko piasku pod powieką.
.
Czas ściera wszystko w proch. 
Tylko pamięć zostaje. Na szczęście. Niestety. Łatwiej wybaczyć niż zapomnieć. Łatwiej zrozumieć, wyrzucić z głowy obrazy i zdania. Wymazać lęki, niepokoje i paranoje.
Odetchnąć głęboko. Z ulgą. Ze spokojem.. Zasnąć i się obudzić. W noc cichą i świętą. Obok drugiego człowieka.
I uśmiechnąć się do niego i tego, co czeka. Za drzwiami.
Za progiem 
Bo  kto wie, czy za rogiem
 Nie stoją Anioł z Bogiem,
 Nie obserwują zdarzeń
 I nie spełniają marzeń?

poniedziałek, 5 grudnia 2011

MAMA

Umówiliśmy się wieczorem z mężem, że zajmie się Małą od rana, żebym mogła chociaż raz w tygodniu wstać później. Blanka zjadła kolację o dwudziestej, dotankowała o dwudziestej trzeciej i pospała, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ... do szóstej rano.
Obudziło mnie popłakiwanie głodnego niemowlaka. Wyjęłam Gwiazdeczkę z łóżeczka, nakarmiłam i zauważyłam, że Mała zaczyna mi posypiać przy piersi. Zakorkowałam więc ssaka smoczkiem i po chwili namysłu odłożyłam z powrotem do łóżeczka. Zwykle zostawała już do rana z nami, ale najwyrażniej miała ochotę na kontynuację drzemki, więc owinęłam ją jej kocykiem, przysunęłam jej misia -  objęła go rączkami i spokojnie zasnęła. 
Obudziła się na dobre o siódmej trzydzieści. Słychać było, jak się wierci i kręci, ale nie płakała, doszłam więc do wniosku, że poleżę sobie jeszcze trochę we względnej ciszy i spokoju. Blanka wygrzebała się z kocyków, pokombinowała chwilę, po odgłosach dochodzących z łóżeczka domyśliłam się, że przekręciła się na brzuch, zapadła krótka cisza i nagle to usłyszałam:
- "Mama!"
Pięknie, głośno i wyraźnie wypowiedziane słowo, na które czekałam tyle lat...
Takiego wezwania nie mogłam zostawić bez odpowiedzi :-) Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona, pochyliłam się na łóżeczkiem i zobaczyłam, że Blanka stoi sobie na czworakach. Uniosła głowę i posłała mi najpiękniejszy ze swoich dziecięcych uśmiechów. Mnie też się gęba śmiała. Od ucha do ucha. Zabrałam ją do nas, posadziłam na kołdrze, obudziłam rozespanego Mężyka i zaczęłam mu przejęta opowiadać, że Blanka po raz pierwszy zawołała "mama"... A on mi na to, bardzo zadowolony:
- "Ooooooo, to jednak dziś Twój dyżur! :-)"

czwartek, 1 grudnia 2011

MAŁA DZIEWCZYNKA

Przejrzałam dziś ubranka Blanki. Część już jakiś czas temu odłożyłam do wielkiej walizki, dziś otworzyłam ją, żeby dołożyć kolejne ciuszki. Ale zamiast to zrobić, zaczęłam przeglądać już spakowane, wyjęłam te najmniejsze.
Długo obracałam w rękach czerwone body, w które po raz pierwszy samodzielne ubrałam moje dziecko, jeszcze w szpitalu, w pokoju położnych, tuż przed wyjściem. Rozwinęłam futrzasty, misiowy kombnezon, w który wpakowaliśmy Blankę w dniu wypisu, na wyjazd do domu. Pamiętam jakby to było wczoraj. Była niedziela, nasza córka spała w foteliku, kiedy zjeżdżaliśmy windą na parter, w klinice nie było nikogo, cisza wypełniała puste korytarze, słychać było tylko stukanie moich obcasów. Portier uśmiechnął się, pożegnał nas i odprowadził wzrokiem. Rozsunęły się szklane drzwi. Wyszliśmy w chłodny, wiosenny dzień, prosto w świat pachnący świeżością i nowością. 
Potem sięgnęłam po pajacyk w granatowe paski, z serduszkami na rękawach i ze zdziwieniem zobaczyłam, że jest taki maleńki. Maciupki. Pamiętam, jakby to było wczoraj - Malutka dosłownie w nim tonęła, podwijałam jej za długie rękawy. Tylko białe pajacyki, które jakiś czas temu oddałam koleżance, pasowały na nią idealnie, Mój mąż ubierał w nie Blankę po kąpieli, przemawiając do niej najczulszymi słowami, to wtedy zaczął nazywać ją "Gąsia". Nawet nie Gąska, była taka mała, malutka, więc... Gąsia. A kiedy płakała, nosił ją na rękach, bujał, przytulał i śpiewał piosenkę z reklamy, w której małe, zabawne pingwiny robiły lody i uszczęśliwiały nimi ludzi - "Ciupa, ciupa lód, ciupa ciupa lód.."
Wyjęłam z walizki maleńką, jeansową sukieneczkę, którą założyłam Blance, kiedy skończyła miesiąc. Założyłam jej pod nią białe body z krótkim rękawem, było za duże, małe, cienkie rączki sterczały śmiesznie z za szerokich rękawków. Wzięłam je do ręki i znów się zdziwiłam... takie małe. 
Dziwę się codziennie. Kupuję Blance nowe ubranka i myślę sobie, że pewnie będą jeszcze za duże, przynoszę do domu, przymierzam i są w sam raz. Mija miesiąc i odkładam je do walizki.
Patrzę na nią, przyglądam się jej codziennie i widzę, jak niepostrzeżenie zmienia się w małą dziewczynkę. Ale kiedy siedzę nad walizką ciuszków, a ona śpi w pokoju obok, to wydaje mi się, że wcale nie urosła, że nadal, jeszcze ciągle jest taka maleńka, że to tylko ubranka się pokurczyły...