poniedziałek, 10 października 2011

ŚWIEŻA DOSTAWA


Siedzieliśmy w niedzielę z Mężykiem przy stole w kuchni i jedliśmy śniadanie, korzystając z faktu, że nasze dziecko zajęło się samo sobą. Blanka leżała w łóżeczku i uparcie polowała na zwierzaki z pozytywki, latające jej nad głową. A my delektowaliśmy się chwilą spokoju. Luby podgrzał i pokroił w grube plastry kaszankę, posmarował masłem kilka kromek chleba, ja zrobiłam herbatę dla siebie i kawę inkę dla niego.
Usiadłam na krześle, zaczęłam jeść, ale czegoś mi brakowało. Naszła mnie ochota na musztardę. Zajrzałam do lodówki, ale nie było, potem do szafki i nic, w końcu zapytałam Mężyka, czy mamy na stanie. Odpowiedział, że nie kupował ostatnio, więc raczej nie posiadamy i poszedł do sypialni po Blankę, bo zaczęła jej już doskwierać samotność. Delikatne postękiwanie zamieniło się w całkiem głośne narzekanie, więc wyjął ją z łóżeczka i przyniósł do kuchni.
Uśmiechnął się szelmowsko, więc już wiedziałam, że coś tu śmierdzi; w wyciągniętych rękach trzymał Małą i coś nader niecierpliwie usiłował mi ją wręczyć. Nie śpieszyłam się do przejęcia małego ssaka, wietrząc jakiś podstęp i miałam rację, bo w końcu Mężyk oświadczył "zachęcająco":
- Chciałaś musztardę, to masz :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz