sobota, 26 listopada 2011

ZEZWYKLENIE

...."Grrrrrrrrr, gagagagaga..."
Nieeee, proszę....myślałam, że pośpi dłużej w sobotę. Chociaż do siódmej. Oby. Po kim ona ma do cholery to wstawanie bladym świtem, raczej nie po mnie...
..."Awawawawawałałała..iiiiiiiiii."
 Nie mogę, co za dziecko. Patrzę po cichu na zegarek. Chce mi się spać... Dochodzi szósta, a ona już gada. Przynajmniej wiem, że to moje geny się odzywają. Leżę jeszcze chwilę nieruchomo, może cisza ją zmyli. Jest szansa...
Słyszę jak Travis w drugim pokoju zeskakuje z kanapy. Nie, tylko nie to... Szur, szur, szur, szur... lezie do nas do sypialni., w końcu słychać, że ktoś już wstał. Pora się przywitać. Stanął w drzwiach. Myślę sobie - może pójdzie z powrotem. Pac, pac, pac, pac.... puka psi ogon w komodę... Taaaa, nadzieja matką głupich. Dziecko się ożywia, słuch ma dobry, nie da się ukryć. Nie ma rady. 
Wstaję, podchodzę do łożeczka. Już wie cwaniara, uśmiech pojawia się na buzi, rączki i wyciagają, no weż mie!
"ABABABA,ABABAB, ŁAŁAŁAŁAŁA, GRRRRR, GU, GRRRR!!!"
No chodź tu do mnie mój szkrabąszczu, może jeszcze przyśniesz....Biorę ją do łóżka, kładę  pomiędzy poduszkami, wsuwam się ponownie pod ciepłą kołdrę. Travis wskakuje na kapę, zwija w kłebek, przytula do moich łydek i z westchnieniem zasypia. Pieskie życie normalnie. Farciarz. Blanka ani myśli spać. Łudzę się, że może jednak...
  " Bababababa, ouuuu, wawawa, łał, łał, grrrrr, bababaa, wu, uuuuu...."
Taaaa, już to widzę. Wciskam do łapki grzechotkę. Zamykam oczy. Tylko na chwilę. Może sobie poleży spokojnie. Po pięciu sekundach dostaję w głowę plastikowym pieskiem. No to podrzemane. Auć!!! Otwieram oko, a po chwili małą piąstkę z moimi włosami w środku. 
Skubana ciągnie mnie za nie z całej siły, nie zrażając się faktem, że ich końce nadal są przyczepione do mojej głowy. Jeszcze. Zapewne niedługo. Próbuje znowu złapać. Usuwam z jej zasięgu jasny przedmiot pożądania, przemieszczając się z poduszką o dobre pół metra w prawo. A leż sobie i gadaj, a od moich włosów się odczep. Znów zamykam oczy. Jeszcze tylko pięć minut...
Po trzydziestu sekundach jęki, zawodzenie i narzekanie. Bo włosy i mama leżą za daleko, książeczka też. Trzeba przysunać, bo przecież dziecko pełza tylko na wstecznym. Podsuwam. Cisza. Powieki same chylą się ku upadkowi...
"Ababababab,gawałałałała, bamababababa..."
Że jeść. No dobra, skoro twierdzisz, że musisz. Karmię. Chwila ciszy przerywanej cmokaniem. Chwila spokoju.. Znów podsypiam, oczy zamykają mi się same. Blanka w tym czasie precyzyjnie osadza ładunek w pampersie. Co weszło musi w końcu wyjść, trzeba zrobić mejsce na nową dostawę. Trzeba przewinąć. 
Wstaję. Kolejny piękny dzień z życia Blanki rozpoczęty. 
Przebieram małą, sprzatam, wstawiam zmywarkę, robię sobie śniadanie. Sprawdzam pocztę. Blanka ściąga mi kanapki z talerza i wsadza łapę w dżem. 

 Nic ciekawego. I tak cały dzień.  Proza myśli. Nie to, żebym narzekała, ale ostatnio mam w głowę pełną tylko zmęczenia, pampersów, pracy i tego, co na obiad. 
Proziaczność wypełnia mnie po brzegi.

Nawet nie myślę nic ciekawego.
Wracam z pracy i się zastanawiam: schabowe czy mielone. Może mielone. Ale mięsa nie wyjęłam. Nie rozmarznie. To schabowe. Ale schabu nie ma, trzeba kupić. To może zupa, tylko jaka. Nie mam pomysłu. To może jednak schabowe, mięsny po drodze, zaraz za rogiem. Ale, ale... grzebię w torbie, sprawdzam portfel. Dziesięć złotych. Kurde, jeszcze muszę do bankomatu. A opiekunka do czternastej, sprawdzam godzinę, za dziesięć, nie zdążę. Znów się spóźnię. To mielone. Trudno, rozmrożę w mikrofali, albo obiad będzie po spacerze. 
 Proza codzienności. Proza myśli.
Zezwyklenie.

piątek, 25 listopada 2011

AZOREK


Blanka stanęła dziś na czworakach. Jeszcze kompletne nie wie, co ma z tym fantem zrobić, po prostu stoi jak pies na czterech łapach, bardzo tym faktem zdziwiona. Zawołałam Mężyka do sypialni, żeby zobaczył, co nasze dziecko potrafi, a on wszedł, popatrzył i podsumował krótko:
- Mamy Azorka :-)
Z jednym zębem. Ale nasza córka nic sobie nie robi z deficytów w uzębieniu, radzi sobie jak może tym już posiadanym. Aż za dobrze, testując jego ostrość na wszystkim, co jej się trafi. W  związku z tym, dziś wieczorem ugryzła mnie w policzek... Mówię więc do niej, nieco zirytowana:
- Co zrobiłaś, Ty mały kundlu?
A ta w śmiech i szykuje się do powtórki.
No bardzo śmieszne, bardzo :-)

sobota, 12 listopada 2011

HULAJNOGA

Lubię sobie pogadać wieczorem. Zawsze mija trochę czasu, zanim zasnę, więc kiedy już zagaśnie światło, kiedy wtulę głowę w poduszkę i zawinę się cała w kołdrę, zbiera mi się na rozmowy, na wymianę poglądów, na dywagacje i głośne rozmyślania. Zwykle proszę więc cicho Mężyka: "Pogadaj ze mną", a on w odpowiedzi wzdycha ciężko, jęcząc jak skazaniec na mękach, że to nie pora, że on chce spać...
A zwykle zasypia niemal natychmiast po przyjęciu pozycji horyzontalnej, po prostu przykłada głowę do poduszki i odlatuje, więc muszę kuć żelazo póki gorące. Bo kiedy Luby pochrapuje, ja zostaję sama ze swoimi myślami; próbuję więc mimo wszystko jakoś go zagadać, skłonić do pogawędki... Wczoraj sięgnęłam nawet po temat wyjątkowo mu bliski - motoryzację.
Nosimy się od jakiegoś czasu z zamiarem kupna samochodu, Mężyk przegląda ogłoszenia, porównuje oferty, ceny, ciągle się jeszcze zastanawiamy, jakie wybrać. Wypadałoby się w końcu zdecydować, bo nasze aktualne auto jest już pełnoletnie i może w każdej chwili odmówić dalszej współpracy, co w  perspektywie nadchodzącej zimy byłoby dla nas dużym problemem. Pomyślałam o tym oczywiście w momencie, kiedy położyłam się obok leżącego już w łóżku Mężyka, postanowiłam więc natychmiast rozstrzygnąć nurtujący mnie problem i zapytałam, licząc na dłuższą wymianę zdań:
- To co w końcu robimy z tym autem?
Cisza. Przerwana dyskretnym chrapnięciem. No nie, pomyślałam, znowu to samo, ledwo się położył, a już śpi!. Szturchnęłam więc go kilka razy pacem w plecy, domagając się czynnego udziału w rozmowie i natychmiastowego podjęcia decyzji w kwestii samochodu, a kiedy się przebudził i coś tam mruknął pod nosem, zapytałam ponownie:
- Które w końcu bierzemy?
Zaspany i lekko podenerwowany Mężyk nagle odwrócił się do mnie frontem i rzucił przez zęby:

- Jeśli o mnie chodzi, to o tej porze jest mi wszystko obojętne, możemy nawet kupić hulajnogę!!!

Zaczęłam się śmiać. A on przekręcił się na drugi bok, wypinając na mnie tyłek i w ciągu kilkunastu sekund... zasnął.

piątek, 11 listopada 2011

ZĄBEK


Blanka dołączyła dziś do grona zębaczy.

Malutki, kujący jak szpilka czubek lewej, dolnej jedynki przebił się w końcu przez dziąsło. Przygotowując się do tego doniosłego wydarzenia nasza córka przemarudziła cały długi weekend, rozpoczynając swoje narzekania o piątej rano i kończąc późnym wieczorem, razem z chwilą zaśnięcia.
A wczoraj w nocy, nie wiedzieć czemu, obudziła się o trzeciej i do czwartej trzydzieści leżała sobie w łóżeczku i... gadała w tym swoim narzeczu, opowiadała o swoich dziecięcych sprawach. Nie mam pojęcia, o co jej chodziło, pochwalić się chciała nowym nabytkiem, czy co? Wiem już jednak doskonale, co czuje mój mąż, kiedy tak bardzo chce mu się spać, a ja ja mu jojczę nad uchem "No pogadaj ze mną..."

czwartek, 10 listopada 2011

SZÓSTY MIESIĄC Z ŻYCIA NIECIERPLIWCA

Półroczna Blanka jest dzieckiem z charakterem. Miłym, wesołym i uśmiechniętym, ale tylko do momentu, kiedy wszystko układa się po jej myśli, kiedy dostaje to, czego chce. A otrzymać musi natychmiast, bo jest także dzieckiem wyjątkowo niecierpliwym, narwanym i nerwowym. Mleko ma być gotowe do jedzenia, a mama do karmienia w momencie, gdy Blanka otwiera oczy. Obiadek musi być podgrzany błyskawicznie, bo kto to myślał czekać dłużej niż kilka minut. Dziecko upatrzyło sobie zabawkę leżącą na stoliku - mama musi ją natychmiast podać, bo w każdym innym przypadku mała złośnica zrobi dziką awanturę, a w międzyczasie wszystko, żeby dotrzeć do wybranego pluszaka. Będzie mi się wyginać na kolanach, prężyć, wyciągać rączki i płakać, żebym ją tylko przysunęła bliżej i dała do rąk to, co ją zainteresowało.
A największą atencją obdarza ostatnio wszelkiego rodzaju sznurki, tasiemki i troczki. Ogląda długo i uważnie metki przy zabawkach, próbując uparcie złapać śliski materiał w dwa paluszki, smycz od kluczy czy aparatu fotograficznego bezbłędnie namierza nawet z drugiego końca pokoju, wywleka sznurki z kaptura przy mojej bluzie, ciągnie za paski przy torebkach, szarpie za kabel od ładowarki... Generalnie bawi ją i interesuje wszystko, co zabawką nie jest. Uwielbia oglądać moje okulary, śmieszą ją wszelkie szeleszczące torebki, kocha targać reklamówki i foliowe opakowania. Wystarczy, że dam jej do rączek paczkę chusteczek higienicznych podczas przewijania i już mogę jej spokojnie zmienić pieluchę. W każdym innym przypadku wije się jak piskorz, zwinne przekręca na brzuch i łapie za wszystko, co znajduje się w zasięgu jej ręki, wyjmuje z koszyka swoje kosmetyki, wyciąga szampon, kremy, sięga po zużytą pieluchę, jeśli nieopatrznie położę ją zbyt blisko małej ośmiornicy, bawi się ubrankami, a ja zamiast przewijaniem, zajmuję się sukcesywnym wydzieraniem Blance jej kolejnych zdobyczy...
To ostatnio jej ulubione zajęcie - ściąganie wszystkiego. Kiedy wsadzam ją do leżaczka, z pasją kopie, żeby go rozbujać, a kiedy zwierzaczki przypięte do pałąka zaczynają się kołysać, obrywa je jeden po drugim. Kiedy ma w zasięgu ręki moje biurko, ściąga mi dokumenty, faktury, zrzuca na podłogę długopisy, książki, wszystko, co tylko się uda sięgnąć. Kiedy znajdzie się blisko kwiatka, obrywa liście. Kiedy w zasięgu małych raczek pojawi się przypadkiem pies, z pasją targa go za kudły. Uwielbia ciągnąć mnie za włosy i bardzo jest rozczarowana, kiedy tata bierze ją ja barana, a ona nie ma za co złapać.
Pod tym względem najwięcej do zaoferowania w naszej rodzinie ma pies, ale głupi nie jest, szybko się uczy i błyskawicznie się zorientował, że od Młodej lepiej się trzymać z daleka. Kiedy widzi zbliżającą się do niego małą łobuziarę, tylko przez moment siedzi spokojnie, cierpliwie znosi targanie za wąsy, łapanie za uszy i wyrywanie sierści, po chwili wstaje, sprzedaje Blance kilka liźnięć mokrym jęzorem i ewakuuje się w drugi koniec mieszkania, jakby dawał do zrozumienia: "Lubię Cię, ale czuję, że się na tym etapie nie dogadamy". Blanka jednak nie jest w stanie tego pojąć i robi wszystko, żeby znaleźć się w jego bezpośredniej bliskości i kiedy tylko go widzi, natychmiast rusza w jego kierunku.
Tak, rusza. Mała jakoś na początku szóstego miesiąca życia odkryła, do czego służą nogi - załapała, że z pomocą mamy lub taty można sobie na nich postać. Więc zrobi już teraz wszystko, żeby nie leżeć, nie siedzieć nawet, tylko żeby stać, podtrzymywana oczywiście przez nas pod pachami. Kilka dni temu odkryła coś jeszcze - że jak podniesie jedną nogę i przesunie ją do przodu, a potem przeniesie na nią ciężar ciała i to samo zrobi z drugą nogą, to jest w stanie się przemieścić w kierunku obiektu, który ją zainteresował.
Tak nauczyła się dreptać...
Postawiona na nóżki natychmiast rusza do przodu. Depcze sobie sama po stopach, chwieje się, nogi jej się rozjeżdżają, ale przed do przodu z siłą czołgu w miniaturze. A my mamy nowe zajęcie - chodzimy po mieszkaniu zgięci w pałąk i podtrzymujemy pod paszkami malca opętanego manią samodzielnego przemieszczania się.
Jeszcze do niedawna hitem było samodzielne siedzenie; opanowała tę sztukę dosłownie w kilka dni, sadzałam ją z podparciem, a ona przechylała się do przodu i siadała jak pies, opierając się łapkami o podłoże. Szybko jednak doszła do wniosku, że ręce mogą się jej przydać, na przykład do sięgnięcia po zabawkę i po kilkunastu próbach, dwóch spektakularnych wywrotkach zakończonych straszliwym płaczem, załapała w końcu o co chodzi z tą równowagą.
Ciągle jednak próbuje ją złapać podczas usilnych prób stanięcia na czworakach, ale wszystkie jak na razie zakończyły się fiaskiem. A to noga gdzieś ucieknie, a to pupa opadnie, to znów głowa okazuje się za ciężka... ale codziennie próbuje coś w tej sprawie zmienić, na razie nauczyła się pełzać. Niestety, ku jej wielkiemu zdziwieniu, tylko na wstecznym i dookoła własnej osi. Zwłaszcza rano ma wenę na eksperymenty ruchowe, kiedy o szóstej zabieram ją do naszego łóżka, natychmiast przekręca się na brzuch i zaczyna gimnastykę. Niestety, zmiana czasu nie wyszła nam na dobre, Blanka po prostu nie przyjęła jej do wiadomości, kilka tygodni temu potrafiła ładnie dospać do 7.30, a po przestawieniu zegarków zrywa się o 6.
Na szczęście w nocy śpi już o wiele lepiej, kąpiemy ją o dwudziestej, kilkanaście minut później kładziemy do łóżeczka nakarmione dziecko, a ono odwraca się na bok, przytula do misia i zasypia w ciągu kilkunastu sekund. Jeszcze zdarzają się gorsze noce, jeszcze się czasem wybudza, ale zwykle pokręci się w łóżeczku, popłacze chwilę, czasem trzeba wstać i ją przytulić, żeby zasnęła, ale nie potrzebuje już do tego mojej piersi. Budzi się na karmienie dwa razy - o pierwszej i o czwartej trzydzieści, ale to i tak nic w porównaniu z kilkunastoma pobudkami, które jeszcze do niedawna były naszym nocnym standardem.
Co najciekawsze, odkąd Blanka lepiej śpi w nocy, o wiele więcej je. Kiedy jestem w pracy, potrafi wypić nawet 200 ml mleka, wcześniej nigdy nie przekroczyła magicznej granicy 120 ml. Nadal jest karmiona piersią, a w jej diecie pojawiło się sporo nowych składników. Uwielbia owoce i wszystko, co może zjeść samodzielnie - potrafi już wziąć w dwie rączki obrane jabłko; zwykle dobry kwadrans obskrobuje je dziąsłami, bardzo lubi jeść chrupki kukurydziane. Bierze je kolejno do łapki, zjada wystającą część, następnie przekłada pozostały fragment do drugiej i kontynuuje działalność, po czym sięga po następnego.
Zwykle po jej zakończeniu wygląda jakby ktoś na nią spuścił bombę chrupkową, ale to chyba po prostu cena dziecięcej samodzielności.
A coraz jej więcej w życiu małego Blanciaka, podobnie jak świadomości - nasza córka doskonale już wie, kto należy do naszej małej rodziny, a kto jest obcy. Obecnie akceptuje tylko mnie, mojego męża i swoją opiekunkę, każda próba wzięcia jej na ręce przez jakąkolwiek inną osobę, kończy się rozpaczliwym płaczem. Wszyscy obcy są straszni i źli, owszem, mogą popatrzeć na dziecko, byle nie za długo, ale mają się nie zbliżać pod żadnym pozorem. Do kategorii obcych niestety Blanka zakwalifikowała swoją babcię, nie pozwalając się jej nawet dotknąć. Bo nie i już. A jak nie to nie, choć próbowałam wiele razy, zaraz były nerwy, złość, płacz i mina pod tytułem: "Mama ratuj". Więc ratowałam. Tego mojego maluszka, bo tak naprawdę siedem kilogramów w wieku sześciu miesięcy to żadna rewelacja, zwłaszcza że Blanka ma już 72 centymetry wzrostu.  
Mój mały - wielki człowiek.

wtorek, 1 listopada 2011

MYCHA


Ostatnio Blanka, kiedy leży na kanapie, przekręca się na bok i zaczyna skrobać pazurkami po oparciu. Fascynuje ją najwyrażniej dźwięk, który towarzyszy zahaczaniu delikatnymi paznokciami o skóropodobny materiał, więc skrobie długo i wytrwale. Kiedy któreś z nas pochyla się nad nią i pyta:
"Hej, Mycha, co tam robisz? - przerywa na chwilę, unosi głowę, uśmiecha się i po chwili wraca do swojego zajęcia.
Czasem dobry kwadrans leży cicho jak mysz pod miotłą i... skrobie :-)